Strona:Leo Belmont - Na tle tajemnicy procesu Ronikiera.djvu/4

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   4   —

kiedyś w Paryżu — w kościele Świętej Genowefy — zastąpiłem znajomego księdza... który był chory. Arystokratyczne damy — hrabine i księżne — płakały... Była nawet... Cesarzowa Eugenia!.. Incognito.
Mówił to z takiem przekonaniem, jakgdyby sam sobie wierzył.
— Dlaczego tego nie robisz?
— Ba! — roześmiał się hrabia — dlaczego tego nie robię? Dlatego, że inni mają miljony i duszą je w kieszeniach, nie przymierzając, jak twój tatuńcio...
— Ach, co pan szwagier mówi!..
— Mówię prawdę!... Widzisz, mówisz o wydaniu i ukończeniu mojej powieści. Ale żeby ją tak wydać, jak ja zamierzam — z temi winietami, które pokazywałem ci rano — z mojemi symbolicznemi rysunkami — jako arcydzieło sztuki typograficznej — żeby rzecz pociągnęła oczy, nim przykuje serca — potrzeba pieniędzy, dużo pieniędzy!... I żeby ukończyć tę powieść, która wymaga długich studjów nad historją, badań w archiwach, opracowania — trzeba swobodnej myśli — wolnej od trosk — od kłopotów gospodarskich — od terminów wekslowych — od ciągłego niepokoju przed wierzycielami — od groźb ruiny, która wisi nad Łuszczowem!... Więc znowu trzeba pieniędzy, pieniędzy, pieniędzy! Tyś młody — bardzo młody — masz lat piętnaście. Ty nie rozumiesz tego, co to znaczy: być bez pieniędzy. Bez złota — bez tego marnego złota — pieśń poety milknie — zamiera melodja — marmur odmawia posłuszeństwa — nie wciela się w życie pomysł wynalazcy... Ginie geniusz — zabija go nędza!...
Blady promień księżyca przedarł się przez szyby i srebrzył twarz hrabiego, który mówił z coraz wzrastającą namiętnością: