Oficyna/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Oficyna
Podtytuł Szkic
Pochodzenie Z pola i z bruku
Wydawca Emil Skiwski
Data wydania 1897
Druk Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


I.

Byle nie grymasić i nie wymagać za wiele, to w Warszawie można mieć wszelkie dogodności, a nawet komfort, zwłaszcza, jeżeli znajdzie się mieszkanie w porządnym domu i w dobrym punkcie. Pani Zenobia przez kilka lat miała lokal na Kościelnej i było jej dobrze; przez jakiś czas na Zakroczymskiej i również było jej dobrze; później na Przyrynku — doskonale! i byłaby do samej śmierci nie opuściła tego mieszkania pysznego i tej ulicy miłej, gdyby nie nadzwyczajne przyczyny i okoliczności.
Każdy człowiek ma jakieś interesa, widoki na przyszłość, każdy dąży do polepszenia losu — i dla tego celu musi nieraz poświęcić wiele przyjemności osobistych i wyrzec się pewnych przyzwyczajeń. Nie przychodzi to łatwo, ale jak trzeba, to... trzeba.
Pani Zenobia znalazła się w tem położeniu, że musiała zmienić „punkt“ i poszukać dogodniejszego, w części miasta ruchliwej, ożywionej, gdzie fala ludzi od rana do nocy płynie szerokim potokiem.
Nabiegała się kobiecina po całej Warszawie, szukając nowej a dogodnej siedziby i nareszcie znalazła.
Ulica była pryncypalna, punkt doskonały, wszystko tak blizko, że tylko ręką sięgnąć. Sklepik z pieczywem, skład wędlin, sklep z nićmi tuż — a komunikacya z całem miastem, idealna... Tramwaj za tramwajem się toczy, dzwoni, dudni, tylko wskakiwać, kupować bilet i jechać, dokąd dusza zapragnie... Na Kościelnej ani na Przyrynku, takich dogodności nie było.
No — i sam dom! Jaki dom, co za dom!
Ośm okien frontu, trzy piętra, brama jak w fortecy, sień malowana na czerwono, posadzka w niej w deseń, schody białe jak z marmuru, na nich chodnik, na każdem piętrze cynowa panna w negliżu trzyma, w ręce podniesionej wysoko, lampę gazową z kloszem...
Ogromny szyk! Miejscami trochę przybrudzony, gdzieniegdzie odrapany, ale szyk!
No — i jaka ulica, jacy lokatorowie... jakie sąsiedztwa!
Na dole felczer, na pierwszem piętrze dwóch lekarzy, naprzeciwko apteka, o trzy domy dalej zakład pogrzebowy.
W lokalach frontowych, woda na każde żądanie. Można pić ile kto chce, można się kąpać, a na upartego nawet i utopić.
W oficynie dogodności takich nie ma. Gospodarz podobno chciał ponieść koszta i zaprowadzić komfort, ale budowniczy bał się wiercić ścian, gdyż, jak się wyraził, oficyna była krucha jak francuskie ciastko... Poprzedni właściciel, który ją budował, lubił elegancyę i taniość, dał też najmniej kosztowną cegłę, i najtańszą robotę, w nadziei, że się ta oficyna będzie jakoś własnym ciężarem trzymała, a z czasem osiądzie się i ukrzepi jak należy.
Liczono też trochę i na lokatorów, że będą z kategoryi... tych lżejszych.
W rzeczy samej, któżby do mieszkań, złożonych z dwóch pokoików i kuchenki, wprowadzał kasy ogniotrwałe, fortepiany, ciężkie meble, marmurowe posągi! Ot, łóżka żelazne, krzesła wiedeńskie, albo koszykarskiej roboty, mała szafka, komódka, parawan, klatka z kanarkiem, a z kategoryi ciężkich przedmiotów, co najwyżej maszyna do szycia...
Takie ruchomości murów, choćby bardzo delikatnych, nie zarysują, gospodarz może spać spokojnie... Zresztą trzeba oddać cześć zasłudze: — budowniczy, który ongi tę oficynę stawiał, zabezpieczył ją raz na zawsze od wszelkich ciężarem i rozmiarem imponujących ruchomości, zrobiwszy schody tak wązkie, że dwie osoby dobrej tuszy z trudnością minąć się na nich mogły...
W tak zabezpieczonych mieszkaniach, aczkolwiek ciasnych, wilgotnych, i rzadko kiedy, chyba w drodze wyjątkowej łaski, odnawianych, nie brakło jednak nigdy lokatorów, a jeżeli czasem który miał się wyprowadzić, to w godzinę po wywieszeniu karty zgłaszali się już amatorowie, tak że gospodarz, a właściwie rządca, mógł wybierać.
