Na tle tajemnicy procesu Ronikiera

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Leo Belmont
Tytuł Na tle tajemnicy procesu Ronikiera
Podtytuł Fantazja
Data wydania 1911
Wydawnictwo Tygodnik „Wolne Słowo”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
LEO BELMONT.

Na tle tajemnicy procesu Ronikiera.
FANTAZJA.
Módlcie się za nim!“
Ostatnie słowa dzieła Bogdana Jaksy Ronikiera „Hrabia na Rostocku błędny rycerz Słowiańszczyzny na rubieży XIV i XV wieku“. Bardzo cudnych jego dziejów i przygód opowieść. Wyd. w Warszawie r. 1911.
ROZDZIAŁ I.

Posiew.

Oszronione nagie gałęzie topoli kołysały się cicho za oknami dworu Łuszczowskiego w szybko zapadającym zmroku grudniowego wieczora roku 1908.
Stasiowi oczy płonęły zachwytem, ręce splatały się czcią modlitewną.
Hrabia, wgłębiony w fotel, z ręką, delikatnie opartą na czole wysokiem, czytał z rękopisu głosem głęboko wzruszonym, przedziwnie melodyjnym:
„Błogosławieni, których Bóg przygarnął litościwie do promienistej świątnicy swojej, a nieprawości ich rozwiał, jak dym wilgnego ogniska.
„Błogosławieni, którym Bóg wypełł z serca kąkol ziemskiej uciechy, a posiał ziarenko swojego światła...
„Błogosławieni, których pobożne chuci Bóg zamienił w dzieło, a ducha prawego odnowił we wnętrzach ich grzesznych...
„Błogosławieni ślepi, których uwagi uszedł kał ludzkich namiętności, albowiem Bóg im za to da się przejrzeć w przeczystej obliczności Jego.
„Błogosławieni głusi, którzy nie słyszeli podszeptów piekielnych, albowiem Bóg im za to rozwiąże mowę gwoli wiekuistej sławy Swojej...
„Błogosławieni...
„Błogosławieni...
Tu głos hrabiego przycichł — był pełen namaszczenia — oczy napełniły się wielkim i szczerym smutkiem. Westchnął i czytał dalej:
„W przedniej nawie poważnej Pańskiej świątyni brać zakonna odmawiała gorliwie wieczorne pokutne modlitwy.
„Kościół był pusty i czuć było w tej uroczystej chwili, kiedy tylko garść białych mnichów za głównym ołtarzem słała gorliwie ku Niebu korne modły swoje, że Nieśmiertelny panuje tu bezwzględnie, że tu zasiada w pełnym blasku swej Boskiej chwały, by w gronie świętych i zbawionych sprawować Swe cudowne sądy.
„Świątynia była...
Hrabia przerwał:
— Oho, zrobiło się ciemno... Kiedyindziej przeczytam ci dalej.
Staś siedział jakby w odrętwieniu.
— Dlaczego ty nic nie mówisz? — spytał hrabia zdziwiony, lustrując chłopca przez monokl.
Ten nie odrazu odpowiedział.
— Podobało ci się?
— Czy mi się podobało?!... Ależ to jest cudowne!... Jak pan szwagier pisze! Mój Boże!... Ja myślę, że jak pan Bogdan skończy tę swoją powieść, to wszyscy przyznają, że to jest takie... takie, jakby sam Sienkiewicz pisał!
Hrabia uśmiechnął się:
— Mój Stasiu! — gdybym liczył tylko na sławę Sienkiewicza, złamałbym pióro. Dali mu Oblęgorek — i odczepili się od niego! Mojem marzeniem było mieć pomnik za życia. To jest możliwe!...
— Jak pan szwagier skończy i wyda tę powieść „Hrabia na Rostoku“... to wszyscy uwierzą w talent pana szwagra... Myślę nawet, że wtedy mama...
Chłopiec zawahał się:
— Co mama?
— Ej, nic...
— Powiedz!
— Nic... tylko, że mama kiedyś mówiła do tatusia, że pan szwagier chyba w nic nie wierzy... Ale mamusia myliła się... Takie rzeczy pisać może tylko człowiek głęboko wierzący!...
— Słuchaj, Stasiu!... wiem dobrze, że twoja mama nie chciała, abym ci dalej dawał lekcje. Bała się mojego złego wpływu? Przyznaj się!
— Nie!.. naprawdę nie!... Ale...
