Na dole

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zbigniew Uniłowski
Tytuł Na dole
Wydawca „Wiadomości Literackie”
Data wydania 24 października 1937
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


NA DOLE[1]
ZBIGNIEW UNIŁOWSKI

Powiśle ożywia się na wiosnę, ruchliwieje. Mieszkańcy wylegają na ulice z zakwaszonych kamienic, głównie obsiadują schodki wzdłuż trotuarów, często wynoszą krzesła lub ławeczki z mieszkań, kobiety rajcują przytłumionemi głosami, taksują wzrokiem przechodniów, mężczyźni palą przeważnie w milczeniu, poważni i zamyśleni. Życie kamienicy obnaża się w plotce i poczuciu przynależności, jakie stwarza wspólny dach. Wzajemna solidarność usposabia krytycznie do sąsiednich kamienic, nakazuje czujną obserwację. „Idzie ta lafirynda spod siódmego“ — mówi Golińska, i wszystkie kumochy nieufnie spoglądają w stronę „obcej“. Patrjotyzm kamienicy jest silny, stwarza małe społeczeństwa żyjące odrębnym rytmem. Porozumienie między domami następuje tylko w tych momentach, kiedy w grę wchodzi inna dzielnica. Objawia się to w zbiorowej pogardzie lub nienawiści. Śródmieście, to obca kraina dla powiślan, inne tam zwyczaje i język inny. Wola już bliższa, ale rywalizująca w sensie dumy proletarjackiej, chmurna i zakopcona, bez Wisły, a więc bez poezji. Powiśle daje swoim mieszkańcom nieomal poczucie rasy, innego gatunku, co nie przeszkadza separować się kamienicom, tętnić własnemi pulsami. Wiosna potęguje atmosferę nieprzyjaźni, naprzekór pojęciu że pora ta zbliża ludzi. Obywatele obsadzają stanowiska na własnych terenach, wyłaniają się obozy sojusznicze i obierając sobie za cel najbardziej skandaliczne wydarzenia wroga, puszczają w kurs plotki i wślad za nią komentarze. Wojna trwa do lata, przechodzi okres natężenia i monotonji, wybuchają czasem ostre potyczki, zdrady lub sojusze, wszystko to przy akompanjamencie pobłażliwej, słońcem ogrzanej fali i poszumu liści prześwietlonych światłami lamp ulicznych, drzew kładących fantastyczne cienie na wypolerowane bruki, gałęzi rozkołysanych chłodnym oddechem rzeki, tęsknych zaułków kryjących się pod rozedrganym stropem, pośród nastrojów, które tylko myśl serdeczna oddać może.
Tak więc, z nadejściem pory wiosennej, ludzie Powiśla stają się zgryźliwie podnieceni, wydzielają jady nagromadzone przymusową wegetacją mroźnych dni, podczas których ulica drzemała w nieprzystępnej obojętności. Troska uwięziona w dusznych schronach wyzwala się z pierwszym dniem wiosny na zewnątrz, staje się widoczna i sprawia, że tchnąca zagadkowym urokiem dzielnica przeobraża się w domenę zła, które zdaje się krążyć między ulicami i kąsać ludzi, niby ponure, zdziczałe psisko. W wiosennem słoneczku Powiśle wypaca wszystkie swoje nieczystości, poto aby w okresie letnim okrzepnąć w ogorzałym wdzięku i siłą swego uroku przesłaniać ludzkie waśnie. Wiosna, to okres przełomowy dla tej dzielnicy, nie tak wprawdzie niepokojący jak jesień, przykry jednak, brudnawy, ludzie są jacyś rozklejeni, plugawi.
