Strona:Leo Belmont - Ostatnia mohikanka rewolucyi.djvu/7

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   7   —

niała tak piękna poezja legalna, może byłaby Joanną d’Arc armii „usmiritielej“. Była tak samo pewną konieczności swoich obowiązków, jak ten żołnierz rosyjski, który utonął na warcie, bo nie chciał zejść ze stanowiska przy arsenale, na który uderzyły fale powodzi.
— Czyja pani córka?
Roześmiała się:
— Nie znałam moich rodziców. Rodziła mnie ciotka...
I dodała poważniej:
— Jestem sierotą od dziecka...
Wtedy napisał na szybie przytoczone wyżej słowa miłości, dziwiąc się, że nie śmie ich powiedzieć.
Zapłoniła się, roześmiała i rzekła:
— Pan kłamie sobie i mnie...
Uczuł, że wszystka krew zbiegła mu do serca. Głosem uroczystym powtórzył:
„Za uścisk Pani oddałbym życie...“
Koła wekslowały... pociąg zbliżał się do stacyi...
— Czy zobaczę panią kiedy?
— Nie wiem...
— Wolno wiedzieć, gdzie Pani mieszka...
— Nie... tułam się... raz tu... raz tam... Teraz niech Pan o mnie zapomni...
— Nie mogę... Chciałbym... panią... pocałować! I zlekka nachylił się ku niej... Musnęły go jej włosy... Cofnęła się... Oczy jej błysnęły złowrogo. Podniosła rękę...
— Niech Pan spróbuje..
Spuścił oczy, jak zawstydzony student.
— Przepraszam Panią...
Podała mu rękę. Do wagonu wbiegli tragarze. Korytarzyk zatłoczyli wychodzący. Pochyliła się ku niemu i cicho spytała, patrząc mu w oczy:
— Czy Pan powiedział prawdę?... Za uścisk — życie?...