Strona:Leo Belmont - Ostatnia mohikanka rewolucyi.djvu/4

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   4   —

aromat owionął go kiedyś męką pragnienia nieukojonego. Zakołysała się pierś, raczej dziewczęca, niż kobieca — ukryty pod ciemną suknią model do zarysów Psychy.
Przypomniało mu się wszystko. Toć-że rozśmiała się tak samo wówczas, gdy na rosie szyby wagonu, wpatrzony w nią namiętnie napisał palcem te wyrazy:
„Za uścisk Pani oddam życie!“
I cały szereg obrazów przeleciał przez jego pamięć, płosząc senność znudzonej duszy gorącym tchem.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Widma, usnute z dymów kurjerskiego pociągu Uciekające w dal brzozowe lasy. Tańczące łany pól. W promieniach wschodzącego słońca na poduszkach wagonu czarowna twarz kobiety-dziecka. Zdawała się wcieleniem lekkomyślności...
I naraz — na parę chwil przed przebyciem do granicy — jakiś ruch nieostrożny przy zdejmowaniu podróżnego tłomoczka — i z pod sukni jego towarzyszki posypały się brauningi i naboje. Osłupiał. Nie zapomni nigdy spokoju, z jakim doń rzekła głosem niemal rozkazującym: „Zbieraj pan to zaraz i szybko podawaj... bo zaaresztują nas na granicy. Teraz odwróć się... Zaszyję“.
W kilka minut była gotowa. Niebezpieczne rzeczy skryły się w fałdach szat.
Nie zapomni nigdy, z jakim spokojem szła przez salę rewizyjną. Drżał o nią, a ona wesoło rozmawiała z celnikami, kłóciła się z niemi, że zmiętosili jej nowe rzeczy i „bez paniatja diełajut rewizju“. Zapytywała żandarma o godzinę i gniewała się, że odpowiada z pamięci i nie ma zegarka. Słowem, wyzywała niebezpieczeństwo, jadąc za cudzemi dokumentami i ryzykując, że może być poznaną, jako wielokrotna lokatorka więzień dla politycznych.
Kiedy bezpieczni znaleźli się znowu w przedziale