Strona:Leo Belmont - Ostatnia mohikanka rewolucyi.djvu/14

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   14   —

Już się nachylał nad nią, aby ją pocałować...
Wtem...
Odepchnął ją gwałtownie:
— Słuchaj... Przepędziłem noc całą w podłej orgii... Nie mam w sobie dość żądzy... Nie... nie tak... Na tobie jeszcze niema krwi... na mnie już jest błoto... Nie mogę umrzeć z tobą razem..
Zakryła twarz rękoma...
Wtem odjęła je... Zdawało się, że z dalekiej ulicy nadbiegł tętent kozackich koni...
Dopadła balkonu... otworzyła drzwi... nasłuchiwała... Tętent oddalał się...
— A, jadą na kolej... Za kwadrans tędy powrócą... No, odejdź Pan...
Twarz jej była spokojna... poważna... jakby wykuta z marmuru...
Zdawało mu się, że stoi przed nim inna kobieta...
— Jakto?
— Odejdź pan... Zostanę sama...
— Zrobisz to Pani?...
Spojrzała na niego zdumiona...
— A jeśli ja przeszkodzę?...
Wtedy krzyknęła na cały głos:
— Podły!..
I szła ku niemu groźna z zaciśniętemi pięściami... Pobladł:
— Nie wydam Pani... Ale zostanę tu — i nie dopuszczę...
Wtedy skoczyła, jak tygrysica — porwała z kąta salonu kosz... i zawołała:
— Jeśli będziesz pasować się ze mną, rzucę ten kosz — i cały ten dom wyleci w powietrze...
Był pokonany.
— Odejdź Pan...
— Zostanę tu... zginę z tobą...