Strona:Leo Belmont - Ostatnia mohikanka rewolucyi.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   12   —

rym stapiały się akcenty upojenia i melancholii, przerażenia i słodyczy, miłości i śmierci... Ledwie słyszał urwane wyrazy:
— Oto-m twoja... Rzekłeś: życie za uścisk... Mamy pół godziny czasu... Nikt nie dotknął mnie dotąd... Dla ciebie pierwszy kwiat miłości.. Pierwszy i ostatni... Nie mówiłam nigdy nikomu tego słowa: kocham... Na progu śmierci tobie je powiem... Bo umrzemy razem...
I naraz odrzuciła włosy i z lękiem spojrzała na jego twarz pobladłą:
— Ty nie chcesz?... ty się boisz?...
— Nie!.. nie!.. śmierci... nie!..
— Więc czego? — i uchwyciła go za ręce, patrząc mu w oczy niespokojnie...
— Zabijać... boję się zabijać...
— Kłamiesz — odpowiedziała — kłamiesz... Jak można się tego bać?... To takie proste... Zobaczysz, jak ja rzucę...
— Ja — nie rzucę...
Odepchnęła ze wstrętem jego rękę...
— Ty się boisz śmierci!..
— O, nie!.. w tej chwili chciałbym już nie żyć... Życie jest taką męką...
— Więc dla czego nie chcesz?!...
I rozpłakała się. Rzuciła się głową w poduszki — i płakała, jak dziecko...
Stał nad nią osowiały, zgarbiony. Czuł się niezmiernie głupim.
Jakto? — ona płacze. Płakać na progu planów morderstwa!..
Ale już ochłonęła... Wytarła łzy pięściami... Siadła na łóżku — wpatrzyła się weń złemi oczyma... rozpalone policzki podparła rękoma:
— Więc Pan podle skłamał!..
— Pani...