Strona:Leo Belmont - Ostatnia mohikanka rewolucyi.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   10   —

— Zostałam ja sama... A bez pana wszystko przepadnie... Jeżeli pan nie potrafi — to wszystko na nic...
Jakiś niepokój zakradł mu się do mózgu. Zdawało mu się, że ma do czynienia z osobą nienormalną. Opowiadała tak bezładnie, że nic nie mógł zrozumieć...
— Rozumie Pan?
— Niby... coś... ale właściwie... nic!...
Podeszła do fotelu, na którym siedział... położyła mu ręce na ramionach i szeptem, który zwiększał tajemniczą grozę tej sceny, mówiła:
— Czekamy cały miesiąc... Dziś o godzinie 8-mej wieczorem powraca... Będzie jechał z kolei. Musi wracać tą uliczką... Zawsze tędy przejeżdża... To najbliżej...
Kto?...
Jakto kto?!
Patrzyła na niego ze zdziwieniem, nie pojmując, że ktoś może nie wiedzieć, kto powraca...
— Trzeba będzie bomby rzucić...
Uczuł, że mu scierpły zęby i zziębły końce palców...
Teraz już wiedział, kto... Wyczytał to z jej twarzy...
A ta twarz rozpromieniła się naraz:
Ty mi pomożesz, prawda... pomożesz?...
Zdawało mu się, że ktoś młotem bije go po czaszce...
— Co ja mam właściwie uczynić?... — wyjąkał.
Z twarzy jej biła jakaś dziecinna radość... Ściskała mu ręce... przybliżała teraz twarz poufnie do jego gorejącego czoła... i szeptała, dławiąc się niemal zachwytem:
— Są dwa balkony... jeden z salonu... drugi tam, z sypialni... Ja stanę na jednym... ty na drugim... Kiedy powóz nadjeżdżać będzie, ja rzucę pierwsza... przed powozem... przed końmi jeszcze... żeby w to wjechali... Ale może się zdarzyć, że nie zabiję nawet koni... Wtedy zamiast naprzód... może się cofną... Z pewnością