O takim czasie Kamil ocknął się ze swej nirwany zakopiańskiej. Ciotki, zahukane w ograniczonym kręgu codziennej harówki, powitały przybysza dość wybuchowo, kilka dni były ożywione, wypytywały, aż wreszcie przycichły uwikłane z powrotem w kierat. Kamienica i sąsiedztwo powitało go rozmaicie. Jedni z lekką dumą, że oto wrócił do nich gość z lepszego świata, dzięki któremu stają się przedmiotem zainteresowania „obcych“, ci zaś rozpuścili języki jak się patrzy, radzi że lot nie udał się chłopcu, że będzie musiał pełzać wespół z nimi. Oczywiście, wiedziano wszystko z najdrobniejszemi szczegółami. O Andrzeju z brukowych pism, na pierwszej stronie, z fotografją. Sława ojca spadła na syna, był pod ręką, na widowni. Mówiono: „kradzione nikogo nie utuczyło“, „lekko przyszło, lekko poszło“, „komu co przeznaczone“... i tak dalej, w tym sensie. Rozpatrywali rzecz na wszystkie boki, aż wkońcu przycichli. Czas przetarł sensacyjkę, zawiesił to wszystko. Pozostali jeszcze rówieśnicy, z tymi sprawa się przeciągała. Wykpiwali niemiłosiernie furażerkę, ubranko z zakładami, krótkie spodenki. Raził ich język Kamila, dykcja, wszystkie te: „naturalnie“, „istotnie“, „nie jestem w stanie“. Jego miękkie ruchy, układność, prościutka figurka, chód lekki, opanowany. Atakowali go niejednokrotnie, furażerka przelatywała z rąk do rąk, były kopniaki, kilkakrotnie wypuszczono mu koszulę ze spodenek i pozostawiono tak na środku ulicy ze zmierzwioną czupryną, sponiewieranego ale ustępującego z placu z godnością, wyniosłego. Jeden Marek unikał Kamila, nie zbliżał się do niego w żadnej formie. Janek Kotowski zmężniał nadspodziewanie, spoważniał, w dzień pracował u szewca, miał wkrótce zostać czeladnikiem, wieczorami spacerował z dziewczynami po skwerze, grał na organkach, palił, głos mu zgrubiał. Osamotnienie zupełne i wrogość dokoła. „Kusia“ też przepadł nagle, wyjechał dokądś na wieś, nie było więc straszliwych napaści z „syfonem“, na jego miejsce pojawiła się stokroć jadowitsza udręka Kamila w osobie Jacusia z bazaru na Browarnej, który specjalnie upodobał sobie teren ulicy Leszczyńskiej ze względu na „czarnego Mańka“. Był to przeraźliwie chudy, krostowaty połamaniec, koślawy obdartus, zwinny i przedsiębiorczy, złośliwy ulicznik. Kreatura „krwawego Wiktora“, który teraz wydoroślał, trzymał sztamę i kombinował razem z braćmi, rzadko wystawał na ulicy, do swej sławy uzyskał jeszcze jeden listek wawrzynu po krwawej rozprawie na noże z „Rudym“ (oporządził go na dwa miesiące szpitala), figurował w pismach i odsiedział ten wyczyn. Jacuś zaprzyjaźnił się z „czarnym Mańkiem“, i obaj stworzyli spółkę tak czynną, że cała Leszczyńska przygotowywała się aby wnieść petycję w sprawie osadzenia ich w domu poprawczym. Kradli, intrygowali, wymyślali sztuczki, na podstawie których wróżono im niebywale bujną karjerę kryminalną. Wielbili „krwawego Wiktora“, i on pozwalał się im wielbić, patronował im, prowokował, radził, podsuwał pomysły niebylejakie. Jacuś znienawidził Kamila od pierwszego wejrzenia. Miał osobliwy system zaczepiania, z tem żeby nie dopuścić do bójki, żeby zbytnio nie rozgrzać ofiary, zwłaszcza kiedy był sam. Nie przepuszczał Kamilowi nigdy. Dawał mu psztyczki w nos, strącał furażerkę, ślinił dwa palce i trzepał go niemi po policzkach, robił jakieś gesty rękami, że już, już ma uderzyć rzeczowo, prężył się cały, czaił, obchodził Kamila naokoło, mruczał coś: „no co, możeś mocny... spróbuj... bijesz się... jak dam fangę... no... no“... Kamil z udręką znosił zaczepki tego potworka sięgającego mu do ramion, stał bezradny nie wiedząc jak się zabrać do łotrzyka. Był zahipnotyzowany jak przez węża, miał uczucie podobne do tego, jakie go przejmowało w dawnych spotkaniach z „Kusią“, chwytał go wstręt i lęk, że przy najmniejszej reakcji rozpęta się jakaś wściekła awantura, po której zaczną go sobie pokazywać palcami, że po bójce przejmie cząstkę ohydnej opinji małej kanalji. Nigdy nie przychodziło do ostateczności. Jacuś, widząc desperackie błyski w oczach Kamila, oddalał się na swych koślawych, rachitycznych nogach ze słowami: „no, pamiętaj sobie... ja cię gnojku jeszcze kiedy naleję tak, że cię na łopatkę zmiotą“. I zostawiał Kamila sflaczałego z pogardy do samego siebie, drżącego ze wstrętu, nieporadnego.
