Strona:Leo Belmont - Na tle tajemnicy procesu Ronikiera.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   15   —

I pocałował żonę...
A przez głowę przemknęła mu myśl:
— Albo i za głupi... Przejdzie tydzień — i zapewnie wróci do „normalnego stanu“. Zapomni, co pisał... lub pożałuje... Śliczna rodzinka...
I znowu ucałował żonę — serdecznie.


Zając.

Z pod kół powozu bryzgało błoto rozmoczonej przez odwilż drogi.
Wgłębiony w poduszki powozowe Staś sennemi oczyma wodził po śniegiem usłanych polach.
Myśli rwały się w jego głowie. W uszach czuł szum.
Nie mógł dać sobie rady z napływającemi pytaniami:
— „Czy hrabia miał słuszność?.. Czyżby Ojciec i Matka mogli być tak niedobrzy? Wszakże Ojciec pilnował go jak oka w głowie. Matka znak krzyża kładła nad nim, nim zasnął. Nie zdarzyło się, aby zasnął, zanim ucałowała go w czoło. Czyż nie mówił do niej, że „nie mógłby żyć bez niej“...
Ale przypominał, co mu wczoraj mówiła siostra — powściągliwie, lecz wyraźnie:
— Jesteś młody, Stasiu, to tego nie rozumiesz, co to znaczy miłość. Ale mama — mama powinna to była zrozumieć. Mama nie powinna była namawiać mnie do zwrócenia pierścionka Bohdanowi. Przecie ja go kocham — kocham bez pamięci, na zawsze. Boję się, że coś słyszał z drugiego pokoju... i ma żal do mamy. Żal słuszny — żal wielki... Jak mnie to wszystko boli!... Ale nie mów Mamie nic... Po co? — po co?... Już tak być musi,