Oficyna/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Oficyna
Podtytuł Szkic
Pochodzenie Z pola i z bruku
Wydawca Emil Skiwski
Data wydania 1897
Druk Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


II.

Nazajutrz po południu, kiedy pani Zenobia chciała wyjść na miasto, zastała na schodach wielkie zgromadzenie kobiet, które z ożywieniem niezmiernem, z gestykulacyą opowiadały o jakiemś nadzwyczajnem wydarzeniu.
Gniew i ciekawość zarazem malowały się na ich twarzach, a ponieważ wszystkie te panie mówiły jednocześnie i razem, ponieważ mowa ich gęsto upstrzona była wykrzyknikami, przeto na razie trudno było zrozumieć o co idzie.
— Tego jeszcze nie bywało!
— Pięć lat tu mieszkam, i o niczem podobnem nie słyszałam!
— Awantura! awantura! — powtarzała malarka.
— Proszę pani — przerwała szczupła lokatorka z drugiego piętra. — Co to pięć lat! Ja już jedenasty rok w tym domu siedzę, a także nic podobnego nie widziałam i nie słyszałam... Poczekajcie no panie... chciejcie posłuchać. Znosiłam cierpliwie rozmaite niedogodności: wilgoć, zimno, dym z pieców, ale tego jeszcze nie. Całe szczęście, że nie mam córek, gdyż musiałabym się wyprowadzić, albo natychmiast, albo od miesiąca, nie czekając kwartału. Państwo Kalińscy z trzeciego piętra niezawodnie tak będą musieli postąpić. To trudno, są pewne względy, wobec których... a kto ma córki, ten musi patrzeć na prawo i na lewo, przed siebie i za siebie. Czyż nie prawda, moje kochane panie?
— Przepraszam — wtrąciła pani Zenobia, — widzę, że tu coś zaszło.
— A naturalnie.
— Dziwne, nadzwyczajne rzeczy!...
— Ale co? Chciejcież panie powiedzieć co się zrobiło.
— Ładne rzeczy... bardzo ładne rzeczy!
— Widzi pani — rzekła malarka, zwracając się do pani Zenobii — wczoraj w złą godzinę wymówiłam.
— Co?
— Ano tak, do kogóż ja to mówiłam? oczywiście do pani... tak... tak... pani się dzielnie znalazła z owym fortepianem: nie chciała pani ustąpić rządcy... więc od razu powzięłam dla pani nadzwyczajną sympatyę... Podobała mi się pani ze swojej energii, no... więc opowiedziałam mniej więcej o wszystkich lokatorach tutejszych, jakich pani będzie miała sąsiadów, bo przecież, gdy się gdzie mieszka, to jest niezbędne. Prawda?
— Tak, tak — powtórzyło kilka kobiet.
— Oczywiście, bez obmowy; którą się brzydzę, jak grzechem śmiertelnym, ale tak sobie, oto, z życzliwości, po sąsiedzku, nie mogłam nikogo pominąć, więc wspomniałam też, że na czwartem piętrze, właściwie niby na facyatce, mieszka kawaler, i to jeszcze dodałam, że jest bardzo cichy i porządny...
— Porządny — zawołała z oburzeniem lokatorka drugiego piętra — porządny! Moje panie, gdzie też kto na świecie widział porządnego kawalera i wogóle porządnego mężczyznę?!
— Może gdzie jaki się znajdzie...
— Nigdzie, nigdzie! Oto na przykład mój mąż mógł już zapomnieć, że był kiedyś kawalerem, trzydzieści sześć lat żyje ze mną, całą emeryturę wysłużył a swoją drogą...
— Ale co?
— Proszę pani, swoją drogą potrafi codzień przez dwie, trzy godziny z rządu oglądać albumy z fotografiami ładnych kobiet, a na ulicy, to tak patrzy, że nieraz ciągnę go za rękę i mówię: dajże pokój nareszcie, bo od takiego patrzenia okulary niszczą się niepotrzebnie. Ale moje słowa pomagają akurat tyle co umarłemu kadzidło, dziad patrzy i patrzy...
— Ale miała nam pani powiedzieć o tutejszym lokatorze, co to niby taki cichy i spokojny.