Powoli jednak przeistaczał się w Kamila z okresu przed pojawieniem się Andrzeja. Bardziej dojrzały, ale mniej przedsiębiorczy. Z lekką mgiełką wielkiego zawodu w oczach, co nadawało mu wyraz melancholji i uduchowienia. Wspominając czasy fabryczki, całą swoją pomysłowość i energję, dochodził do łzawych refleksyj na temat przyszłości. Ciągle jeszcze wspominał, często grzebał w walizce ze szczątkami świetnych dni, niemniej jednak przychodziły mu pomysły jak przez mgłę, żeby coś zarabiać, uniezależnić się w groszowych sprawach łakoci, rozrywek. Ciągle jeszcze przepadał za wodą sodową i kinem, po okresie doskonałości duchowej obudziła się z powrotem żądza używania, medytacji z cukierkiem w ustach, z szyją wyciągniętą w kierunku płachty z wizjami. Narazie żył w zawieszeniu i bardzo na łaskawym chlebie. Czasy się nieco poprawiły, nie było już kwestji wydzielania każdego kęsa, stopa życia podniosła się nawet o jaki milimetr, ale ciotki ciągle jeszcze krążyły w ustawicznym tańcu między kuchnią, stołem do prasowania i maszyną, wieczorami sterczały nieruchomo po kątach jak ochwacone szkapy, fatalne humorki wyładowywały na Kamilu, rzadziej się nawet między sobą sprzeczały, miały teraz ujście bardziej wygodne. Coraz rzadziej wychodziły na swoje randki, mniej się fiokowały, postanowiły oszczędzać, przyjąć pomocnicę. Jak nędza nieco popuści, zaraz zaczyna się rozwydrzenie. Jakieś ambitne plany, życie robi się wtedy nie z dnia na dzień, ale z roku na rok. Przerzedzają się mgiełki, i wyłania się perspektywa. Czasem się wzruszały, dochodziło nawet do łez nad dolą Kamila. Co będzie jak pomrą albo choroba zmoże je z przepracowania? W takich razach Kamil drętwiał na myśl, że one wiążą swoje życie z nim, że ciągle mają być razem. Widział siebie z wąsami pracującego na dwie staruszki. Bo na dwóch niedołęgów nie było co liczyć. Było widoczne, że wyrosną na półgłówków. Obaj już podrośli, Zbyszek miał osiem lat, Jerzyk ze sześć, ciągle jeszcze mocno zaprzyjaźnieni ze sobą, nierozłączni, powiązani jakiemiś wspólnemi misteriami. Niechętnie chodzili, żeby tak stanąć prosto i pójść. Raczej na czworakach, pod stołem czy w jakiej jamie na podwórku. Lubili życie odosobnione i w możliwie największym mroku. Dotykali się, Zbyszek wąchał Jerzyka, ten się zagapiał, na widok Kamila wykrzywiali się obrzydliwie, skrzeczeli, wywieszali języki na podbródki. Kiedy ciotka Zosia próbowała ich pieścić, poddawali się niechętnie, mrużyli oczy, zwisali jej z kolan, patrzyli na siebie porozumiewawczo, radzi umknąć w najciemniejszy kąt. Jeszcze dawniej Kamil się zorjentował, że ciotki, wyczulając się nad nim, załatwiały jakieś swoje wewnętrzne historje. Miewały takie napady, uderzało je nagle, wyładowywały się. Kamil był w takich razach wdzięcznym przedmiotem, doskonale się do tego nadawał ze swem sieroctwem, perypetjami. Wszyscy jakoś często przebywali razem, w mieszkaniu było ciasno, jedno potrącało drugie. Sprawiły to plany ciotek na przyszłość, a także bezczynność Kamila i jego niechęć do ulicy w związku z Jacusiem i plotkami bab. Nauczył się opowiadać, do tego stopnia, że któraś z ciotek coraz wołała: „Kamilek, opowiedz no coś, jak tam było w tem Zagrzebanem“... Czasem chwytała je wesołość: „wychodek był pewnie aksamitem wybijany, puch łabędzi wisiał w torbie na ścianie, zamiast gazety?“; „razem przy stole z Francuzką, kęslakęs la purkua... marcepany w śmietanie... a teraz bidulek musi się tutaj wędzić... wszystko przez tego drania... tego bizuna afrykańskiego... tę świnię co nie sieje, nie orze.... Zbyńku, Jerzyku! Wy nigdy, nawet przez szybkę, nie użyliście takich cudów!... Matka wam da... macie tutaj na wafelka... kupcie sobie na rogu... tylko nie przechodźcie przez środek, bo wpadniecie pod co... moje aniołeczki!“... Dawała im rzeczywiście, bardzo rozczulona. Wypełzali spod stołu, wychodzili małpio uradowani, pochyleni do przodu jak dwa małe orangutangi. Kamil nie wiedział w takich razach gdzie złośliwa ironja a gdzie szczere współczucie. Nie zrażał się, ciągnął dalej. O pierwszej spowiedzi, o życiu w szkole, a wycieczkach w góry...