— Tak! tak!.. wiem dobrze!... Ach, twoja mamunia!
Hrabia powstał — szerokiemi krokami chodził po pokoju — nagle przystanął przed Stasiem i jął mówić w natchnieniu:
— Gdyby to w mojej leżało mocy, zbudowałbym w Łuszczowie klasztor najsurowszej reguły. Sam zostałbym przeorem. Przyjąłbym imię... imię Ojca Teodora... co znaczy po grecku Bohdan — dar Boży — przez Boga dany... Z klasztoru tego spłynęłoby błogosławieństwo na lud okoliczny... Leczyłbym ludność magnetyzmem, jak mój ojciec. Ogniem wymowy zapalałbym serca... Wiesz? kiedyś w Paryżu — w kościele Świętej Genowefy — zastąpiłem znajomego księdza... który był chory. Arystokratyczne damy — hrabine i księżne — płakały... Była nawet... Cesarzowa Eugenia!.. Incognito.
Mówił to z takiem przekonaniem, jakgdyby sam sobie wierzył.
— Dlaczego tego nie robisz?
— Ba! — roześmiał się hrabia — dlaczego tego nie robię? Dlatego, że inni mają miljony i duszą je w kieszeniach, nie przymierzając, jak twój tatuńcio...
— Ach, co pan szwagier mówi!..
— Mówię prawdę!... Widzisz, mówisz o wydaniu i ukończeniu mojej powieści. Ale żeby ją tak wydać, jak ja zamierzam — z temi winietami, które pokazywałem ci rano — z mojemi symbolicznemi rysunkami — jako arcydzieło sztuki typograficznej — żeby rzecz pociągnęła oczy, nim przykuje serca — potrzeba pieniędzy, dużo pieniędzy!... I żeby ukończyć tę powieść, która wymaga długich studjów nad historją, badań w archiwach, opracowania — trzeba swobodnej myśli — wolnej od trosk — od kłopotów gospodarskich — od terminów wekslowych — od ciągłego niepokoju przed wierzycielami — od groźb ruiny, która wisi nad Łuszczowem!... Więc znowu trzeba pieniędzy, pieniędzy, pieniędzy! Tyś młody — bardzo młody — masz lat piętnaście. Ty nie rozumiesz tego, co to znaczy: być bez pieniędzy. Bez złota — bez tego marnego złota — pieśń poety milknie — zamiera melodja — marmur odmawia posłuszeństwa — nie wciela się w życie pomysł wynalazcy... Ginie geniusz — zabija go nędza!...
Blady promień księżyca przedarł się przez szyby i srebrzył twarz hrabiego, który mówił z coraz wzrastającą namiętnością:
— Zbudowałbym klasztor — opokę nowej religii — byłbym świętym... gdybym miał pieniądze!...
I cisnąc rękoma zgorączkowane czoło, dodał, jakby do siebie:
— Bo trzeba być na tej ziemi albo świętym, albo zbrodniarzem!
— Zbrod-nia-rzem?! — przeląkł się Staś.
— Ba! czy Napoleon nie był wielkim zbrodniarzem?.. Zabił wolą swoją setki tysięcy kwitnącej młodzieży. A za to ma w Paryżu grobowiec, któremu równego nie zna Europa, który może iść w porównanie tylko z grobowcami Faraonów przed czterdziestu wiekami!... A dlaczego?... Bo on wiedział, że przeciętni ludzie zdadzą się tylko na mięso dla armat!
— Jakto?... to przeciętni ludzie wcale nie potrzebni na świecie?
— Owszem... ale oni są tylko fundamentem dla sławy wielkich ludzi... Przeciętnych ludzi jest na świecie dosyć — nie zbraknie ich nigdy — rodzą się po to, aby umierać — jak muchy. Nie zostawiają śladu w życiu... Jedzą, piją i płodzą się... Ale żyją naprawdę, bo są nieśmiertelni, tylko wielcy ludzie.
— To człowiek powinien być wielkim zbrodniarzem? — pytał Staś. Pan szwagier żartuje chyba...
— Powiedziałem: albo świętym!..
— A pan szwagier chciałby być?..
— Oczywiście świętym!
Chłopiec odetchnął.
— I ja tak myślę... Ale... lepiejby było, gdyby szwagier tworzył arcydzieła... i żeby skończył swoją powieść... To takie piękne!... Tak chciałbym wiedzieć, co się dalej stało z tym Wojsławem i z Trudą i z Nosorogiem... I z wszystkimi...
