Strona:Leo Belmont - Ostatnia mohikanka rewolucyi.djvu/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   9   —

— Nikt... jesteśmy sami... To — powiadam Panu — nie moje — ale też niczyje więcej... prócz mnie...
— Nie rozumiem...
— Zaraz Panu wytłomaczę... Mamy godzinę czasu...
— Słucham Panią...
— Od czego zacząć?.. — przesunęła ręką po czole i na twarzy jej pojawił się nieznany mu cień bólu. — A, tak!... Ten pokój umeblowali towarzysze... Potrzebny był nam dobry punkt... z dwoma balkonami... od ulicy... Tu niema nigdzie hotelów... Wyższe piętra zajęte... Jedyne mieszkanie wolne było — to... na pierwszem piętrze... Trzeba było wynająć... i wprowadzić odpowiednie meble... żeby wpuszczono nas bez podejrzeń... Wynajęłam to, jako żona inżyniera, który ma przybyć z Syberyi... Paszport zrobiliśmy...
— Po co?...
— Zaraz Panu powiem... Czytał Pan we wczorajszej gazecie rannej o „wsypie“ przy ulicy W?
Uśmiechnął się, słysząc ten wulgarny wyraz w jej ustach...
— Czytałem..
— Zaaresztowano całą naszą paczkę... Tylu porządnych facetów... Między nimi było dwóch, co miało to zrobić dzisiaj... Jakiś „szpik“ ich „wsypał“... Wzięto nawet moją służącą... Pan rozumie, moją nieprawdziwą służącą... której ja byłam niby Panią... My miałyśmy tylko przynieść te dwa koszyki... ona jeden — ja drugi... Wzięli ją... Musiałam przynieść oba...
Wskazała ręką dwa koszyczki, stojące w kącie salonu... Wstała i wzburzona przechadzała się po pokoju:
— Tylu porządnych facetów zabrano!.. Między niemi było co najmniej dziesięciu, zdatnych do tej roboty... A teraz nikogo, nikogo...
Łamała ręce...