Ciotki spodlały nieco. Stały się obce i oschłe, skłonne do drwin. Ciotka Zosia zupełnie już zagubiła swój wdzięk, stała się niechlujna, zwisały na niej zbyt luźne, poplamione sukienki, człapała po mieszkaniu w przydeptanych pantoflach, na głowie nosiła okropne chustki, spod których strzępiły się kosmyki włosów. Malowała sobie wargi, drapała się, wyglądała prawie odrażająco. Ciotka Stasia była schludna, ale straciła dawną werwę, zapracowywała się, jedząc, nie przerywała szycia. Żywiono się przeważnie chlebem i herbatą; trochę szmalcu lub jakiejś wędliny. Gotowane obiady zdarzały się rzadko, nie było czasu, kuchnia służyła do grzania żelaz do prasowania. Cały dzień trwała krzątanina, syczały mokre prasowaczki, dźwięczały żelaza, maszyna do szycia warczała. Było duszno, ciasno. Kamila zawalano stosami przodków od kamizelek, musiał je oczyszczać z fastryg, starano się go nauczyć podszywania podszewek, opierał się temu, nudziło go sterczenie nad igłą, wolał fastrygi. Tamci dwaj unikali starannie zajęć, stosowali sabotaż, dziurawili kostką materjał. Dni się powłóczyły, podobne do siebie, bolesne. Istna pokuta. Czasem sterczał w oknie od zewnątrz kolejarz Gołembiowski. Robiło się weselej. Miał teraz obfitszy repertuar, bronił Warszawy pod Radzyminem. Był mikromanem na temat wojny, sam się umniejszał, twierdził, że w czasie najgorętszych ataków krył się w rozpadlinach, chwytał go lęk tak straszliwy że przysypywał się ziemią dla niepoznaki, udawał trupa. Pokazywał jak udawał trupa. Na brzuchu, głowa pod prawem ramieniem, lewa ręka wyciągnięta, usta otwarte, umazane błotem policzki, całe ciało byle jak nieruchome. Naokoło piekło. Taki miał osobliwy system flirtu. Wyraźnie grawitował w kierunku ciotki Stasi, ale z rezerwą, ciągle odskakując, jak pies od jeża. Opowiadał o sobie wiele złego, również na temat życia w cywilu. Śmiał się z samego siebie, razem z ciotkami. Kamil słuchał tych opowiadań z uznaniem, pochylony nad robotą w głębi pokoju. Podobała mu się ta forma obcowania z kobietami. Gołembiowski był oryginalny, zmienił się także na korzyść w ciągu nieobecności Kamila.
Los nie wysilił zbytnio fantazji jeśli chodzi o życie kamienicy. Elwira ciągle umierała, pokazywała się w oknie blada i romantyczna z papierosem w palcach. Pokasłując, chętnie rozmawiała na temat śmierci, była sarkastyczna, zdawała się paluszkami jednej nogi dotykać ziemi. Janka przestały dręczyć zagadnienia spraw społecznych i kosmosu, spospoliciał, przylgnął do rzeczywistości. Z Kamilem nie próbował nawet rozmawiać, kiedyś odkłonił się obojętnie w przejściu, chodził na jakieś kursa wieczorowe, dokształcające. Zośka od Hilarego przestała być sensacją dla kamienicy, hodowała swoje dziecko, wrzeszczącego chłopaka ze skrofułami. Heniek terminował u ślusarza, wieczorami wysiadywał przed bramą w wyszmelcowanem ubraniu, ponury, zapatrzony w ćmiący się papieros. W mieszkaniu Zelcerów rzadko wybuchały awantury, stary chorował na nerki, wlókł się czasem ze swym buldogiem na spacery, przygarbiony drab z kwaśną miną. Wiodło im się teraz kiepsko, dzieci ich prawie nie pokazywały się na podwórku, dziewczynki pomagały matce w gospodarstwie, Marek pracował przy mularzach. Do ciotek zaglądała czasem stara Trubaczkowa, wzruszała się łatwo, wspominała Wandę, grdyka jej czerwieniała, stara rozklejała się, biadoliła aż do mdłości. Irenka dzięki swemu możnemu bratu chodziła na pensję, zawsze czyściutka, wyniosła, z lepszej sfery. Po staremu emeryt Rudnicki szwendał się po podwórku ze swym artretycznym szpicem, w dni pogodne Hrabiakówny wysiadywały na balkonie, nuciły, zagadywały przechodniów, interesowały się wszystkiem, łaskawe, w poczuciu wyższości. I Marjan Kotowski nie fabrykował bomb czekoladowych, z podwórka pierzchły zapachy margaryny, dzieciarnia nie miała już się na co łakomić. Kamil rozmyślał często, dlaczego wszystko dookoła wydaje mu się mniej barwne. Może zasmakował silniejszych wrażeń, i teraz tak nagle wszystko poszarzało. Czuł się osowiały, oczekiwał jakichś zmian na lepsze i jednocześnie czuł że nic takiego nie powinno nastąpić.