— Zarzuciłem tę rzecz dawno... choć już trzy części gotowe... Kiedy głowa pęka od kłopotów finansowych, nie ma się natchnienia...
— Może panu szwagrowi nie dużo potrzeba. Tatuśby dał...
— Tatuśby dał?!...
Hrabia Ronikier począł śmiać się szyderczo... Potem przystąpił do chłopca, wziął go za obie ręce i wstrząsając nim, mówił przyciszonym z gniewu głosem:
— Twój tatuś jest kutwa... twój tatuś jest sknera... twój kochany tatuś a mój kochany teść oszukał mnie... ograbił!... Rozumiesz?...
Chłopiec poruszył się... drżał cały. Nawet w zmroku hrabia odgadywał, że musiał poblednąć.
— Ty nie lubisz tatusia. Ale tatuś jest dobry. A ty... ty... mówisz rzeczy brzydkie.
— A, brzydkie!
Hrabia zadzwonił.
Służący zjawił się i zapalił lampę.
Hrabia wyjął z biórka intercyzę ślubną. I długo tłomaczył chłopcu jej punkty.
Gorzko się skarżył na swój zawód. Tłomaczył chłopcu, iż teść go zmusił do kupna wielkiego majątku za pieniądze matki — ale nie dał mu gotówki — dał rentę, niewystarczającą na opłacenie procentów...
Chłopiec słabo się bronił... Przebąkiwał coś, że papa bał się, iż pieniądze mogą się rozejść w rękach pana Bohdana... i na życie nie starczy...
— I tak nie starczy nam na życie takie, do jakiego mamy prawo! — oburzał się hrabia. Powtarzam ci, że twój tatuś ograbił mnie!
Już krzyczał. Chrypł.
Chłopiec zauważył niespokojnie, że „siostra może usłyszeć, co pan szwagier mówi o papie“.
— Nie bój się! Ksawercia śpi mocno po przyjęciu morfiny. A zresztą nie sądź, że ona nie wie, iż wasz ojciec jest egoistą bez serca i bez sumienia — nie kocha nic i nikogo prócz pieniędzy...
— Nieprawda! — bronił rozpaczliwie chłopiec. Ojciec kocha mnie bardzo... bardzo... Tylko o mnie myśli — dla mnie żyje...
— Głupiś, Stasiu — dowodził mocno gestykulując hrabia. Twój ojciec tresuje ciebie — a nie wychowuje. Zrobił z ciebie automat — mazgaja! Czy tak się wychowuje dziecko, jeżeli się ma miliony? Czy ty nie masz prawa do rozrywek? W domu u was szaro i smutno. Twój papa boi się ludzi! Zamęczają ciebie nauką — kujesz, kujesz bez przerwy... A po co ci to?... Gdy twój ojciec zdecyduje się wreszcie oddać ci majątek — jeżeli znajdzie moc do tego, a może znajdzie dopiero po swojej śmierci, — ludzie będą cię wyzyskiwali... Bo nie będziesz znał życia... Będziesz niczem z twoją angielszczyzną i muzyką... Bo nie będziesz miał żadnej samodzielności... Twoje dzieciństwo jest bardzo smutne... Biedaku! toć-że ty nie możesz iść pobawić się nawet z kolegami. Kujesz całe dnie... Tak, twój tata będzie dla ciebie dobry — po śmierci... Ale jak ty wytrzymasz tę tresurę?... Skarżyłeś się, że głowa cię boli... Nie odpoczywasz wcale...
— To prawda!... Ta matematyka jest taka trudna — zgadzał się chłopiec. Po trzy godziny mam korepetycji, gdy wracam ze szkoły...
— A czy ty w twoim wieku nie powinieneś mieć trochę grosza dla siebie?...
— Kiedy ja nic nie potrzebuję...
— Nie potrzebujesz, bo nie masz na wydatki. Ale dziecko bogatych rodziców powinno się przyzwyczajać do rozporządzania pieniędzmi... do pewnego savoir vivre! Arystokracja wydaje na swoje potrzeby, aby lud miał robotę i mógł zarobić!.. Ale mieszczaństwo samo nie żyje i innym nie daje żyć!
— Kiedy mam wszystko... Mama dba o moje potrzeby... Mama jest bardzo dobra — to chyba szwagier przyzna... Mama kocha wszystkie dzieci...
— O, mama twoja jest bardzo dobra — ironizował hrabia. Jest słodka — bardzo słodka... Ale co warta jest taka słodycz?...
— Ja słyszałem, że od mamy to dostaliście pieniądze — nawet bardzo dużo... Mamunia jest naprawdę dobra...
— Ha-ha-ha! — zaśmiał się hrabia. Bardzo dużo! 27000 rubli — na opędzenie najpilniejszych długów. I to z warunkiem, że to pójdzie na posag! Czy mama, która ciągle dziedziczy po krewniakach, nie mogła była darować takiej drobnej sumki Ksawerci...
— Mama nie może bez taty...
— Mama nie może nic bez taty! — przedrzeźniał hrabia. Kiedy tatuś najmuje lokaja, to daje adres krawca, bo boi się, aby ktoś podejrzany nie wszedł do domu i nie zobaczył, gdzie jest kasa... albo sypialnia. Obaczysz, wkrótce i korepetytorów będą ci najmowali pod adresem krawca. A mama będzie na wszystkie dziwactwa twojego taty patrzeć przez palce i nic nie widzieć... jak twój papcio, który cały świat widzi przez ciemne okulary.
— Tato mówi, że świat jest pełny złych ludzi... bez serca i bez sumienia...
— O! on sam jest bez serca i bez sumienia.
— Jak szwagier może takie rzeczy mówić!
— Dowiodłem ci cyframi i aktami, ale ty, mała główko, nie możesz nic zrozumieć... Lecz może nadejdzie godzina,— sam przyjdziesz do przekonania, że twoi rodzice są niedobrzy — że nie mają serca i sumienia...
— Mama?!! — chłopiec podskoczył i uszy zatknął.
— I Mama!... Tak i mama! — hrabia bił pięścią w biórko. Myślisz, że twoja siostra nie byłaby weselsza i zdrowsza — tak i zdrowsza — gdyby nie te troski wieczne — nie to zamknięcie z konieczności na wsi...
— O, Mama się zawsze modli, kiedy Ksawerci jest gorzej. Kiedy miała być operacja, to mamunia dała na mszę. Sam widziałem. Mama co Niedzielę chodzi do kościoła i długo się modli za zdrowie Ksawery... i za Jana... i za nas wszystkich...
— Wszystko fałsz i obłuda! Cały dom wasz tchnie fałszem i obłudą!... — pienił się hrabia.
— To nieprawda! — ze łzami w oczach krzyczał chłopiec. Mama mnie kocha...
— Jesteś przyszyty do sukni mamuni!
— Nieprawda! mamunia pozwoliła mi teraz na trzy dni przyjechać do was — a szwagier takie brzydkie rzeczy mówi. Mama jest święta...
— Bigotka! — krzyczał hrabia.
— Nie! tylko pan szwagier nie wierzy tak mocno, jak mama...
— A jednak twoja pobożna mama zgodziła się na małżeństwo Ksawery z „niewierzącym...“ tylko nie na wypłacenie posagu... Co?!! — tryumfował hrabia. I pozostawia nas w nędzy... w nędzy... Rozumiesz?!
Chłopiec zalał się łzami. Oparł głowę na rękach i płakał.
Hrabia podszedł doń i pogładził go po głowie:
— Nie płacz, Stasiu! nie płacz. Przecież ja ci nie chciałem sprawić przykrości. Chodzi mi tylko o to, żebyś się nie zepsuł, żebyś nie został takim egoistą, jak twój ojciec... albo twój brat Jan.
— O, teraz znowu wygadujesz na Jana! — płakał chłopiec. Ach, lepiej nie żyć, niż słyszeć takie rzeczy o swoich najbliższych...
Szlochał i trząsł się z bólu...
— Nie, to wszystko musi być nieprawda — mówił chłopiec, połykając łzy. To musi być jakieś nieporozumienie... Ty tylko nie rozumiesz dobrze taty i mamy... I oni ciebie nie rozumieją... I ztąd jest to wszystko... To okropne! okropne!...
Hrabiemu wargi przekrzywiły się złością. Machnął ręką. Otwierał usta — chciał coś powiedzieć przykrego. Chustką nerwowo pocierał oko, z którego wypadł monokl na białą elegancką kamizelkę.
Ale opamiętał się szybko i rzekł tylko:
— Idź spać, Stasiu! — idź spać! Już pora na ciebie...
Starożytny zegar ścienny bił jękliwie godzinę dziewiątą.


ROZDZIAŁ II.

Ziarno kiełkuje.

W dwa dni potem przed werendą stangret na koźle powozu oczekiwał panicza...
Bułany kręcił grzywiastą szyją i bił niecierpliwie nóżką, jakby obawiał się, że Staś spóźni się na pociąg.
Była wczesna godzina poranna.
Śnieg prószył.
Staś, pożegnawszy siostrę, która nie wychodziła z powodu choroby, zeszedł na dół do saloniku, aby pożegnać się ze szwagrem.
Hrabia przeląkł się na serjo:
— Ty bardzo źle wyglądasz, Stasiu. Blady jesteś — masz pod oczyma krążki.
I jakby uczuwszy wyrzut, że nie zajmował się gościem w ciągu dwóch poprzednich dni, tłomaczył się:
— Wybacz... Miałem tyle roboty... To ta oranżerja, którą chcę założyć na sposób nicejski, bo podobno mam zdolności na wielkiego ogrodnika. To znowu musiałem siedzieć przy Ksawerci — a nie chcieliśmy oboje krępować ciebie i sądziliśmy, że rad będziesz z samodzielności i przekładasz park nad pokój chorej. To znowu wczoraj musiałem jechać do Chełma i płacić weksle tych żydów... to jest: moje... I szukać znowu kredytu — napróżno... Nie masz pojęcia, co ja mam z temi żydami... Słowo honoru nie ma dla nich żadnego znaczenia — a weksle protestują!... Przez to zaś ty się nudziłeś.
— Ach, nie!... Spacerowałem cały dzień — sam jeden...
— Tak... tak... zmizerniałeś. Mama będzie miała teraz pretensję do nas, że nie karmiliśmy ciebie i nie chuchali...
Chłopiec miał łzy w oczach.
— Ty zdaje się płaczesz? Wstydź się!... Być melanholikiem!
— Nie... nie!...
— O, ty płakałeś!... znać po oczach.
— Ależ nie...
Spuszczał oczy.. Powieki były obrzękłe i napuchnięte.
— Zaspałem... To z tego.
Kłamał. Nie spał całą noc — tę i poprzednią. Wczoraj i onegdaj z chorą siostrą mówił niewiele — tylko w jej oczach czytał smutek wielki. Wałęsał się po parku mimo zimna przez godzin kilka. Pół dnia przesiedział w bibliotece zasunięty w fotel. Nigdy tak dużo nie rozmyślał, jak w ciągu tych dwóch dni ostatnich.
— No, chłopcze — pożegnajmy się. Bo spóźnisz się na pociąg — i rodzice będą niespokojni...
Pocałowali się.
Chłopiec ociągał się jeszcze, idąc ku oszklonym drzwiom werendy.
— Panie szwagrze!
— Co takiego?
— Mam jeszcze prośbę...
— Służę ci...
— Widzisz — nie dziw się... Chciałbym... ja bym bardzo chciał, żebyś... żebyś nie myślał... ty i Ksawercia, że ja to nic nie rozumiem... i nie czuję... I żebyś... żebyś coś mi przechował...
— Przechował?
— Tak! bo widzi pan Bohdan — ja mam wszystko — ja mam dużo rzeczy — ale ja nie mam żadnej szufladki, żeby... mama nie wiedziała, co tam jest.
— Ale! — hrabia uśmiechnął się.
— I także w kieszeni nie mogę nic chować... Bo codzień wieczór papa oddaje moje ubranie do czyszczenia... I widzi, co mam w kieszeniach... A ja...
— A ty masz jakiś sekret?
— Nie miałem... Ale teraz mam... I ja nie wiem, co się może ze mną stać... Bo może... może...
Łzy go dusiły.
— Może sobie coś złego zrobię.
Hrabia roześmiał się:
— Ej, głupstwa gadasz! Po co byś sobie coś złego miał zrobić...
— Kto to wiedzieć może...
— Więc czego żądasz?...
— O, schowaj to — proszę. Żeby, jeżeli się coś stanie — żeby to nie zginęło... i żeby Jan i Ksawercia i ciocia... wiedziały... wiedziały...
Łzy gęsto kapały chłopcu z oczu. Wyciągnął kopertę z żałobną obwódką — miał taką w kuferku od matki, która obchodziła żałobę po jego dziadku — i oddał hrabiemu.
Ten ze zdziwieniem odczytał na kopercie napis:
Po mojej śmierci.
Chłopiec wybiegł na werendę. Hrabia szedł za nim...
— Co to znaczy?... Otwarta... Mogę przeczytać?...
— Nie teraz — potem — jak wyjadę.
Objął szwagra za szyję i gorąco go ucałował.
— Więc schowasz — dobrze?
— Dobrze... schowam!... Ale wybij sobie głupstwa z głowy... Lepiej bądź zdrów i... wesół... Żyć — żyć trzeba!...
Chłopiec wskoczył na stopnie powoziku. Spojrzał w górę, gdzie za szybą widniał piękny profil siostry. Ręką oddał jej ukłon. Krzyknął szwagrowi: „Do widzenia“!
I powóz potoczył się po świeżym śniegu...
Hrabia wrócił do pokojów.
Wyjął z koperty list...
I wyczytał wyrazy, skreślone ręką dziecinną — drżącą — jakgdyby kształty liter chciały zachować dla głębokiego duszoznawcy ślad męki dziecinnej, dreszcz nieprzespanych nocy, drgnienie pierwszych przerażeń naiwnego dziecka wobec myśli potwornych, zbyt strasznych dla czystego i młodego serca! A jednak litery te, acz drżące wzruszeniem piszącego, były zarazem jakby wyrysowane, dając wyraz — może dziecinnej potrzebie kaligrafowania myśli niezwykle poważnej, może zaś zdradzając, iż pisano te wyrazy powoli — z wielkim namysłem — albo z wysiłkiem pamięci, odtwarzającej cudze myśli lub z wielką obawą, że się pisze coś, co może mieć znaczenie na całe życie!...
List brzmiał:

12 Grudnia 1908 roku.

Powoli przychodzę do przekonania, że mam rodziców niedobrych — bez serca i bez sumienia. W domu fałsz i obłuda. Lepiej byłoby nie żyć. Mam ich już dosyć.

Staś Chrzanowski.

Hrabia zmarszczył czoło — i ręką powiódł po głowie:
— A!...
Na usta wykwitł mu uśmiech tryumfu:
— Więc zrozumiał! Zdałoby się to kiedyś pokazać staremu... żeby wiedział, iż serce syna zmarnował tak samo, jak... córki!
Jakgdyby odruch wstydu poruszył jego sumieniem...
— Prawda... to na wypadek śmierci... Tylko na wypadek śmierci...
Wrzucił list do szuflady biórka — i zatrzasnął ją.
Wszedł na górę.
— Ksawerciu! — rzekł do żony — boję się, żeby twój braciszek nie zrobił sobie kiedyś coś złego...
— W istocie uważałam, że był bardzo smutny... Ale chyba Staś jest za mądry, żeby sobie krzywdę zrobić. Niepokoisz mnie, Bohdanie.
— Nie bój się kochanie!... Staś jest za mądry...
I pocałował żonę...
A przez głowę przemknęła mu myśl:
— Albo i za głupi... Przejdzie tydzień — i zapewnie wróci do „normalnego stanu“. Zapomni, co pisał... lub pożałuje... Śliczna rodzinka...
I znowu ucałował żonę — serdecznie.


Zając.

Z pod kół powozu bryzgało błoto rozmoczonej przez odwilż drogi.
Wgłębiony w poduszki powozowe Staś sennemi oczyma wodził po śniegiem usłanych polach.
Myśli rwały się w jego głowie. W uszach czuł szum.
Nie mógł dać sobie rady z napływającemi pytaniami:
— „Czy hrabia miał słuszność?.. Czyżby Ojciec i Matka mogli być tak niedobrzy? Wszakże Ojciec pilnował go jak oka w głowie. Matka znak krzyża kładła nad nim, nim zasnął. Nie zdarzyło się, aby zasnął, zanim ucałowała go w czoło. Czyż nie mówił do niej, że „nie mógłby żyć bez niej“...
Ale przypominał, co mu wczoraj mówiła siostra — powściągliwie, lecz wyraźnie:
— Jesteś młody, Stasiu, to tego nie rozumiesz, co to znaczy miłość. Ale mama — mama powinna to była zrozumieć. Mama nie powinna była namawiać mnie do zwrócenia pierścionka Bohdanowi. Przecie ja go kocham — kocham bez pamięci, na zawsze. Boję się, że coś słyszał z drugiego pokoju... i ma żal do mamy. Żal słuszny — żal wielki... Jak mnie to wszystko boli!... Ale nie mów Mamie nic... Po co? — po co?... Już tak być musi, że między rodzicami a Bogdanem będzie zawsze przepaść. A najwięcej to ja cierpię — ja, rozpołowiona i rzucona przez miłość córki i żony na dwie strony tej przepaści...
Chłopiec męczył się temi myślami — ale znużony bezsennością zasypiał.
Obudził się wreszcie. Słońce wzeszło i ślepiło oczy, odbijając się od śnieżnej równiny.
Było pięknie. Mróz krzepł. Policzki chłopca zaróżowiły się. Brała górę zdrowa młodość. Robiło mu się weselej. Zapomniał, co przeżył tej nocy, gdy „powoli przychodził do przekonania“ narzuconego mu przez szwagra — gdy w jego mózgu pierwszy raz zaszumiała myśl żałobna: „lepiej nie żyć!“ — gdy z dziecinnym gniewem pisał: „mam ich już dosyć!“...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Przez szosę przebiegł zając.
Wyciągnął skoki i znacząc ślady na śniegu przebiegł z pola do lasu.
— O! — zawołał chłopiec — gdyby tak mieć fuzyjkę, to możnaby go położyć na miejscu, jak w „Panu Tadeuszu“.
— A kto go położył? — zapytał furman, odwracając głowę.
— Nie pamiętam. Zdaje mi się, Wojski, czy hrabia...
— A nasz pan hrabia to dawniej polował a teraz nie chce za nic... Powiada, że krwi nie znosi...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Leopold Blumental.