Strona:Leo Belmont - Na tle tajemnicy procesu Ronikiera.djvu/16

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   16   —

że między rodzicami a Bogdanem będzie zawsze przepaść. A najwięcej to ja cierpię — ja, rozpołowiona i rzucona przez miłość córki i żony na dwie strony tej przepaści...
Chłopiec męczył się temi myślami — ale znużony bezsennością zasypiał.
Obudził się wreszcie. Słońce wzeszło i ślepiło oczy, odbijając się od śnieżnej równiny.
Było pięknie. Mróz krzepł. Policzki chłopca zaróżowiły się. Brała górę zdrowa młodość. Robiło mu się weselej. Zapomniał, co przeżył tej nocy, gdy „powoli przychodził do przekonania“ narzuconego mu przez szwagra — gdy w jego mózgu pierwszy raz zaszumiała myśl żałobna: „lepiej nie żyć!“ — gdy z dziecinnym gniewem pisał: „mam ich już dosyć!“...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Przez szosę przebiegł zając.
Wyciągnął skoki i znacząc ślady na śniegu przebiegł z pola do lasu.
— O! — zawołał chłopiec — gdyby tak mieć fuzyjkę, to możnaby go położyć na miejscu, jak w „Panu Tadeuszu“.
— A kto go położył? — zapytał furman, odwracając głowę.
— Nie pamiętam. Zdaje mi się, Wojski, czy hrabia...
— A nasz pan hrabia to dawniej polował a teraz nie chce za nic... Powiada, że krwi nie znosi...