Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/83

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


przyznam się paniom, mam trochę krótki wzrok...
— O wcale jeszcze przystojna — dorzuciła malarka, chociaż już nie pierwszej młodości.
— To właśnie jest najbardziej oburzające! Tak się złożyło, że akurat w tej chwili powracałam z miasta, z apteki, kupowałam ziółka dla mego męża, gdyż przeziębił się i kaszle. A zawsze mówię: strzeż się zaziębienia... Ujrzawszy ową damę na schodach, od razu byłam zaciekawiona, do kogo też ona idzie?... Ubrana bardzo porządnie, nawet elegancko, całkiem czarno... kapelusz miała...
— Także czarny — dorzuciła malarka, — widziałam przez okno... z dżetami i koronką... Wcale ładny kapelusz.
— Więc weszłam z nią do sieni prawie jednocześnie i myślę sobie: Zapewne idzie do tej pani z pierwszego piętra, co się sprowadzała wczoraj — ale nie, pierwsze piętro mija... No chyba przecież i nie do nas, bo jej wcale nie znam... Pewnikiem na trzecie... Zatrzymałam się u siebie przede drzwiami, słucham... nie dzwoni, idzie wyżej... O! Zaraz mnie tknęło, że się coś niedobrego święci... Po cichutku, na palcach, wchodzę na trzecie... patrzę... a moja jejmość prosto na facyatkę.
— Do kawalera!?
— Ależ tak, tak!
— No, no, dziwne rzeczy dzieją się w naszej oficynie...