Swoją drogą, na pierwszem piętrze tej kruchej oficyny, pianino było — i dźwięki tego instrumentu rozlegały się nieraz w ciasnem, wysokimi murami otoczonem, podwórku...
Owo pianino stanowiło własność pani Zenobii a dostało się na piętro sposobem wyjątkowym jedynie tylko dzięki silnej woli tej energicznej kobiety.
Znajomi mówili o niej, że gdy się uprze, to nawet objuczonego wielbłąda przez ucho igielne potrafi przepędzić, a właśnie w tym razie uparła się i żadnych perswazyj słuchać nie chciała.
— Proszę pani — mówili tragarze, — my tego pianina na żaden sposób nie wniesiemy...
— A cóż mnie to obchodzi? — odrzekła z godnością.
— Niech pani sama zobaczy, jakie wązkie schody. Niepodobieństwo...
— Jeżeli schody za wązkie, to wnoście przez okno, przez komin, którędy wam się podoba, aby było wniesione.
Zrobiło się małe zbiegowisko: z całego domu zeszły się sługi, z suteren przybiegła gromadka dzieciaków, zjawił się stróż, stróżka z najmłodszym infantem na ręku, nawet sam pan rządca znalazł się przed oficyną.
— Proszę pani — rzekł uprzejmie — to, czego pani żąda, jest niemożliwe...
— A komorne brać z góry było możliwe? — odrzekła pani Zenobia. — Uprzedzam, że dla pańskich niemożliwości kosztownego instrumentu na ulicę nie wyrzucę! Mam córkę i mam pianino i musi ono być w mieszkaniu, choćby przyszło mury rozbijać.
Rządca cofnął się dyskretnie, zdając całą tę sprawę na łaskę losu, tragarze zaś, po odbyciu krótkiej sesyi, pokrzepiwszy siły „na rogu,“ postanowili spróbować szczęścia i pokonać niezwalczone, jak się zdawało, przeszkody.
Przez godzinę blizko, schody były zupełnie zatarasowane, a komunikacya wyższych piętr z parterem przerwana. Nigdy jeszcze tynk z politurą nie całował się tak serdecznie, to też pianino w wielu miejscach wyglądało tak jak gdyby je kto pilnikiem oskrobał, a ściany klatki schodowej, pokaleczone były aż do cegły; ostatecznie jednak pani Zenobia postawiła na swojem... Pianino zajęło honorowy punkt w tak zwanym saloniku, a wieczorem, gdy już ustawiono skromne mebelki, panna Jadwiga zaczęła grać.
Okna były otwarte, a wśród wysokich murów, otaczających podwórko, dźwięki instrumentu rozlegały się głośno. Z oficyn bocznych, z kuchen mieszkań frontowych, powychylały się głowy ciekawe; dzieciaki, korzystając z muzyki, tańczyły zawzięcie po podwórku, a nawet stróż idący zapalać lampki na schodach, zatrzymał się i rzekł do żony:
— Nie ma co gadać; gra pięknie i głośno, niech się inszy kataryniarz schowa...
Panna Jadwiga grała z godzinę, nareszcie zamknęła pianino i rzekła do matki:
— Wie mama, tu jest prześlicznie!...
— Tego nie powiem — odrzekła matka, widocznie mniej do zachwytów skłonna, — na Przyrynku było i lepiej i obszerniej.
— O nie! Tu stanowczo jest ładniej i weselej. Tam był kąt, a tu jest świat, zupełnie co innego.
— Aby nam tylko z tego „świata“ co przyszło.
— Bez wątpienia przyjdzie, niechno tylko szafka będzie gotowa. Stolarz obiecuje na jutro, już tylko brak szyb, a ja upatrzyłam na froncie doskonałe miejsce do przybicia. Mam przeczucie, że doskonale nam tu będzie.
— Ty bo zawsze ze swemi przeczuciami i snami...
— Czy się nie sprawdzają?
— Czasem...
— Ależ zawsze...
— Imaginacya!
— Jednak, mamo, wartoby co zjeść. Narobiłyśmy się przy tej przeprowadzce, a choć ja pasyami lubię przeprowadzki...
— Także gust! Ja bo nie cierpię, to istne piekło.
— Przeciwnie, mamo, to najprzyjemniejsza rozmaitość... Wszystko się rujnuje, przewraca, wynosi — a na nowem mieszkaniu znowuż się ustawia, urządza, przybija... Zawiesza się obrazki i fotografie, zakłada firanki... Wie mama, ja już obmyśliłam.
— Co takiego?
— Wszystkie fotografie pozawieszam inaczej.
