Strona:Leo Belmont - Na tle tajemnicy procesu Ronikiera.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   12   —

Kłamał. Nie spał całą noc — tę i poprzednią. Wczoraj i onegdaj z chorą siostrą mówił niewiele — tylko w jej oczach czytał smutek wielki. Wałęsał się po parku mimo zimna przez godzin kilka. Pół dnia przesiedział w bibliotece zasunięty w fotel. Nigdy tak dużo nie rozmyślał, jak w ciągu tych dwóch dni ostatnich.
— No, chłopcze — pożegnajmy się. Bo spóźnisz się na pociąg — i rodzice będą niespokojni...
Pocałowali się.
Chłopiec ociągał się jeszcze, idąc ku oszklonym drzwiom werendy.
— Panie szwagrze!
— Co takiego?
— Mam jeszcze prośbę...
— Służę ci...
— Widzisz — nie dziw się... Chciałbym... ja bym bardzo chciał, żebyś... żebyś nie myślał... ty i Ksawercia, że ja to nic nie rozumiem... i nie czuję... I żebyś... żebyś coś mi przechował...
— Przechował?
— Tak! bo widzi pan Bohdan — ja mam wszystko — ja mam dużo rzeczy — ale ja nie mam żadnej szufladki, żeby... mama nie wiedziała, co tam jest.
— Ale! — hrabia uśmiechnął się.
— I także w kieszeni nie mogę nic chować... Bo codzień wieczór papa oddaje moje ubranie do czyszczenia... I widzi, co mam w kieszeniach... A ja...
— A ty masz jakiś sekret?
— Nie miałem... Ale teraz mam... I ja nie wiem, cn się może ze mną stać... Bo może... może...
Łzy go dusiły.
— Może sobie coś złego zrobię.
Hrabia roześmiał się: