Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/84

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Ale trzeba było wiedzieć jak weszła! Z jaką pewnością siebie, jak śmiało; zupełnie jakby do własnego mieszkania. Przyznam się, po prostu osłupiałam z podziwu, że przynajmniej przez pięć minut nie mogłam przyjść do siebie.
— Ale któż jest nareszcie ta dama? — zapytała pani Zenobia.
— Kto ona jest, nie wiem, a nazwisko je nic mnie nie obchodzi; to tylko przykre i niemiłe, że w naszej oficynie nie zdarzały się jeszcze podobne wydarzenia. Trzeba zapobiedz, żeby na przyszłość...
— Eh, może być, że to jaka jego krewna może ciotka, albo siostra.
— To się przecież wyjaśni...
— Starałam się już i o to — rzekła lokatorj ka z drugiego piętra; — bo ja wogóle mam takie przyzwyczajenie, że mało mówię, a dużo robię.
— Jakim-że sposobem starała się pani?
— Nie każdy wpadłby od razu na ten pomysł, ja wpadłam, zapytałam stróża, czy ją widział? Rzecz naturalna, że nie widzieć je nie mógł, bo na to przecież jest stróżem, żeby pilnował kto wchodzi. Była u niego w stancyjce i zapytała gdzie mieszka pan Antoni Jarski. Widzicie więc, panie, że o żadnem pokrewieństwie nie ma mowy.
— Ja bo nie widzę z czego to pani wnosi — rzekła pani Zenobia.