Noc majowa (Kraszewski, 1884)/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Noc majowa
Wydawca Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Data wydania 1884
Druk Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

∗             ∗

Stary Jakób, ze wszystkich tutejszych mieszkańców, najdawniejsze czasy pamiętał, a do miejsc i do wspomnień najmocniéj był przywiązanym.
Wieś i dwór ten należały do rodziców Karola, potem do niego. Jakób go na ręku wykołysał, strugał mu pierwsze zabawki, on raz pierwszy posadził go na kucyka, potem chodził z nim polować na kaczki.
Z paniczem swoim jeździł do szkół, był z nim na uniwersytecie — nie odstępował go na krok.
Więcéj przyjaciel niż sługa, nieustannie nad nim czuwał, Karol też obejść się nie mógł bez niego.
Wprawdzie wychowaniec zawczasu przerósł go umysłem, wykształceniem — lecz poczciwe serce jego przy starym pozostało.
Rozumny też to był człowiek z tego starego Jakóba — choć niby niewiele umiał, niczego się nie uczył i był bardzo prostém wioski dzięcięciem.
Ale życie wiejskie dla pewnych, stworzonych dla niego organizacyj jest zbawienném. Człowiek wychowany w mieście, mający ciągle do czynienia ze stanem już kunsztownie wytworzonym społeczeństwa, podziałem pracy rozdrobionego na kółka mające swe funkcye właściwe, maleńkie, wyłączne, rozwija się tylko w pewnym, jednym, praktycznym kierunku. Siły w nim niezużyte tępieją. Staje się bezmyślnym trybem lub kółkiem wielkiéj machiny.
Na wsi on inaczéj rozwijać się musi, wielostronnie sobie radzić, wszystko starać rozumieć, co chwila uczyć się czegoś nowego. Umysł jego pracować musi jak ręce.
Ciągłe obcowanie z naturą przyczynia się także do wykształcenia go, a że w świecie wszystko wedle jednego niezmiennego prawa się rozwija — poznanie jednéj drogi daje przez analogią znajomość dróg innych.
Znajdujemy po wsiach takich prostaczków polyhistorów, którzy po swojemu, dziwacznie, ale cały ruch świata i życia jakoś sobie tłumaczą; gdy w miastach wielce wyuczeni w swojém rzemiośle tylko, w niém zamknięci ludziska — poza tém obcy są wszystkiemu.
Jakób miał ten prosty rozum chłopski, który nawet to ocenić umie, czego osięgnąć nie może.
Za młodu żwawy, żywy, pracowity — ciekawy (tak ich zowią na wsi); — na starość nabył tego spokoju ducha, który tylko wyższym istotom, wybranym danym bywa.
Z paniczem swym, późniéj panem Karolem, długie przeżywszy lata, z nim razem, można było powiedzieć, kochał się w pięknéj Józi, żenił go z nią, przebył parę lat miodowych, patrząc z rozkoszą na jego szczęście domowe.
Jak piorun potem spadło na to gniazdo — co mało które ominęło. Karol gorącém sercem poszedł gdzie go wiodło uczucie; został zdradzony, pochwycony, osądzony, wysłany.
Jakób, na chwilę się nie zawahawszy, gotował się mu towarzyszyć, tak samo jak żona. Oboje ich wstrzymała wyraźna wola, rozkaz stanowczy Karola, który dla dziecięcia kazał pozostać matce, dla matki słudze.
Jakób gorzkiemi to opłakał łzami — ale musiał mu być posłusznym. Jako stróż i opiekun siadł podstarzały, znękany, razem z psem pańskim, pilnując domowych progów.
Długie tak upłynęły lata, tem dłuższe, że często po pół roku na kradziony list, na jakąś wiadomość z trudnością się przedzierającą, oczekiwać było potrzeba. Z Jakóbem o wygnańcu całemi wieczorami rozmawiała biedna żona. Jakób, który był niańką Karola, teraz Klarcię jak niańka piastował i pieścił.
Ale stary, poczciwy sługa nie wszystkiemu w domu mógł podołać. Gospodarstwo, interesa wymagały rady; zjawił się z chętną pomocą, pokorny, dobry, grzeczny sąsiad pan Bogusław.
Był to przyjaciel serdeczny Karola, towarzysz jego szkolny, a potem razem się w pięknéj Józi kochali.
Bogusława miłość dla niéj czcią się nazwać mogła, tak zdala i nieśmiało wpatrywał się w ten ideał, nie czując się godnym zbliżyć do niego.
Usługi, które w początku ofiarował pani Karolowéj, były najzupełniéj bezinteresowne. Wiedział o przywiązaniu jéj do męża, o najmocniejszém postanowieniu, skoro dziecię podrośnie i sił nabierze, udania się z niém do ojca.
Karolowa spodziewała się że ciężkie roboty, na które mąż jéj był skazanym, wkrótce zostaną na proste osiedlenie zmienione.
Gdy się temi łudziła nadziejami, a ostatnie listy męża zdawały się je potwierdzać, nagle dzienniki przyniosły wiadomość o jakimś gwałtownym kroku garści skazanych, o pogoni wysłanéj za nimi, śmierci głównych przewódców.
Pomiędzy nimi po imieniu i nazwisku wymieniony był Karol, jako z bronią w ręku w walce poległy.
Żona o mało życiem nie przypłaciła niespodzianie otrzymanéj wiadomości. Przywiązanie do dziecka tylko mogło ją zmusić do dźwigania nieznośnego ciężaru... życia bez nadziei.
Wszyscy współczuciem otaczali nieszczęśliwą; Bogusław nie należał do ostatnich.
