Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/88

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— I ja nic nie wiedzałam! Antosiu — dodała, zwracając się z wymówką do młodego człowieka, — niedobry jesteś, żeś mi nie wspomniał... ale prawda, ty nie znasz Antosia... pozwól, że ci go przedstawię: Antoni Jarski, mój syn; jedyny... — dorzuciła z westchnieniem — było jeszcze dwoje dzieci, ale te Pan Bóg zabrał prawie z kołyski.
— Moja najdroższa — rzekła pani Zenobia, — z przede drzwi nie puszczę cię; skoro los tak zdarzył, żeś tu przyszła, i że po tylu latach rozłączenia spotykamy się niespodziewanie, proszę, wstąpże do mnie, chociaż na chwilę, pana też proszę, bardzo proszę...
— Wprawdzie — odrzekła zapraszana, — czasu wiele nie mam, wybrałam się z synem do miasta, w celu porobienia różnych sprawunków i wyszukania lokalu, bo teraz już w Warszawie stale mieszkać będę, ale do ciebie z największą chęcią wstąpię. Moja droga, tyle lat... tyle lat... będziemy miały o czem mówić...
Pani Zenobia pociągnęła za rączkę od dzwonka, drzwi się otwarły, a w nich ukazała się panna Jadwiga.
Jejmość z drugiego piętra, malarzowa i jeszcze kilka kobiet widziały z dołu tę scenę i słyszały rozmowę.
Urok nadzwyczajnej, niepraktykowanej dotąd w dziejach oficyny przygody zniknął, pozostał fakt najzwyczajniejszy w świecie; matka przybyła odwiedzić syna, jest uszczęśliwiona,