— A właśnie...
— Sam sobie szkodzi, sam, sam właśne szczęście odpycha... Ja wiem, że z trzeciego piętra dowiadywano się o niego: co za jeden jest, co wart i jakie może mieć widoki na przyszłość... Nie dziw, kto ma córki, musi dla ich dobra dowiadywać się.
— Że, byliby mu dali najstarszą, Joasię to najpewniejsza rzecz. Ja to wiem doskonale.
— Czy starał się o nią?
— Starać się jeszcze nie starał; nawet nie bywał, ale mieli na niego oko. Byliby zaprosili go przy pierwszej sposobności i ułożyłoby się wszystko jak najlepiej. Ja sama byłabym do tego dopomogła. Tymczasem cóż się dzieje!?
— Właśnie, tego jestem najbardziej ciekawa — rzekła pani Zenobia.
— Zaraz się pani dowie... Dziś o godzinie czwartej.
— Nie, o trzeciej!
— Ależ o czwartej; patrzyłam na zegarek...
— Może...
— Z pewnością tak. Otóż dziś o godzinie czwartej przychodzi jakaś dama.
— Dama?
— Oczywiście dama. Dość wysoka, szczupła, przystojna, chociaż naprawdę nie wiem, bo miała dość gęstą woalkę na twarzy, a ja, przyznam się paniom, mam trochę krótki wzrok...
— O wcale jeszcze przystojna — dorzuciła malarka, — chociaż już nie pierwszej młodości.
— To właśnie jest najbardziej oburzające! Tak się złożyło, że akurat w tej chwili powracałam z miasta, z apteki, kupowałam ziółka dla mego męża, gdyż przeziębił się i kaszle. A zawsze mówię: strzeż się zaziębienia... Ujrzawszy ową damę na schodach, od razu byłam zaciekawiona, do kogo też ona idzie?... Ubrana bardzo porządnie, nawet elegancko, całkiem czarno... kapelusz miała...
— Także czarny — dorzuciła malarka, — widziałam przez okno... z dżetami i koronką... Wcale ładny kapelusz.
— Więc weszłam z nią do sieni prawie jednocześnie i myślę sobie: Zapewne idzie do tej pani z pierwszego piętra, co się sprowadzała wczoraj — ale nie, pierwsze piętro mija... No chyba przecież i nie do nas, bo jej wcale nie znam... Pewnikiem na trzecie... Zatrzymałam się u siebie przede drzwiami, słucham... nie dzwoni, idzie wyżej... O! Zaraz mnie tknęło, że się coś niedobrego święci... Po cichutku, na palcach, wchodzę na trzecie... patrzę... a moja jejmość prosto na facyatkę.
— Do kawalera!?
— Ależ tak, tak!
— No, no, dziwne rzeczy dzieją się w naszej oficynie...
— Ale trzeba było wiedzieć jak weszła! Z jaką pewnością siebie, jak śmiało; zupełnie jakby do własnego mieszkania. Przyznam się, po prostu osłupiałam z podziwu, że przynajmniej przez pięć minut nie mogłam przyjść do siebie.
— Ale któż jest nareszcie ta dama? — zapytała pani Zenobia.
— Kto ona jest, nie wiem, a nazwisko jej nic mnie nie obchodzi; to tylko przykre i niemiłe, że w naszej oficynie nie zdarzały się jeszcze podobne wydarzenia. Trzeba zapobiedz, żeby na przyszłość...
— Eh, może być, że to jaka jego krewna może ciotka, albo siostra.
— To się przecież wyjaśni...
— Starałam się już i o to — rzekła lokatorka z drugiego piętra; — bo ja wogóle mam takie przyzwyczajenie, że mało mówię, a dużo robię.
— Jakim-że sposobem starała się pani?
— Nie każdy wpadłby od razu na ten pomysł, ja wpadłam, zapytałam stróża, czy ją widział? Rzecz naturalna, że nie widzieć jej nie mógł, bo na to przecież jest stróżem, żeby pilnował kto wchodzi. Była u niego w stancyjce i zapytała gdzie mieszka pan Antoni Jarski. Widzicie więc, panie, że o żadnem pokrewieństwie nie ma mowy.