Ale pewnego dnia przedarł się przez zasłonę promyk z góry i wstrząsnął jaźnią abnegata. Momentalnie powróciła energja, fantazja rozwinęła się jak wachlarz pomalowany marzeniami. Wszystko się nagle poruszyło, Kamil znów począł obserwować, chwytać dźwięki. Promyk wywabił Kamila przez Hilarego do bramy, tam się przedstawił jako dozorca więzienia, w którem przebywał Andrzej, powiedział swoje imię i nazwisko: Romuald Czajkowski, poczem zaproponował spacer w kierunku Wisły, celem omówienia wielu spraw. Poza służbą chodził po cywilnemu. Ubierał się zwyczajnie, bez wybryków elegancji. Twarz miał też zwyczajną, bez żadnych cech charakterystycznych, oprócz znaków po ospie. Oczy niebieskie, nos krótki, lekko zadarty, głowa ostrzyżona maszynką na zero. Policzki pełne o słabym zaroście. Na głowie cyklistówka, koszula bez kołnierzyka, podwinięta w trójkąt na piersiach. Marynareczka luźna, tabaczkowa, mocno wygnieciona w drobne załamania. Nowe brązowe spodnie z welwetu, w prążki. Buty żołnierskie podkute gwoździami. Na wstępie wyjaśnił Kamilowi, że ubiór swój przystosował do wizyty, w tej dzielnicy mieszka wielu ludzi, którzyby łatwo mogli go rozpoznać, co nie byłoby wskazane ze względu na dobro sprawy. Spacerowali po opustoszałym skwerze, było wczesne przedpołudnie, zrzadka się ktoś pojawiał. Przysiedli na ławce. Czajkowski zdjął czapkę, wyciągnął z niej wymiętego papierosa, nie miał zapałek, więc wsadził papieros za ucho, przerzucił ramię przez ławkę, pochylił się do Kamila i począł mówić, rozglądając się bystro, czy aby nie idzie ktoś, kto pali:
— Ojca twojego, dziecko moje, ja znam nie tylko, że więzień, a takżesamo, bo jest inteligentnym, któren wart lepszego życia. Ja służbowo nic mu zrobić nie mogę, zato jak się dowiedziałem, że dzieciak przyjechał ze szkół i samotnie, być może głoduje, tom się odrazu ofiarował tobą zająć. Twój tata, zanim się na wolność wychyli, może jeszcze ładne parę dni posiedzieć. Myślę sobie, bogactw ja znów żadnych nie posiadam, alem jest samotny i na posadzie, parę groszy zawsze się na to albo na tamto znajdzie, teraz jest czerwiec, na mnie przypada urlop... myślę sobie, pojedziem sobie razem do jakiego Ciechocinka, tam sobie oba odpoczniemy, potem się pokombinuje żebyś se wrócił, braciszku, skądeś przyjechał... Ja za ciebie, co będzie trzeba, wyłożę... Ojciec mi to wszystko do grosza obiecał oddać, a ja się przyłożę, żeby się dzieciak nie zmarnował... bo jak się już raz zasmakuje w lepszem życiu, to potem bidować... A niech to szlak trafi, niema nic gorszego!...
Przechodził jakiś mężczyzna z fajką, i Czajkowski podskoczył do niego przypalić. Przez tę chwilę w Kamilu kotłowało się szczęście, było mu prawie słabo, chętnieby się położył na chwilę, czuł się jak chory po ożywczym zastrzyku... Jedna tylko udręka, jedna myśl zaczęła mącić błogostan.... Czy aby ojciec zwróci później pieniądze Czajkowskiemu? Ale ten właśnie powrócił na ławkę, i Kamil znów począł chłonąć jego słowa:
— Ciebie szkoda dla ulicy... jak ja na ciebie patrzę, to odrazu widzę żeś ty nie z tej parafii. Pomyślałem sobie: ja ci tu narazie nie dam zginąć, a jak ojciec wyjdzie, to niech se robi co chce, byle ze mną wyszedł jak należy i nic więcej. A teraz uważaj co ci powiem. Do ojca nie staraj się narazie dostać, bo jemu się niczem wzruszać nie trzeba. Ciotkom też nic nie mów... bo jakby się kto dowiedział, że ja, dozorca.... mam jakieś tam konszachty z więźniem... No, toby trzeba się pożegnać z urlopem i z twoją edukacją... Nikomu ani słowa... Co masz do ojca, to mnie powiedz... co on będzie miał do ciebie, to ja ci znowuż powiem... Za jakie kilka dni sobie wyjedziemy... jak chcesz, możesz się widzieć ze mną codziennie... ja mam służbę na zmianę... zawsze ci będę mówił o jakiej porze się spotkamy... Jakie tam swoje rzeczy masz... to sobie je pocichu spakuj... nadejdzie pora, to sobie je wyniesiesz i wyjedziem sobie, aż się zakurzy po nas. No, teraz muszę iść... przyjdź o jakiej ósmej na ten skwer, to jeszcze sobie obgadamy różne rzeczy. Moje uszanowanie tobie, porób głową nad tem co ci powiedziałem, nikomu nic nie gadaj i przychodź wieczór na spotkanie.
Czajkowski mówił powoli, jakimś przegniłym, zachrypniętym i jednocześnie piskliwym głosikiem. Drapał się po głowie, zsuwał czapkę na oczy, chrypiał spod daszka, znów poprawiał czapkę, rozglądał się, robił pauzy, dłubał w nosie, słowem, zachowywał się dość rażąco. Ale Kamil był zupełnie zamroczony tem co mówił, przebranie uważał za bardzo przezorne i wogóle pił szczęście jak wino. Czajkowski odszedł, i Kamil pozostał na ławce ciągle pogrążony w radosnych planach, odrodzony. No tak, los w ostatniej chwili wyciąga go z topieli, przecież byłby tu ducha wyzionął, nad temi fastrygami. Do Ciechocinka... jak to delikatnie brzmi, filuternie i obiecująco. A nawet jak będzie źle, to potem powrót do Zakopanego... No, wtedy... znów czyste, jedwabne dzionki. A że ojca nie zobaczy, to nawet lepiej. W więzieniu wygląda ohydnie... jest taki jakiś marny... niepotrzebny nikomu. Odwlekał tę wizytę z dnia na dzień już od kilku tygodni, w samą porę Czajkowski go uwalnia od tego... Ach jak cudnie... czyż nie proroczo powiedział Kolusz: „A może wrócisz? Może sprawy tak się ułożą, że będziesz mógł z powrotem być u nas... Miejmy nadzieję, i oby tak się stało!“... I stanie się, znów będzie wszystko.... orkiestra symfoniczna... Te spacery... Ten Czajkowski, prosty taki, poczciwy... zarobi sobie pewnie na tem, że teraz pomoże... a ojciec chyba mu odda... Zawsze to, jednak dozorca więzienny, ojciec musi się z tem liczyć... Ach, bo to życie tutaj... letarg... mogiła... Jeszcze po ulicy Złotej, po śmierci matki pobudzało swoim egzotyzmem... sama nędza była równie zajmująca jak dokuczliwa, wszystko było takie nieznane, inne od przeszłości. I możeby przylgnął do tego środowiska, stałby się może człowiekiem tej dziedziny, gdyby nie poznanie wyższego rzędu, wtajemniczenie niejako w sens lepszego życia, czystość duchowa... Teraz trudniej byłoby oddychać z nimi, tu, pod tym kloszem, w tej zastałej kałuży, podczas gdy nieco wyżej płynie wartki nurt życia. Po sromotnym powrocie popadł w odrętwienie psychiczne... Już nawet godził się z losem, być może, przystosowałby się z powrotem, już nawet zaczynał myśleć realnie.... Aż tu wybawienie... Ozon ożywczy.
Spotkał się tego wieczoru i dni następnych. Upajał się wszystkiem co mówił Czajkowski, ale poprzez powłokę odurzenia zmysł obserwacji wyławiał rażące gesty dobrodzieja. Prócz tego był niechlujny, cuchnął podobnie jak „Przykrótki“, przecież miał chyba gdzie nocować... Czajkowski przypominał czasem włóczęgów z domu noclegowego... Ale musiał się przecież przebierać... sam mówił. Prawie zawsze pachniało mu z ust wódką, i mimo słabego zarostu policzki obrastały rzadkimi kłaczkami, co w połączeniu z dołkami po ospie było odrażające. Mówił powoli, jakby dobierała słowa, sapał przytem, drapał się we wszystkie możliwe części ciała. Głównie chodzili na spacer, Czajkowski zapraszał... płacił wodę sodową, lody... czasem jakieś kino w gorszej dzielnicy miasta... Przeważnie on mówił a Kamil milczał. Roztaczał perspektywy... mówił o kąpielach w Ciechocinku, o życiu Andrzeja w więzieniu, to zwłaszcza dosyć barwnie i plastycznie opowiadał. Cedził słówka, ale często się rozgrzewał i popadał w soczysty żargon przedmieść, w jakiś wspaniały akcent. Ciągle jeszcze kontaktu między nimi nie było, Kamil coraz bardziej analizował zachowanie Czajkowskiego, tego znów ogarniało czasem coś w rodzaju zniechęcenia, ziewał, patrzał spod oka na Kamila, stawał się nawet szorstki, sprawiał wrażenie człowieka, który wypada z formy. Piątego dnia tej znajomości przyszedł na spotkanie jakiś zwarty w sobie, tajemniczy. Zaprowadził Kamila do żydowskiej kawiarenki na Granicznej, i tam Kamil, popijając słodkie, ciemne piwo, dowiedział się że Andrzej żąda, aby Kamil wydał Czajkowskiemu asygnaty pożyczki narodowej. Kamil zaprzeczył, żadnych asygnat nie ma wogóle, posiada tylko swoje rzeczy. Na to oświadczenie Czajkowski chwilę trwał nieruchomo ze szklanką przy ustach, następnie wypił swoje piwo duszkiem, odstawił szklankę, zdjął czapkę i obracając nią, zdumiony i zawiedziony, spojrzał nagle ostro na Kamila i powiedział:
— Daj te asygnaty, bo ojciec powiedział że ci je dał do przechowania, a teraz mu są potrzebne na adwokata... Kazał mi je spieniężyć, zapłacić adwokata a resztę dać tobie... rozumiesz czy nie?!
— Jabym przecież dał panu zaraz... ojciec pewnie coś pomylił albo zapomniał... Ja nie mam żadnych asygnat... nigdy ich nawet nie widziałem.
Czajkowski był zirytowany, wkładał czapkę na głowę, znów ją zdejmował... poczerwieniał na twarzy, oczy mu zbrzydły, przesiąkły podłością... Wkońcu jakby coś postanowił, bo powiedział:
— Ja tam wierzę bardziej tobie niż ojcu... Jak go zobaczę, to powiem że mu coś na mózg padło... Niech on sobie sam daje radę jak nabroił, a my tu nie mamy co siedzieć w tej kanikule. Wyjdzie z kozy, to niech się kręci sam koło swoich interesów. My jutro wieczór wyjeżdżamy, i koniec... Wynieś dzisiaj wszystkie swoje rzeczy... nic się tam ciotkom nie tłumacz... ojciec kazał, i tyle. Ja będę czekał przy bramie do Saskiego... wezmę rzeczy... poco masz je taszczyć... a tak spotkamy się jutro wcześniej, pójdziemy przed pociągiem do jakiego kina, na kolację... Ja już mam dosyć tej Warszawy... Walaj do chałupy i przynoś łachy o szóstej!... Masz tu trochę drobnych na tramwaje!
W domu Kamil przetrząsnął całą walizkę w poszukiwaniu asygnat. Wmawiał w siebie, że może rzeczywiście dostał je od ojca i zapomniał. Wogóle był podniecony tem wszystkiem. Pakował się na oczach wszystkich i kiedy oświadczył, że robi to z polecenia ojca, u którego był na widzeniu, ciotka Zosia powiedziała:
— Zajeżdżasz tu do nas jak do jakiego hotelu... Nie możesz tych rzeczy wynieść jak ojciec wyjdzie? Tak ci się śpieszy?... Powiedz Andrzejowi, żeby tu przyszedł jak go wypuszczą... Rzuca cię po tym świecie jak złym duchem...
Mimo upału, Kamil włożył na siebie grubą jesionkę, żeby mu było wygodniej nieść walizkę. Wyszedł z domu godzinę wcześniej, szedł z przystankami co kilkadziesiąt kroków, taszczył walizę w obu rękach, ociekał potem... istna tortura. Kiedy się dowlókł, nie mógł ustać na nogach ze zmęczenia, usiadł na walizce. Czajkowski już czekał. Zaraz zawołał dorożkę, kazał Kamilowi zdjąć jesionkę i nie wiele mówiąc odjechał z rzeczami, zawoławszy tylko znudzonym głosem:
— Bądź tu jutro o siódmej... nie spóźnij się!

Z ulicy Złotej gdzie Czajkowski wcale nie mieszkał, powrócił do domu o świcie, przebudzony jakąś pijacką awanturą. Czuł się gorzko nadwyraz, ale tępą rozpacz zastąpiła rezygnacja i coś w rodzaju ochoty do życia, do działania. Nie miał żadnych wątpliwości, że Czajkowski go okradł, żadnych marzeń na temat, że wyjdzie z Powiśla na lepsze życie. Los mu tam miejsce wyznaczył, i należało się z tem pogodzić. Obawiał się jedynie wstydliwej sytuacji, skoro powie ciotkom prawdę. Będą kpiły, być może, rozejdzie się cała sprawa po kamienicy. Postanowił wytrwać, i jednocześnie ogarnęła go gwałtowna ochota widzenia się z ojcem. Wypadek wstrząsnął nim o tyle że poczuł się nagle wyrwany z biernego wyczekiwania, w jakim trwał od chwili powrotu z Zakopanego. Cały ten okres wydał mu się obojętny, przesłonięty czasem. Kontakt z tamtym światem — walizka z pamiątkami, nad któremi tak często ślęczał i roztkliwiał się — przepadł nagle, i w Kamilu odezwał się teraz czynnik samoobrony przed surową przyszłością jaka się przed nim rozciągała. Już go nawet nie raził nocny zaduch pokoju, który mu otworzyła zataczająca się ze snu ciotka Stasia w koszuli. Wszyscy spali w sinem świetle ranka, nudno brzęczały przelatujące muchy, stół majaczył brunatnym kształtem pośrodku pokoju i zdawał się kołysać niby tratwa na brudnej fali świtu. Leżąc na tym osobliwym łożu, wpatrzony w martwą pustać podwórka, Kamil ustanawiał sobie w duchu jakieś śluby i decyzje, że nie będzie ulegał pokusom, że się biedzie nie da...