— Byle nie dziś, bo już mam dość tego łomotania. W głowie mi huczy...
— Zrobię to jutro, gdy mama wyjdzie na targ, bo tak jak jest, niema żadnego szyku...
— Jak ci się podoba... Samowar już szumi, bułki stróżka przyniosła — są i serdelki.
— Alboż dziś niedziela?
— Wtorek, ale narobiłyśmy się, a z powodu tej utrapionej przeprowadzki nie było obiadu.
— Ach prawda! Najzupełniej o tem zapomniałam.
Panna Jadwiga nakryła stolik w kuchence i nalała herbatę do szklanek.
— Ciekawa jestem — rzekła — jakich tu mamy sąsiadów?...
— Od frontu sklepy i lokatorowie bogaci, a może tylko udający bogatych, a tu w naszej oficynie tak sobie, rozmaici... Niektórych poznałam już.
— Już?
— Przecież nie próżnowałam. W suterenie praczka... dzieci kilkoro, mąż na zarobek chodzi... Cicha jakaś kobiecina, — Na dole malarz, taki co pokoje maluje, widać nie źle się miewa, podobno kilku ludzi zatrudnia.
— Aż kilku?
— A tak. Sama malarka tak mówi, poznałam się z nią, młoda kobieta i porządnie wygląda. Na drugiem piętrze też małżeństwo, starzy ludzie oboje. On podobno emeryturę bierze, nazywają go radcą. Trzymają sługę, a u malarki także sługa jest.
— Bogaci, mogą więc sobie na takie zbytki pozwalać.
— A ty im może zazdrościsz?
— Bynajmniej. Wogóle bez wielu rzeczy mogę się obchodzić, a bez usługi tem bardziej, choćby dlatego, że nikt mi nie dogodzi tak, jak ja sobie. Z pewnością ani malarka, ani ta pani z drugiego piętra takiej usługi, niema.
— Naprawdę?
— No przecież mama jest kucharka znakomita, a ze mnie pokojówka nie zła... Tak mi się zdaje przynajmniej. Ale nie skończyła mama o sąsiadach. Któż mieszka na trzeciem piętrze?
— Nie wiem dokładnie, jakaś rodzina, podobno i córki są... Ojciec pracuje w kantorze. Jutro będę wszystko wiedziała. Jest tu jeszcze niby czwarte piętro, niby facyatka, pod samym dachem i mieszka tam kawaler...
— Kawaler?
— Tak, spokojny człowiek, a jak mówi maglarka, nigdy nie ma go w domu.
Pani Zenobii oczy zaczęły się kleić; zmęczona całodziennem chodzeniem i przeprowadzką, pragnęła spoczynku... Zrozumiała to panna Jadwiga, sprzątnęła szybko ze stołu i posłała łóżka.
— Niech mama idzie spać — rzekła, a po chwili dodała z westchnieniem: — gdzie się to nasz kochany ojciec obraca? Czy ma przynajmniej jakie wygody? Jestem o niego bardzo niespokojna; od trzech tygodni nie miałyśmy listu.
— Nie od trzech tygodni, lecz od miesiąca już... ja dnie liczę. Pisałam, że mieszkanie zmieniamy, więc wie jak adresować. Widocznie bardzo zajęty i czasu nie ma.
— O przepraszam, ojciec dla nas zawsze ma czas, obawiam się...
— Nie...
— Moja Jadwigo, nie mów o obawie i nie rób żadnych przypuszczeń, bo mi to przykrość sprawia. Bóg jest miłosierny, poczekajmy jeszcze kilka dni, list niezawodnie nadejdzie... A teraz, moje dziecko, dobranoc, nakręć zegar i nastaw budzik na siódmą, żebym nie zaspała jutro.
— Dobrze, mamo, dobranoc.
— Dobranoc.
Uklękły; każda przy swojem łóżku i modliły się gorąco, prosząc Boga, aby miał w swej opiece oddalonego męża i ojca, aby mu pozwolił powrócić szczęśliwie z długiej i dalekiej podróży — aby dał zdrowie i powodzenie na nowej siedzibie.
Wkrótce potem światło w oknach pierwszego piętra zagasło — zaraz też zagasło na drugiem i trzeciem, w przypadłych do ziemi okienkach sutereny i na schodach. Podwórko, niby wielka na cztery piętra głęboka studnia, pogrążyło się w ciemności i widać było nad niem tylko maleńki kawałek nieba, przyozdobiony kilkoma gwiazdkami.
Z ulicy dochodził przygłuszony turkot, a zresztą nic już nie mąciło ciszy nocnej. Mieszkańcy oficyny usnęli.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.