Strona:Leo Belmont - Ostatnia mohikanka rewolucyi.djvu/8

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   8   —

Oczy błysnęły mu namiętnością.
— Przysięgam.
Wtedy obrzuciła go długiem spojrzeniem i rzekła:
— Może kiedyś wypadnie mi zażądać Pańskiego życia... na tych warunkach. Skorzystam...
I znikła w tłumie...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

A oto teraz, po wielu miesiącach, siedziała przed nim z zagadkowym wyrazem twarzy. I naraz, splótłszy na piersiach ręce i ciężko dysząc, rzuciła mu pytanie:
— Pamięta Pan!.. „życie za uścisk“. Nadeszła godzina!...
Jego serce zalała fala zmieszanych uczuć — rozkoszy i bólu...
Zdawało się, że życie pękło błękitnym gzygzakiem błyskawicy, i ujrzał przepaść pełną nimf kuszących i jadowitych wężów...
— Gotów Pan?...
— Gotów — odpowiedział...
I nie wiedział, czy mówi prawdę, czy kłamie...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Tylko wszystko w nim łamało się, pękało... Głowa szła kołem... Z dna duszy powstawała żądza i patrzyła przez oczy w bladą twarz demonicznej dziewczyny; jakby słaniała się pijana, bezsilna... Krwawa mgła zakrywała mu oczy... chwilami przestawał ją widzieć... Pomiędzy nią a nim powstawała w zwojach dymu, w oparach alkoholu, tańcząca piruety bezwstydna naga postać kupczącej miłością kabaretowej Wenery...
— Co Panu jest?
— Nic... nic... dziwię się... Pani tu?...
— A! dziwi Pana, że tak bogato mieszkam... Te meble?... Nie, to nie moje...
— Jest ktoś w mieszkaniu?!..