Strona:Leo Belmont - Na tle tajemnicy procesu Ronikiera.djvu/5

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   5   —

— Zbudowałbym klasztor — opokę nowej religii — byłbym świętym... gdybym miał pieniądze!...
I cisnąc rękoma zgorączkowane czoło, dodał, jakby do siebie:
— Bo trzeba być na tej ziemi albo świętym, albo zbrodniarzem!
— Zbrod-nia-rzem?! — przeląkł się Staś.
— Ba! czy Napoleon nie był wielkim zbrodniarzem?.. Zabił wolą swoją setki tysięcy kwitnącej młodzieży. A za to ma w Paryżu grobowiec, któremu równego nie zna Europa, który może iść w porównanie tylko z grobowcami Faraonów przed czterdziestu wiekami!... A dlaczego?... Bo on wiedział, że przeciętni ludzie zdadzą się tylko na mięso dla armat!
— Jakto?... to przeciętni ludzie wcale nie potrzebni na świecie?
— Owszem... ale oni są tylko fundamentem dla sławy wielkich ludzi... Przeciętnych ludzi jest na świecie dosyć — nie zbraknie ich nigdy — rodzą się po to, aby umierać — jak muchy. Nie zostawiają śladu w życiu... Jedzą, piją i płodzą się... Ale żyją naprawdę, bo są nieśmiertelni, tylko wielcy ludzie.
— To człowiek powinien być wielkim zbrodniarzem? — pytał Staś. Pan szwagier żartuje chyba...
— Powiedziałem: albo świętym!..
— A pan szwagier chciałby być?..
— Oczywiście świętym!
Chłopiec odetchnął.
— I ja tak myślę... Ale... lepiejby było, gdyby szwagier tworzył arcydzieła... i żeby skończył swoją powieść... To takie piękne!... Tak chciałbym wiedzieć, co się dalej stało z tym Wojsławem i z Trudą i z Nosorogiem... I z wszystkimi...