— Ja bo nie widzę z czego to pani wnosi — rzekła pani Zenobia.
— Albo widzieć pani nie chce — odparła złośliwa dama, — a jednak cóż prostszego? Krewna nie tytułowałaby go „panem,“ mogła przecież zapytać bez ceremonii: — czy tu mieszka Antoni Jarski?
— Więc on się Jarski nazywa — rzekła pani Zenobia, jakby coś sobie przypominając.
— Czy pani go zna?
— Nie, ale nazwisko obce mi nie jest. Byłam niegdyś w bardzo blizkich stosunkach z panią Michałową Jarską...
— A to prześlicznie, to doskonale! Teraz pewna jestem, że się wszystko wyjaśni i że nareszcie dowiemy się czegoś pewnego o tym kawalerze, który, między nami mówiąc, niewiadomo co za jeden jest... Ci państwo z trzeciego piętra będą bardzo kontenci.
— Przyznam się — rzekła pani Zenobia, — że mnie nic a nic na tem nie zależy, czy będę wiedziała, kto on jest, czy nie...
— A to mnie bardzo dziwi!
— Dlaczego? Co mnie do kogo i co komu do mnie, każdy odpowiada za swoje.
— A proszę pani, tak nie idzie! Jakież znaczenie miałaby opinia, głos ludzi!...
— Zapewne, jeżeli ktoś popełni co złego, ludzie okazują mu niechęć lub pogardę, ale jak w tym wypadku, ja jeszcze nie widzę występnego czynu...
— A to paradne! Jakto? Parter się oburza, drugie piętro się oburza, trzecie aż się trzęsie, tu oczywiście tym ludziom chodzi o szczęście Joasi, a pani nie widzi złego czynu? Cóż więc pani widzi? Cnotę, moralność, dobry przykład może? Niech-że nas pani oświeci, niech objaśni te wyższe poglądy, gdyż my kobiety proste nic a nic nie rozumiemy. Co pani widzi? No co?
— Jakieś podejrzenia niejasne i mgliste, a przecież na zasadzie samych podejrzeń nie godzi się potępiać.
Malarzowa kiwnęła głową.
— Pani ma racyę — rzekła.
— Pani jest w błędzie — odezwała się dama z drugiego piętra. — Ja rozumiem, że co czarne: to czarne a co białe to białe, bywa albo źle, albo dobrze, tu jest źle... Zresztą — dodała nasłuchując bacznie — zaraz to się wyjaśni, prawda wypłynie na wierzch, jak oliwa, wyjdzie jak szydło z worka. Proszę tylko posłuchać. Czy panie słyszycie?
— Ja nic.
— I ja nic.
— A ja słyszę wybornie... Cicho!... para czułych gołąbków schodzi z wyżyn na mizerny padół płaczu... On ma buty trochę skrzypiące, ona stuka obcasami... A jak się śmieją! Jak się cieszą! Jak im dobrze! Czy trzeba jeszcze więcej dowodów... O! — dodała, zniżając głos aż do szeptu — i co mówią? Słyszycie panie?
— On mówi: — „jestem uszczęśliwiony...“ a ona: „bardzo tęskniłam za tobą.“ Nie jest że to bezczelność... moje panie!? A teraz znowu on: — „Już się więcej nie rozłączymy i odtąd mieszkać będziemy zawsze razem.“ A to okropne, oburzające!... Razem! Może jeszcze w tej oficynie? O! za pozwoleniem! — Wszyscy porządni lokatorowie wyprowadzą się stąd zaraz, a raczej wymówią mieszkanie... Ja przedewszystkiem. Od roku, nie! od kwartału, albo nawet zaraz... Niech sobie gospodarz głowę urywa, niech robi co chce, wszystkie lokale stać będą pustkami, ale nie nasza wina...
Kawaler z damą, która stała się przyczyną takiego oburzenia, schodził z górnych piętr, śmiejąc się i rozmawiając wesoło; gawędzące niewiasty, chcąc zejść tej parze z drogi, cofnęły się na parter, tylko pani Zenobia, przypomniawszy sobie, że ma coś powiedzieć córce, zatrzymała się przed drzwiami swego mieszkania.
Kobieta idąca z kawalerem, ujrzawszy ją wydała okrzyk radości.
— To ty!
— To ty! — zawołała pani Zenobia, rzucając się w jej objęcia.
— Po tylu latach, mój Boże, poznałam cię od razu! Jakże się mało zmieniłaś. Co robisz w tym domu?
— Mieszkam tu.
— I ja nic nie wiedziałam! Antosiu — dodała, zwracając się z wymówką do młodego człowieka, — niedobry jesteś, żeś mi nie wspomniał... ale prawda, ty nie znasz Antosia... pozwól, że ci go przedstawię: Antoni Jarski, mój syn; jedyny... — dorzuciła z westchnieniem — było jeszcze dwoje dzieci, ale te Pan Bóg zabrał prawie z kołyski.
— Moja najdroższa — rzekła pani Zenobia, — z przede drzwi nie puszczę cię; skoro los tak zdarzył, żeś tu przyszła, i że po tylu latach rozłączenia spotykamy się niespodziewanie, proszę, wstąpże do mnie, chociaż na chwilę, pana też proszę, bardzo proszę...
— Wprawdzie — odrzekła zapraszana, — czasu wiele nie mam, wybrałam się z synem do miasta, w celu porobienia różnych sprawunków i wyszukania lokalu, bo teraz już w Warszawie stale mieszkać będę, ale do ciebie z największą chęcią wstąpię. Moja droga, tyle lat... tyle lat... będziemy miały o czem mówić...
Pani Zenobia pociągnęła za rączkę od dzwonka, drzwi się otwarły, a w nich ukazała się panna Jadwiga.
Jejmość z drugiego piętra, malarzowa i jeszcze kilka kobiet widziały z dołu tę scenę i słyszały rozmowę.
Urok nadzwyczajnej, niepraktykowanej dotąd w dziejach oficyny przygody zniknął, pozostał fakt najzwyczajniejszy w świecie; matka przybyła odwiedzić syna, jest uszczęśliwiona, że go widzi i że odtąd już się z nim nie rozłączy.
Na twarzy surowej małżonki emeryta malował się przykry zawód i rozczarowanie; natomiast malarka uśmiechała się tryumfująco.
— A widzi pani — rzekła, — kto ma racyę? Pani, czy ja?
— Jakto racyę?... Cóż ma do tego racya, albo nie racya? Co najwyżej może być omyłka... kto wie... Może ta pani mówi prawdę, a może, zobaczywszy znajomą, zmyśliła na poczekaniu bajeczkę, byle coś powiedzieć.
— No, no...
— Proszę pani, ja mam oko i mylę się rzadko. Pani, jako młoda, wierzy ludziom, ja zaś doświadczona i niedzisiejsza, jestem ostrożna. Jak jest i co jest, to się kiedyś pokaże, a ja swoje powtarzam, że tego u nas nie bywało i że ci z trzeciego piętra, tak czy owak są pokrzywdzeni.
— Co też pani mówi? Któż im krzywdę wyrządza?
— Dajmy na to, choć nie przysięgłabym, że ta pani jest rzeczywiście jego matką. Mówię, dajmy na to; — a ci z trzeciego piętra mieli na niego, jak już pani wspomniałam, oko, ze względu na swoją Joasię; tymczasem wciągnęła go do siebie ta nowa lokatorka... Też, jakaś bardzo przebiegła kobieta...
— Ale skąd?...
— Mówię pani, że przebiegła, z oczu jej to patrzy... Od razu poznałam po tym fortepianie wczorajszym, po sposobie mówienia, po wszystkiem. — A córeczkę jej pani widziała?
— Widziałam.
— Trzeba przyznać, że ładna, ale o ile się zdaje, kokietka... Joasia może bardzo źle wyjść na dzisiejszej wizycie...
— Być może, lecz w każdym razie, ja mam racyę. Mówiłam, że kawaler jest porządny, i pomimo wszystkiego pokazało się, że jest porządny.
— Wszyscy oni porządni — odrzekła, wzruszając ramionami, żona emeryta.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.