Strona:Leo Belmont - Na tle tajemnicy procesu Ronikiera.djvu/7

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   7   —

Chłopiec zauważył niespokojnie, że „siostra może usłyszeć, co pan szwagier mówi o papie“.
— Nie bój się! Ksawercia śpi mocno po przyjęciu morfiny. A zresztą nie sądź, że ona nie wie, iż wasz ojciec jest egoistą bez serca i bez sumienia — nie kocha nic i nikogo prócz pieniędzy...
— Nieprawda! — bronił rozpaczliwie chłopiec. Ojciec kocha mnie bardzo... bardzo... Tylko o mnie myśli — dla mnie żyje...
— Głupiś, Stasiu — dowodził mocno gestykulując hrabia. Twój ojciec tresuje ciebie — a nie wychowuje. Zrobił z ciebie automat — mazgaja! Czy tak się wychowuje dziecko, jeżeli się ma miliony? Czy ty nie masz prawa do rozrywek? W domu u was szaro i smutno. Twój papa boi się ludzi! Zamęczają ciebie nauką — kujesz, kujesz bez przerwy... A po co ci to?... Gdy twój ojciec zdecyduje się wreszcie oddać ci majątek — jeżeli znajdzie moc do tego, a może znajdzie dopiero po swojej śmierci, — ludzie będą cię wyzyskiwali... Bo nie będziesz znał życia... Będziesz niczem z twoją angielszczyzną i muzyką... Bo nie będziesz miał żadnej samodzielności... Twoje dzieciństwo jest bardzo smutne... Biedaku! toć-że ty nie możesz iść pobawić się nawet z kolegami. Kujesz całe dnie... Tak, twój tata będzie dla ciebie dobry — po śmierci... Ale jak ty wytrzymasz tę tresurę?... Skarżyłeś się, że głowa cię boli... Nie odpoczywasz wcale...
— To prawda!... Ta matematyka jest taka trudna — zgadzał się chłopiec. Po trzy godziny mam korepetycji, gdy wracam ze szkoły...
— A czy ty w twoim wieku nie powinieneś mieć trochę grosza dla siebie?...
— Kiedy ja nic nie potrzebuję...