Strona:Leo Belmont - Na tle tajemnicy procesu Ronikiera.djvu/2

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   2   —

„Błogosławieni ślepi, których uwagi uszedł kał ludzkich namiętności, albowiem Bóg im za to da się przejrzeć w przeczystej obliczności Jego.
„Błogosławieni głusi, którzy nie słyszeli podszeptów piekielnych, albowiem Bóg im za to rozwiąże mowę gwoli wiekuistej sławy Swojej...
„Błogosławieni...
„Błogosławieni...
Tu głos hrabiego przycichł — był pełen namaszczenia — oczy napełniły się wielkim i szczerym smutkiem. Westchnął i czytał dalej:
„W przedniej nawie poważnej Pańskiej świątyni brać zakonna odmawiała gorliwie wieczorne pokutne modlitwy.
„Kościół był pusty i czuć było w tej uroczystej chwili, kiedy tylko garść białych mnichów za głównym ołtarzem słała gorliwie ku Niebu korne modły swoje, że Nieśmiertelny panuje tu bezwzględnie, że tu zasiada w pełnym blasku swej Boskiej chwały, by w gronie świętych i zbawionych sprawować Swe cudowne sądy.
„Świątynia była...
Hrabia przerwał:
— Oho, zrobiło się ciemno... Kiedyindziej przeczytam ci dalej.
Staś siedział jakby w odrętwieniu.
— Dlaczego ty nic nie mówisz? — spytał hrabia zdziwiony, lustrując chłopca przez monokl.
Ten nie odrazu odpowiedział.
— Podobało ci się?
— Czy mi się podobało?!... Ależ to jest cudowne!... Jak pan szwagier pisze! Mój Boże!... Ja myślę, że jak pan Bogdan skończy tę swoją powieść, to wszyscy przy-