Jakób, jako przyjaciela nieboszczyka, powoływał go sam, chętnie się nim posługiwał, a biedna wdowa wdzięczną mu była za troskliwą opiekę, nie posądzając ażeby zapłaty za swe dobre serce mógł wymagać.
Tymczasem interesa majątkowe poplątały się bardzo, potrzeba było wieś ocalić dla dziecka. Wszystko to i nadzór nad gospodarstwem spadł na usłużnego sąsiada.
Jakób złamany, zestarzały, został tylko stróżem domu. Wielu rzeczy nie rozumiał, bo go boleść ogłuszyła, wielu podołać nie mógł.
Jak potem przyszło do tego, że częstym tu bywając gościem, potrafił sobie rękę wdowy wymodlić — wytłumaczyć nie umiemy; Jakób też tego nie rozumiał.
Zdaje mi się iż może ani sama pani Karolowa, ani Bogusław, ani ci co byli świadkami téj metamorfozy, jasno sobie z niéj sprawy nie zdawali.
Wiele różnych, maleńkich wpływów składało się na ten niespodziany wypadek, którego wdowa nigdy wprzód przypuszczać nawet nie chciała, Bogusław go się nie śmiał spodziewać, a Jakób z razu mu nie chciał wierzyć.
Obawa o los dziecka, sieroty, któremu Bogusław obiecywał być najczulszym ojcem, wdzięczność za usługi, łagodny charakter człowieka, gorące jego przywiązanie — zachwiały postanowieniem wdowy niewychodzenia zamąż.
Po długiém wahaniu się, na natrętne błagania oddała rękę uszczęśliwionemu Bogusławowi.
Jakób się na to oburzał, a choć wymówek czynić nie śmiał — w duszy przebaczyć jéj nie mógł.
Od téj chwili od dworu się prawie usunął, stał się dzikim i milczącym.
On — w duszy swéj, pomimo urzędowego oznajmienia o śmierci Karola, nie wierzył w nią. Z tym uporem jaki daje wielka miłość — podobny był do tych ludzi co nie przypuszczali, aby Napoleon mógł umrzeć, ciągle spodziewając się jego powrotu. Wyglądał jakiegoś cudownego zjawienia się swojego zmartwychwstałego Karola.
Gdy mu się starano dowieść, iż napróżno łudził się nadzieją, odpowiadał zacięcie:
— Nieprawda! nie zabili go! żyje! żyje!!
W rozmowach nawet z Klarcią wymykały mu się dwuznaczne wyrazy, nadzieje dziwaczne, które przez usta dziecięcia powtarzane, dochodziły do matki i niepokoiły ją.
Stary Jakób, teraz już co najmniéj siedmdziesiątkilkoletni (sam on, jak wielu wieśniaków, wieku swojego nie znał) pomimo lat był olbrzymiéj siły i wytrwałości.
Niekiedy duch w nim słabł, naówczas niedomagał cieleśnie, kładł się na piecu, morzył głodem, pił wodę tylko, włóczył się zgarbiony o kiju; potem nagle dźwignąwszy się odzyskiwał dawne siły, najcięższą podejmował pracę, pieszo odbywał milowe wędrówki, i około swéj chaty nikomu sobie posługiwać nie dawał.
Znano go z tych dziwnych upadków i powstawania, tak że gdy zachorzał i zamknął się w chacie, starsi głowami potrząsali, mówiąc:
— Nie będzie mu nic, jak niedźwiedź zimą łapę liże, a potem wstaje, tak i on wyleży się, wygłodzi i wara mu włazić w drogę.
W tych chwilach, gdy był przy siłach, Jakób najmłodszym mógł podołać. Parokonny wóz obładowany, ująwszy z tyłu za koło, wstrzymywał, choć się toczył z góry. Beczkę piwa na ramię wziąć nic mu nie znaczyło. Rozgniewać go niebezpiecznie było, bo człowiekiem rzucił jak piłką.
Osiwiały, z krótko postrzyżoną głową i brodą, zawsze odziany obcisło i krótko, w sukienną kurtę, długie buty, wzrostem dochodził najdorodniejszych parobków, a trzymał się jak żołnierz.
Twarz, pomimo dobroci i łagodności człowieka, miała wyraz dla nieznajomych odstraszający. Coś surowego patrzało z brwi namarszczonych, z ust zaciętych, z małych oczu bystro i niespokojnie spoglądających.
Bliżéj znajomi wcale się go nie obawiali, tak łatwo było tego olbrzyma, biorąc za serce dobrém słowem, rozbroić. Dzieci wiejskie szczególniéj obchodziły się z nim tak natrętnie, tak napastliwie, iż się im często nie wiedział jak bronić.
Od czasu nowego zamężcia swéj dawnéj ukochanéj pani, któréj przebaczyć nie mógł téj niewierności, jak ją nazywał, Jakób od czynnéj dworskiéj służby zupełnie się uwolnił.
Nie mógł patrzeć na to pożycie, które mu pierwsze małżeństwo i jego Karolka przypominało. Nie chodził nawet do dworu i naówczas tylko gdy był pewnym, że państwa nie znajdzie, wkradał się do sypialni, aby na portret nieboszczyka popatrzeć.
Mówił do niego, płakał i powracał do swéj chaty z rodzajem gorączki. Zamykał się na rygiel; słyszano go mówiącego do siebie.
Na mieszkanie wyprosił był w ogrodzie pustą chatę po ogrodniku, o jednéj dużéj izbie i sieni. Tu żył sam, sypiając na nędznym barłogu, posługując sobie, bo nie ścierpiał nawet aby mu kto drew przyniósł i narąbał.
Gdy dach na chałupie zaciekać zaczął — sam też go połatał.
Z ludźmi przestawać nie lubił, a że i długiego próżnowania nie znosił — krzątał się po ogrodzie. Tu czasem z panią, częściéj z Klarcią bardzo do niego przywiązaną się spotykał. Miała ona zawsze tysiące interesów do niego, a on przy niéj trochę wesołości odzyskiwał.
Znanym był obyczaj starego Jakóba, że po nocy, długo nie mogąc usnąć, około dworu i po ogrodzie włóczył się do późna... Obawiali się go parobcy czyniący zakazane wycieczki i chłopcy wykradający owoce, bo często ich łapał niespodzianie.
Wiedział o każdym niemal ruchu sług i czeladzi.
Dnia tego, chociaż noc była słotna i ciemna, Jakób nie spał. Wyszedłszy przede drzwi swojéj chaty stał, przysłuchując się może słowikowi, może monotonnemu jak ruch zegaru spadaniu kropli z obmokłego dachu.
Słuch miał starego myśliwego.
Gdy włóczęga pocisnąwszy furtkę wyłamał ją, choć się to działo dość daleko i trwało bardzo krótko — trzask nie uszedł jego ucha.
Sądził z początku, że mu się to przywidziało, lecz z coraz większą przysłuchując się uwagą — począł rozpoznawać szelest rozgarnianych gałęzi i stąpanie ciche a ostrożne.
Choć nie bardzo był pewien siebie, samego podejrzenia dosyć mu było, bo zaraz za czapkę pochwycił, kij wziął pod pachę i wysunął się na zwiady do ogrodu.
Ciężkie buty, w których chodził zwykle, byłyby go może zdradziły, lecz na wieczór wdziewał skórzane chodaki — mimo wilgoci puścił się w nich na ogród, w tym kierunku z którego szelest go dochodził.
Śpiewanie uparte słowika było mu przeszkodą, bo głuszyło inne szmery. Oprócz tych trelów nic już pochwycić nie mógł.
Wprawdzie zdawało mu się, że gałęzie poruszały się ciągle, jak gdyby je kto rozgarniał, ale i ptastwo w nocy spłoszone liśćmi i krzakami porusza.
Ciemność z razu nic dojrzeć nie dozwalała. Nawykły dawniéj do śledzenia zwierza w lesie, do tysiącznych środków podchwytywania go i tropienia, Jakób, któremu przykro było pomyśleć, że się mógł omylić, że mu się coś przywidziało — przysiadł i pochylił się, bo dołem nie było gąszczy i grube tylko pnie drzew na nieco jaśniejszém niebie się rysowały.
Położył się prawie na ziemi.
Wzrok w ciemnościach miał bardzo bystry, rozszerzały mu się źrenice... Długo oglądając się na wszystkie strony, gdy znowu posłyszał szelest gałęzi — skierował oczy na nie i zdało mu się, że niedaleko od siebie dostrzegł coś, jak cień zwierzęcia czy człowieka naprzód się zwolna posuwającego.
Wstrzymując oddech, przylgnął do pnia lipowego.
Coraz pewniejszym był, że do ogrodu obcy zakradł się człowiek.
Szelest gałęzi, w pewnych przestankach powtarzający się, zdradzał ostrożne posuwanie się naprzód. Droga tego złodzieja, czy zbója, szła tuż około lipy, przy któréj stał Jakób — daléj gąszcze były nie do przebycia.
W kilka minut potem, o trzy kroki od Jakóba, ostrożnie, bojaźliwie, kradzionym chodem przemknął się włóczęga.
Stary byłby go nieochybnie zaraz za kark pochwycił i ogromną siłą łatwo obalił na ziemię, ale mu na myśl przyszło, że krzyk i hałas może państwo nastraszyć, biednéj Klarci, która już spać musiała, sen przerwać.
Tak był pewnym, że podkradający się złoczyńca mu ujść nie może, iż dawszy się pominąć, dopiero gdy był od niego kroków kilkanaście na palcach pobiegł ku swojéj chacie.
Za nią tuż, przy oranżeryi sypiało dwóch parobków ogrodowych, silnych i zręcznych, Jakób wprost przypadł aby ich zbudzić, co tem łatwiejszém było, że tylko co się pokładli i ledwie drzemać zaczynali.
— Złodziéj jest jakiś w ogrodzie i pod dwór się podkrada! — zawołał głosem stłumionym. — Żwawo! na nogi! postronków. Niech jeden worek weźmie... Trzeba go tak pochwycić, żeby ani pisnął i państwa mi nie postraszył.
Iwanek mu natychmiast wór na łeb narzuci i gębę zatknie, Martyn ręce w tył skrępuje, a ja zresztą rady mu dam. Patrzeć tylko gęby, żeby mi nie krzyczał!
Dla parobków taka nocna wycieczka niezmiernie była powabną — ochoczo zerwali się z pościeli!
Ażeby złodzieja nie spłoszyć, Jakób kazał im buty pościągać, zalecił jak największą ostrożność. Sam on dowodził tą wyprawą, którą noc ciemna, doskonała znajomość każdéj ścieżynki i krzaczka ułatwiała parobkom.
Zagrzewała ich, właściwa wiekowi młodemu, żądza popisania się, dokonania czegoś nadzwyczajnego, a może i nadzieja otrzymania za to pary kieliszków wódki, co najmniéj.
Zbliżając się z wielką oględnością ku dworowi Jakób dostrzegł, nieco blaskiem z okien padającym oświetloną, wysoką postać mężczyzny, który z głową naprzód wyciągniętą, zdawał się ciekawie we wnętrze sypialni wpatrywać...
Włóczęga tak uparcie miał oczy wlepione w okna i tak zajęty był widokiem, jaki mu się tam przedstawiał, że na nic więcéj nie zważał, nie słyszał. Jakób wyrozumiał, że bardzo łatwo przyjdzie go podejść i pochwycić.
Stanął więc, parobczakom idącym za sobą pokazując rękami jak mieli się ustawić, przysuwać i napaść znienacka. Sam także po cichu jak mógł najbliżéj przyczołgał się do niego.
Nieznajomy ciągle jeszcze wpatrywał się w okno, gdy Iwanek bardzo zręcznie i szybko wór mu na głowę zarzucił, a gębę ręką ucisnął.
Martyn obie ręce w tył wykręciwszy, skrępował je w mgnieniu oka.
Jakób stary za piersi ująwszy go, jedném pchnięciem na ziemię obalił.
Złapany krzyknąć nawet nie miał czasu — jęk na wpół wyzionięty stłumił Iwanek; na dany znak parobcy na ręce go wzięli, mało co wyrywającego się i broniącego — tak musiał być strwożony — niosąc co prędzéj ku ogrodowéj chacie.
Wszystko to dokonało się tak zręcznie, nadewszystko tak cicho, tak szybko, iż Jakób mógł być pewnym, że we dworze nic nie słyszano, a Klarcia się nie przebudziła.
Pies tylko stary nadbiegł, warcząc i wąchając niespokojnie, i Jakób wstrzymać go nie mógł, a lękał się ażeby ich szczekaniem nie zdradził. Lecz Tyras spiął się na nogi niesionemu włóczędze, począł wąchać niecierpliwie, rzucać się ku niemu i zamiast ujadać (co niezmiernie Jakóba zdziwiło) skomlił prawie wesoło...
Dziwném było i to, że złodziéj porwany, raz czy dwa się targnąwszy aby oswobodzić — potem jakby odrętwiał. Niesiono go jak martwą kłodę, nie dawał znaku życia. Iwanek sam się zląkł czy czasem, ręką mu gębę i gardło przycisnąwszy, nie udusił go.
Wniesiono skrępowanego do izby, nie mogąc się psa tuż biegnącego pozbyć, a że ręce miał związane i w drodze mu jeszcze Martyn, dla większego bezpieczeństwa, nogi skrępował, położyli go na ziemi, nie lękając się aby uszedł.
Jakób, widząc go tak nieruchomym, obawiał się już tylko czy nie umarł uduszony. Po ciemku więc zaraz worek mu kazał zerwać z głowy, a sam począł ogień niecić, aby lepiéj się rozpatrzeć.
Parobcy stali nad związanym, śmiejąc się, szepcząc, radzi, że się im tak powiodło, czekając dalszych rozkazów.
Stare psisko — rzecz osobliwa — położył się tuż około głowy włóczęgi, wąchał mu ciągle twarz, i zdawało się, że ją lizał. Leżący na ziemi nie dawał znaku życia.
Dobra chwila upłynęła nim spieszący się Jakób, który klął i nie mógł świeczki zapalić, nareszcie doszedł do tego, że płomyk błysnął...
Wziąwszy ostrożnie w palce, poszedł się przypatrywać leżącemu na ziemi. Parobcy też ponachylali się, aby nocnego zbója zobaczyć...
Wtem, gdy Jakób świecę przysunął do twarzy i popatrzył na nią — krzyk chrypliwy wyrwał mu się z piersi — świeca upadła i zgasła, a on sam, potknąwszy się, czy zaplątawszy w sznury, na kolana przy leżącym się obalił.
Parobcy chcieli go podnieść a Iwanek macał szukając świecy i ofiarował się ją zapalić, gdy stary Jakób nagle porwał się z ziemi i z wielkim pośpiechem i niepokojem począł wołać do chłopców:
— Ruszajcie spać! ja was tu już nie potrzebuję... Spać! Ja sobie sam z nim radę dam... A, patrzajcie — żebyście mi o tém słowa nie pisnęli nikomu, bo wygrzmocę...
Parobczaki, spodziewający się nagrody, stali zdziwieni.
— Jutro — dokończył Jakób, pokazując im na drzwi — dostaniecie każdy po dwuzłotówce i po półkwaterku wódki, ale język za zębami! To moja sprawa...
No, czego stoicie! nogi za pas — precz... a cicho — spać!
Mówił to jakimś drżącym i niespokojnym, zmienionym głosem i silną ręką biorąc z kolei jednego i drugiego za bary, obu za drzwi powypychał, zasuwając je za nimi.
Jakób znanym był z dziwactwa swego, i parobczaki chichocząc, ramionami ruszając, rozmawiając między sobą o dziwnym wypadku, pociągnęli nazad, posłuszni, do oranżeryi.
Wprawdzie okrutna brała ich ciekawość podglądać pod oknami, co Jakób z tym pół żywym czy uduszonym robić będzie, lecz obawiali się.
Ze starym żartów nie było.
Poszli spać.
Gdy się to działo, skrępowany, leżący na ziemi człowiek nie dawał znaków życia.
Jakób co najprędzéj zapalił świecę i drżąc cały, zbliżył się ku niemu.
Twarz była trupio blada, oczy miał zamknięte, usta na pół otwarte.
Stare psisko lizało mu ostygłe czoło.
Sam nie wiedząc jak omdlałego trzeźwić, Jakób począł go wodą oblewać, porozrzynał sznury, a z obawy wielkiéj śpieszył się, rzucał, postradał przytomność i chodził koło niego niezręcznie.
Chwytał i rzucał, tłukąc flaszki, garnki, nachylał się, badając oddech, wreszcie z małéj karafinki nalał w usta wódki omdlałemu i począł z całych sił piersi i skronie nacierać.
Pies, który nie odstępował leżącego, równy ze starym Jakóbem zdawał się brać udział w tych wysiłkach; naszczekiwał, skomlił, przysiadał, obwąchiwał głowę, nogą ramię poruszał, jakby chciał zbudzić... Twarz starego sługi była tak zmieniona wrażeniem, które na nim wywarł ten wypadek, tak zbladła, pomarszczona, jakby w chwili téj dziesięć lat życia mu przybyło. Z oczów płynęły łzy, po skroniach pot kroplisty.
Omdlały człek naostatek oddychać zaczął, poruszały mu się piersi, zwolna zadrgały i podniosły na wpół powieki.
Przy świetle stojącéj na ziemi łojówki, można teraz było dostrzedz niesłychanego podobieństwa, tego oblicza wynędzniałego, do obrazu wiszącego w sypialni.
Obie one miały wyraz tak indywidualny, wybitny, pełen charakteru, iż tożsamość ich nie ulegała wątpliwości: dwie takie, zupełnie jednakowe fizyognomie na świecie istnieć nie mogły.
Jakób też za pierwszém wejrzeniem poznał w pochwyconym włóczędze swojego panicza, swojego pana, tego Karola, którego wszyscy za umarłego mieli — a on jeden czuł, wierzył, że żyć musiał.
Starzec niezmierną radością przejęty, szczęśliwy razem i przerażony niepewnością, czy go do życia powołać potrafi, a nie stanie się przyczyną jego śmierci — gdy do życia zaczął powracać, uląkł się co z nim pocznie.
Po głowie Jakóbowi myśli te, jasne i groźne, przechodziły jak krwawe błyskawice. Co począć? co radzić? jak zapobiedz, aby go nie pochwycono? jak go ukryć?
Oddech stawał się coraz silniejszy i wyraźniejszy. Karol oczy otworzył, powiódł wzrokiem błędnym dokoła, nie rozumiejąc jeszcze, co się z nim stało. Wtem z jednéj strony postrzegł łaszczące mu się stare psisko, z drugiéj zapłakanego Jakóba.
Sługa ostrożnie skrępowane ręce dobywał z pod niego i sznury z nich precz odrzucał.
Karol spróbował się podnieść, lecz głowa i piersi opadły bezsilnie na podłogę.
Przyszedł mu w pomoc Jakób, jeszcze się słowa nie odezwawszy.
Ani on, ani sługa, na tę chwilę tak dziwnie ich znowu łączącą z sobą, nie znaleźli wyrazu. Oba wzdychali, Jakób jęczał. Silnemi rękami objął ramiona leżącego i, jak dziecko, przytuliwszy go do piersi, podniósł, wprost niosąc na łóżko swoje.
Karol zaledwie mógł się zeprzeć na słabych nogach.
Ponieważ światło, o tak późnéj porze w jego okienkach gorejące, mogło jakiego ciekawego stróża nocnego zwabić ku nim — stary pobiegł, odzieżą z kąta wyciągniętą, pozasłaniał je.
Kląkł potem przy łóżku, rękę Karola wziął i do ust przyłożył.
— Paneńku ty mój, gołąbku! sokole... począł mruczeć — jeszcze cię oczy moje oglądają!
A! a! i Bóg wszechmogący zrządził, że ja, jam ciebie, dziecko ty moje najdroższe, omało życia nie pozbawił.
Co tu teraz poczynać! co my zrobimy! Królu mój. Jak się ty tu dostałeś? Matko Zbawiciela! Sen to, czy jawa!
Stary miotał się, za włosy chwytał — mówił jak nieprzytomny.
Karol oddychał ciężko, milcząc jeszcze, tylko oczy gorączką rozpalone biegały niespokojnie po izbie, padały na starca, zatrzymywały się na psie, który skomlał i przymykały znowu.
— Wody! wody! — wyjąknął cicho. Jakób zerwał się, biegnąc do wiadra, stojącego przy drzwiach, i podał mu kubek, który Karol chciwie wychylił.
Orzeźwiła go ona — dźwignął się i usiadł na łóżku.
Niespokojnie oglądał się ku drzwiom i oknom.
— Dzień już może? Świta! — odezwał się niewyraźnie. — Zobacz... ja muszę iść... muszę uciekać!
Jakób ręce załamał.
— Dokądże iść! na rany bozkie! — zawołał — dokąd? Tożeście nie po to przyszli do domu, aby z niego uciekać. Jakto iść... a pani? a Klarcia?
Wy, wy tu musicie pozostać!
Pomyślał trochę Jakób.
— Na pasiece, w chacie żywa dusza was nie wyszpieguje... Kryjówek w lesie jest dosyć... Ja was... ja was schowam...
Karol, nie odpowiadając, ręką wychudłą potarł czoło.
— Nie... nie! — począł mruczeć. — Dla mnie tu już miejsca niema! Głupim był, idąc tu... Nie wiedziałem co się stało, pytać nie śmiałem, myślałem, że wolną jest...
I zwracając się do starego, wyjęknął z boleścią:
— Powiedz! jakże ona zamąż wyjść mogła!
Zamyślony Jakób milczał długo.
— Albo ja wiem? — odparł w końcu. — Płakała ona i płacze. Bóg widzi, nie zapomniała o was, ale... kobiecisko biedne, przywieźli jéj urzędowe świadectwo, że was jakoby zabito... No! a Klarcia potrzebowała opiekuna... Boże! Boże. Ja im mówiłem wciąż — żyje, wierzyć mi nie chcieli.
Karol nie odpowiedział nic. Milczeli oba.
— Szczęśliważ z nim? — zapytał po chwili.
— Jakie to tam szczęście! — zamruczał Jakób — codzień łzami polewane. Człowiek niezły, ale gdzie jemu do was — i do niéj!
I znowu cisza zaległa w izdebce.
Karol dumał. Powtarzał w myśli rozmowę ich, któréj część słyszał, stojąc pod oknami. Godziłoż mu się, już na wpół z losem swoim pojednaną kobietę, na nowo rzucić w walkę z sumieniem, w położenie sromotne i bolesne, w niewysłowione zawikłania?
— Dla niéj — mówił w duchu — dla jéj spokoju, sławy, dla dziecka... umrzeć powinienem, żyć nie mam prawa!
Z tą myślą już przypatrywał się scenie w sypialni, dolatującéj go rozmowie, modlitwie za swoję duszę. Bóg, przez usta własnego dziecka, na śmierć go skazywał. Był i musiał nieboszczykiem pozostać.
Z poczciwym starym Jakóbem o tém rozprawiać nie było można: przywiązanie do wychowańca sługę zaślepiało.
Trwoga zaczynała Karola opanowywać, bo nadchodzący dzień mógł wszystko zdradzić.
— Jakóbie — odezwał się żywo — spójrz w okno! dnieć już musi! Ja dłużéj tu zostać nie mogę...
Stary sługa nie chciał i nie mógł tego zrozumieć.
— Ale dokądże pójdziecie, na miłego Boga! — począł, chwytając go za ręce. To nie może być, ja was nie puszczę...
Wtem parobcy owi, których użył na pomoc, na myśl mu przyszli; lękał się, aby go nie zdradzili...
Załamał ręce.
— A tak! — odezwał się nagle przestraszony. — Prawda! trzeba iść. Pójdziemy do pasieki... ja z wami... łajdaki te języka za zębami nie strzymają.
Karol na nogi stanął, ale się zachwiał i musiał oprzeć o ścianę.
— Daj mi wódki! — rzekł rozkazująco. Jakób posłuszny przyniósł karafkę, z któréj Karol znaczną część wypił z przymusem i wstrętem.
— Chodźmy! — zawołał — prędzéj! chodźmy!
Nie mówiąc więcéj, skierowali się ku drzwiom oba, Jakób je odryglował, świecę zgasił. Znaleźli się w ogrodzie... Stary pod rękę go prowadził...
Deszcz pruszył jeszcze i słowiki śpiewały, ale nie było już tak ciemno. Na wschodniéj stronie nieba, blade brzaski dnia nadchodzącego widać było. Na ich tle czarno, smutnie jak katafalk stał dwór uśpiony...
Woń bzów rozkwitłych, czeremchy i jaśminów rozchodziła się w powietrzu.
Karolowi noc ta wiosenna ileż innych, podobnych, przeżytych tu przypominała! Stanął, oglądając się, bo mu od miejsc tych oderwać się było trudno — lecz, męzką siłą, natychmiast chwilową słabość zwyciężył.
Nie zwróciwszy już głowy, ze spuszczonemi oczyma, począł znajomą ścieżyną iść ku furtce ogrodowéj — i wkrótce obaj z Jakóbem znikli wśród pni drzew starych i rozkwitłych krzewów.
Nazajutrz ranek był prześliczny, taki jaki bywa po dżdżystéj majowéj nocy, gdy wszystko co ma w sobie życia iskierkę — czarodziejską siłą się budzi, rozwija, rozrasta i buja... Kilka godzin tajemniczego tego żywota starczą za całe zmarnowane dni sennego oczekiwania. Żaden pączek nie pozostaje zamkniętym, żadne kiełko nie zaśpi w ziemi, żaden liść wczoraj na wpół zwinięty, nie zapomni otworzyć się ku słońcu.
Bogusławowa, Klarcia, sam pan, wszystko po rannéj kawie wyszło do ogrodu, patrzeć na kwiatki i napawać się wonią brzóz rozwiniętych.
Z cygarem w ustach, Bogusław wyszedł pierwszy rozpatrzeć się około domu.
Kilka zaledwie kroków podszedłszy — co u licha!! Stanął z brwią namarszczoną groźnie.
Cała rabata kwiatów była niemiłosiernie stratowaną i zgniecioną. Na ścieżce widoczne ślady, wygniecione w ziemi wilgotnéj, kilku bosych i obutych nóg ludzkich. — Tuż w trawie walał się porzucony jakiś postronka kawałek i szmaty oddartéj sukmany.
Jasna rzecz, że tu nocą, prawie pod oknami dworu, jakaś zagadkowa scena się odegrała, o któréj on — pan domu, gospodarz, nic nie wiedział!!
Zburzyło się wszystko w panu Bogusławie. Żony nie chciał tém niepokoić, ale dojść co się tu stało, musiał.
Najdziwaczniejsze myśli chodziły mu po głowie, a szczególna okoliczność potwierdzała podejrzenia jakiegoś tajemniczego wypadku. Stary Tyras, który oczekując wybiegł do ogrodu, nie powrócił i zniknął.
Szybkim krokiem popędził w głąb ogrodu, szukając ogrodnika lub kogokolwiekbądź, coby mu to mógł wytłumaczyć. Na myśl mu przyszedł Jakób, zajrzał naprędce do jego chaty i znalazł ją pustą...
Nieporządnie w niéj było, porwane postronki, zmięty wór walały się na podłodze... Nieopodal, po wczorajszym deszczu, Iwanek uliczki zagrabiał i oczyszczał.
— Gdzie Jakób? — spytał pan żywo.
— Nie wiem, proszę jaśnie pana.
— Juściż gdzieś być musi. Szukać mi go zaraz!
Iwanek nie ruszając się z miejsca, zżymnął ramionami.
— Ja go już do dnia szukałem — rzekł — ale pan Jakób gdzieś poszli.
— Dokąd-że? na folwark?
— Nie mogę wiedzieć...
Bogusław zaczynał się niecierpliwić. Wejrzenie jego badawcze w twarzy Iwanka znajdowało wyraz jakiś zagadkowy — coś niby szyderskiego.
— Pod samym dworem, o trzy kroki od domu — zawołał pan — niewiedzieć jakie licho, ale nie psy tylko ludzie, kwiaty precz wygnietli, wyłamali!
Bystro spojrzał na parobczaka, który, nieumiejąc czy nie chcąc kłamać, oczy spuścił i zmięszał się. Korciło go, żeby był zmuszonym się wygadać. Uśmieszek zaledwie dojrzany zdradzał, że on coś wie o tém.
Bogusław zbliżył się do niego.
— Gadaj-że mi zaraz — krzyknął. — Wiesz, co było?
Iwanek, spodziewając się nagrody, a nie myśląc wcale kryć się ze swym udziałem w sprawie tak ważnéj, nie potrzebował nawet zbyt ostrego natarcia, aby wszystko wyśpiewał.
— Wiesz co to było? — powtórzył pan groźno.
— A jużci co wiem, proszę jaśnie pana — skrobiąc się po głowie rzekł Iwanek, podniósłszy oczy. My z Martynem jużeśmy się spać pokładli, bo już pierwsze kury piały, gdy pan Jakób przybiegł do nas. Wstawajta mi żywo... piarunem... złodziéj się pod dom zakradnął, trzeba go tam juchę wziąć, aby się jaśnie państwo nie przestraszyło.
Bogusław zdumiony oczy wielkie otworzył.
— Co pleciesz?
— A, jak Boga kocham, co prawda — coraz mocniéj się ożywiając rzekł Iwanek. — Przykazał pan Jakób, co bym ja jemu podszedłszy, na głowę wór rzucił, żeby ani krzyknął, Martyn mu miał w tył ręce związać, a pan Jakób na ziemię obalić.
No, i proszę Jaśnie pana, tak się rychtyg stało, słowo w słowo. Człek był nie ułomek, ale jak my się do niego wzieni, tak, ani Jezus nie miał czasu krzyknąć i już — brzdęk! leżał. Tylko, co prawda, że jak ja mu pięścią gębę zamknął, wedle przykazania, tak mu i tchu nie stało, i wywalił się martwy jak kłoda.
Bogusław z coraz bardziéj wytężoną uwagą i zdumieniem większém słuchał.
— Cóż się z nim stało? — przerwał.
— Pan Jakób kazali go zanieść do ogrodowéj chaty i tam my go położyli — jak martwego, ani drgnął...
Potem pan Jakób, obiecawszy nam po dwa złote i po półkwaterku, cośma się dobrze sprawili, wziął ta i wypchnął nas precz, za drzwi. I więcéj ja nie wiem...
Opowiadanie to zrobiło wrażenie dziwne na gospodarzu: zdumiony był, przelękły, ciekawy — tajemnica kazała się czegoś złego domyślać.
Cóż się stało z tym schwytanym i przyduszonym złodziejem? Czyby go miano gdzieś po cichu zagrzebać?
Ciekawość była podrażniona, obawa rozbudzona, miłość własna wreszcie oburzała się na to, że on tu przecie był panem i gospodarzem, a o wypadku tak ważnym nie dano mu znać, i rozporządzono się samowolnie bez jego wiedzy.
— Natychmiast mi szukać i sprowadzić Jakóba! — zawołał. — Rozstąp się ziemio, ażeby mi tu zaraz był. Biegaj ty, Martyn, posłać chłopców... a żywo.
Iwanek kopnął się z miejsca, rzucając grabie i pierzchnął w ogród jak strzała. Bogusław nie wiedział co robić z sobą. Do dworu powracać nie chciał, aby się nie wydać z tém przed żoną; czekał niespokojny przechadzając się po ścieżkach.
Parobcy, ogrodniczaki, kuchty, posługacze biegali tymczasem po sadach, ogrodzie, folwarku, około stajen, wołając i szukając Jakóba napróżno. Nigdzie go nie było ani śladu, nikt go od samego ranka nie widział.
Niecierpliwość Bogusława dochodziła do najwyższego stopnia. Nigdy on tego starego nie lubił, jakby w nim czuł nieprzyjaciela; teraz okrutnie się gniewał na niego. Jak on śmiał się tu tak rządzić?
Iwanek wyspowiadawszy się ze wszystkiego przed panem, nie sądził już, aby do tajemnicy względem innych był obowiązanym.
Martyn poszedł za jego przykładem, cały dwór wiedział już o nocnym wypadku i rozpowiadał o nim najdziwniejsze rzeczy. Gromadki czeladzi przychodziły oglądać ciekawie pozostałe ślady walki, i rozmaite z nich czynić wnioski.
Dowiedziała się klucznica, i poszła z tém co prędzéj do pani. Przestraszona Bogusławowa, poczęła pytać, co się z panem stało, i niespokojna wybiegła go szukać w ogrodzie.
Ekonom, pisarz, wójt, stajnia, oficyna — wszystko było poruszone, przestraszone. W kuchni zbiegały garnki, psy kradły mięso bezkarnie...
Głowy sobie łamano co się mogło stad z Jakóbem i złodziejem...
W tém wszystkiém było coś tak niezrozumiałego, zagadkowego, że, nie mogąc się powrotu doczekać, Bogusław formalną pogoń za nim wyprawił, pieszą i konną. Rozumie się, że na noc następną przedsiewzięte zostały nadzwyczajne ostrożności środki.
Zmierzchało już i słowik rozpoczynał preludium do wielkiego swego koncertu nocnego, gdy Iwanek do siedzącego w ganku pana nadbiegł zdyszany, oznajmując mu, że pan Jakób tylko co powrócili, ale się położyli chorzy w swojéj chacie.
Nie czekając ażeby go przywołano, Bogusław sam wybiegł do ogrodu, otworzył drzwi, i w mroku ujrzał starego Jakóba na wznak leżącego na swém łóżku, z rękami pod głową.
Zobaczywszy pana podźwignął się trochę, ciężko dysząc i pokaszlując.
Człowiek był dobry i łagodny pan Bogusław, ale gorączka.
— Wytłumaczcież wy mnie — zawołał, obcesowo przystępując do chorego — kto tu z nas pan, wy czy ja? co wy tu sobie tak samowolnie gospodarujecie? co to się tu stało? gdzieście się podzieli? gdzie ten człowiek?
— A! to jaśnie pan już wie? — odparł Jakób obojętnie.
— A wiem, żeście jakiegoś złodzieja złapali! krzyczał unosząc się pan Bogusław. — Jakżeście się mogli bez mojéj wiedzy rozporządzać? gdzie on jest?
Jakób, z głową na piersi spuszczoną, bynajmniéj nie poruszony milczał bardzo długo.
— Raczycież mi choć odpowiedzieć! — wołał pan coraz gniewniéj.
— Złodziéj... uciekł — odparł krótko i chłodno Jakób, ruszając ramionami.
Bogusław aż podskoczył.
— Jakto! daliście mu ujść? — wołał — przecież związany był? Jakim sposobem! Przekupił was chyba...
Nieostrożne to słowo wyrwało się mimowolnie Bogusławowi i jak kamień padło na głowę starca, który drgnął, porwał się nagle, stanął na nogi tak groźny, tak straszny, że pan na krok się cofnął.
Zamiast odpowiedzi ironiczny, stłumiony śmiech wyrwał się z ust starcowi i jękiem bolesnym zakończył.
Bogusław stał oczekując tłumaczenia — nadaremnie. Żal mu już było obwinionego, i zaczynał się go obawiać.
Jakób, rozmyśliwszy się, po chwili mruczeć począł, nie podnosząc oczów.
— Uciekł. Winienem! Róbcie ze mną co chcecie! Oddajcie do sądu. Kaźńcie jak się wam podoba. Winienem. Zaspałem, rozplątał sznury i wyszedł po cichu... Poszedłem gonić za nim... nie napędziłem go... przepadł. Róbcie ze mną co chcecie... — Raz jeszcze powtórzył — róbcie co chcecie — i padł na łóżko.
Głos drżący, urywany, jękliwy, którym wymówił te słowa, rezygnacya w nim brzmiąca, nie dopuszczały już ani dalszego badania, ani dłuższéj rozmowy.
Gniewny pan wyszedł drzwiami stukając.
We dworze przez cały wieczór rozprawiano o złodzieju, o Jakóbie, o tajemniczém tém zdarzeniu. Znano starego sługę, że jemu się z rąk wymknąć nie było łatwo, że nie zasypiał, ani się opuszczał; — nie pojmował nikt ucieczki złodzieja.
Niektórzy posądzali Jakóba o pijaństwo, ale nie upijał się przecie nigdy.
Pani domu obwinionego starego sługi żal się zrobiło; nazajutrz rano sama się wybrała do niego rozmówić się, rozpytać, pocieszyć. Z poczciwą tą myślą nie czekając śniadania, pośpieszyła do chaty ogrodowéj.
Na progu odziany lichą sukmaną, z kijem w ręku, torbą przez plecy, w ubiorze przypominającym żebraka, stary Jakób właśnie stał, zabierając się do wyjścia.
Zobaczywszy panią, zdjął czapkę z głowy i odsłonił twarz, nagle pożółkłą, zwiędłą, pomarszczoną, na któréj straszna boleść się malowała.
— Mój Jakóbie — przemówiła, zbliżając się do niego, Bogusławowa. — Cóż to jest? wybieracie się? dokąd?
Stary potwierdził to skinieniem głowy.
— A cóż! — rzekł — czas pod kościół! za grzechy pokutować, Pana Boga chwalić, za dusze zmarłe się modlić!
Za dusze zmarłe!! — jęknął, zanosząc się od tłumionego płaczu.
I przystąpił pokornie do swéj pani, w rękę ją pocałował, przeżegnał się, a gdy wzruszona kobieta chciała go wstrzymać, ruszył przyśpieszonym krokiem, jakby uciekał w głąb ogrodu.
Na ścieżynce zabiegła mu drogę Klarcia...
Nie mógł uniknąć z nią spotkania, przykląkł przed wesołém dzieckiem, płacząc począł nóżęta jéj całować — porwał się i zniknął.
Razem z Jakóbem przepadł gdzieś stary wyżeł Tyras, którego posądzono o wściekliznę, bo wiadomo, że psy, dotknięte tą chorobą z miejsc, w których żyły, uciekać zwykły.
Tyrasa nikt już nie widział więcéj, ale Jakóba spotykano potem długo jeszcze siedzącego pod kościołem, z różańcem w ręku i z oczyma spuszczonemi odmawiającego modlitwy. Tylko ani Bogusławowéj, ani Klarci nawet nie poznawał i gdy mu jałmużnę rzucały, oczu nie podnosił.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.