Strona:Leo Belmont - Na tle tajemnicy procesu Ronikiera.djvu/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   9   —

— Jak szwagier może takie rzeczy mówić!
— Dowiodłem ci cyframi i aktami, ale ty, mała główko, nie możesz nic zrozumieć... Lecz może nadejdzie godzina,— sam przyjdziesz do przekonania, że twoi rodzice są niedobrzy — że nie mają serca i sumienia...
— Mama?!! — chłopiec podskoczył i uszy zatknął.
— I Mama!... Tak i mama! — hrabia bił pięścią w biórko. Myślisz, że twoja siostra nie byłaby weselsza i zdrowsza — tak i zdrowsza — gdyby nie te troski wieczne — nie to zamknięcie z konieczności na wsi...
— O, Mama się zawsze modli, kiedy Ksawerci jest gorzej. Kiedy miała być operacja, to mamunia dała na mszę. Sam widziałem. Mama co Niedzielę chodzi do kościoła i długo się modli za zdrowie Ksawery... i za Jana... i za nas wszystkich...
— Wszystko fałsz i obłuda! Cały dom wasz tchnie fałszem i obłudą!... — pienił się hrabia.
— To nieprawda! — ze łzami w oczach krzyczał chłopiec. Mama mnie kocha...
— Jesteś przyszyty do sukni mamuni!
— Nieprawda! mamunia pozwoliła mi teraz na trzy dni przyjechać do was — a szwagier takie brzydkie rzeczy mówi. Mama jest święta...
— Bigotka! — krzyczał hrabia.
— Nie! tylko pan szwagier nie wierzy tak mocno, jak mama...
— A jednak twoja pobożna mama zgodziła się na małżeństwo Ksawery z „niewierzącym...“ tylko nie na wypłacenie posagu... Co?!! — tryumfował hrabia. I pozostawia nas w nędzy... w nędzy... Rozumiesz?!
Chłopiec zalał się łzami. Oparł głowę na rękach i płakał.
Hrabia podszedł doń i pogładził go po głowie: