Strona:Leo Belmont - Ostatnia mohikanka rewolucyi.djvu/1

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
Dodatek Tygodnika „Wolne Słowo“.
Leo Belmont.

Ostatnia mohikanka rewolucyi.
Quasi una fantasia.

Nie rozumiał, dlaczego tam idzie.
Mogła to być najgłupsza mistyfikacja. Zresztą jeżeli nie miano zamiaru z niego zadrwić, to w każdym razie niczego nie mógł się spodziewać. Bo znajdował się w tym punkcie przesytu zmysłów — kiedy człowiek przestaje niemal reagować zarówno na przyjemne, jak i na przykre wrażenia... Na jego sennej duszy wyryte były znaki ohydne: „wszystko mi jedno!“ Zdawało się, że gdyby sama Venus z Milo ożyła naraz, gdyby odrosły jej ręce i wyciągnęły się do niego miłośnie, pozostałby zimny...
Więc to chyba ten wieczny duch Don-Juana, który opętał jego serce od dni młodości, pchał go teraz, niby automat, na jakąś głupią schadzkę. Pod grubą warstwą apatyi, obrzydzenia do siebie samego, coś odruchowo drgnęło na dnie jego duszy, kiedy po nocy orgii, otworzył zmęczone, niewyspane oczy, błądził niemi w pustce obmierzłego mu kawalerskiego pokoju — i naraz wzrok jego padł na leżący na stoliku nocnym liścik, w którym wyczytał zagadkowe słowa: