Strona:Leo Belmont - Na tle tajemnicy procesu Ronikiera.djvu/13

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   13   —

— Ej, głupstwa gadasz! Po co byś sobie coś złego miał zrobić...
— Kto to wiedzieć może...
— Więc czego żądasz?...
— O, schowaj to — proszę. Żeby, jeżeli się coś stanie — żeby to nie zginęło... i żeby Jan i Ksawercia i ciocia... wiedziały... wiedziały...
Łzy gęsto kapały chłopcu z oczu. Wyciągnął kopertę z żałobną obwódką — miał taką w kuferku od matki, która obchodziła żałobę po jego dziadku — i oddał hrabiemu.
Ten ze zdziwieniem odczytał na kopercie napis:
Po mojej śmierci.
Chłopiec wybiegł na werendę. Hrabia szedł za nim...
— Co to znaczy?... Otwarta... Mogę przeczytać?...
— Nie teraz — potem — jak wyjadę.
Objął szwagra za szyję i gorąco go ucałował.
— Więc schowasz — dobrze?
— Dobrze... schowam!... Ale wybij sobie głupstwa z głowy... Lepiej bądź zdrów i... wesół... Żyć — żyć trzeba!...
Chłopiec wskoczył na stopnie powoziku. Spojrzał w górę, gdzie za szybą widniał piękny profil siostry. Ręką oddał jej ukłon. Krzyknął szwagrowi: „Do widzenia“!
I powóz potoczył się po świeżym śniegu...
Hrabia wrócił do pokojów.
Wyjął z koperty list...
I wyczytał wyrazy, skreślone ręką dziecinną — drżącą — jakgdyby kształty liter chciały zachować dla głębokiego duszoznawcy ślad męki dziecinnej, dreszcz nieprzespanych nocy, drgnienie pierwszych przerażeń naiw-