Ciotki nie wykazały poziomu ducha, nie okazały współczucia tylko nędzny żal spowodu straty garderoby łatwowiernego marnotrawcy. Głównie biadoliła ciotka Zosia:
— Kombinator, psiakrew, zasmarkany... okłamuje i wynosi rzeczy, teraz będzie świecił łatami aż go opadną łachmany, i ciekawa jestem tylko kto mu co kupi... kto mu sprawi nowe!... Prawie nowa jesionka, w czem będzie łaził w zimie?!... Człowiek swoim dzieciakom łata i łata, nie mają co na niedzielę włożyć na gnaty, a ten sobie myśli, że zaraz polecę kupować mu portki, że sobie od ust odejmę, że się na śmierć zaharuję! Na policję masz iść... w komisarjacie musisz zameldować, rozumiesz. Listy pożegnalne zostawia... „Nie chcąc być ciociom ciężarem!“... djable nasienie, wyuczył się jakichś listów w tej bursie dla paniczyków! We łbie mu się przewróciło, ciągnie go tam, żeby wyrastać na darmozjada... urodził się hrabia, tylko mu Pan Bóg zapomniał pieniędzy dać! Już ja cię tu zagnam, wałkoniu jeden, do roboty, to ci te wielkopańskie maniery wylecą ze łba!
O ile żałowały walizki, o tyle bezlitośnie kpiły z listu. Były zadraśnięte w swych ambicjach, że je tak lekko chciał opuścić. Rozgadały wszystko bezwstydnie, bez poczucia solidarności rodzinnej. Ciotka Stasia szybko przestała mówić na ten temat, ale druga rajcowała o tem z sąsiadkami bez końca, od tego wogóle zaczynały się wszystkie pogawędki. „Nie wyniósł tam, kochanej pani, znowu czego ten gimnazista? Nie przytrafiło mu się co nowego?“. „Ano tylko patrzeć, szafę kiedy wyniesie jakiemu draniowi po kawałku, że się nawet nie obejrzymy“ — tak mniejwięcej rozpoczynały się pogwarki. Kamil znosił docinki z pokornym spokojem, cała sprawa wydała mu się nieważna, głupi wypadek który mógł się każdemu przytrafić. Interesowało go jedynie, jakiemi drogami Czajkowski doszedł do tego, żeby się powoływać na ojca. Postanowił dowiedzieć się wszystkiego, wyjaśnić ciążącą mu sprawę asygnat, słowem, zapomnieć o tej całej historji, o której myślał, że jest karą za pociąg do zbyt łatwego życia, za uchylanie się od trudów jakie wielu ludzi musi dźwigać... Wogóle wszystko to dało mu wiele tematów do rozmyślań, oddawna już sądził, że dążeniem człowieka powinno być przebijanie się przez życie, unikanie biedy za wszelką cenę, teraz znów gnębiły go refleksje religijne, w rodzaju że tutaj należy jedynie cierpieć a po śmierci dopiero najwyższe osiągnięcie... Błąkały się w jego duszy obce, tu i owdzie zasłyszane zdania, przechodził chaos dobrych i złych stanów, ale odczuwał poruszenie wewnętrzne, żądzę działania.
Otrzymał wreszcie pozwolenie od sędziego śledczego na widzenie się z ojcem. Andrzej był przed sprawą, ulokowano go w więzieniu prewencyjnym, w dawnym Arsenale na Długiej. Gmach ten wydał się Kamilowi mniej posępny od więzienia krakowskiego, nie był tak odosobniony, wokół było ruchliwie, tutaj zaczynała się dzielnica handlowa, gmach był otoczony krzykliwem życiem, był jakiś ciepły, nie tak obojętny. Wewnątrz też było znośniej, słyszało się mniej zgrzytów żelaziwa, mniej tej przykrej atmosfery jakie sprawia zgrzyt przekręcanego klucza w zamku. Kiedy Kamil wszedł gdzie mu wskazano, ujrzał wielką sylwetkę ojca na tle krat, między któremi tłoczyła się zieloność i zaglądała do pokoju, tak że Andrzej skubał sobie gałązki i gryzł je. Zachował się nieco inaczej niż poprzednio w podobnej okoliczności. Ciemną bryłą zsunął się z parapetu okna, poklepał Kamila po łopatce i lekko ucałował go w czoło. Odsapnął, wyprostował się, rękami uchwycił klapy od surduta i tak patrzał na syna smutny i poważny. Kamil szybko otaksował ojca na korzyść. Był przyzwoicie ubrany na ciemno, surdut i zmierzwiona z wdziękiem, szpakowata czupryna dawały mu wyraz profesorskiej powagi, brak kołnierzyka z krawatem i nago błyszcząca spinka pod szyją umniejszały nieco majestat, zato policzki były wygolone, i pachniało od Andrzeja czystą męskością. Znów usiadł w oknie, plecami oparł się o kraty i przecierając swoje piękne i bogate binokle, powiedział:
— Zmieniłeś się zewnętrznie, drogie dziecko, w ten sposób, że chwytają mnie wyrzuty sumienia, czy aby nie byłem zbyt nieostrożny przy ostatnim interesie. Widać, że to otoczenie zakopiańskie wpłynęło na ciebie nadzwyczaj korzystnie. Zyskałeś figurę, nie jesteś taki przyczajony jak kiedym cię zobaczył tam na dole... przed naszą eskapadą. O tak... otoczenie formuje człowieka nie tylko duchowo, również zmienia mu chód, gesty. Usiądź tu przy mnie, pogadamy sobie od serca. Ha, cóż... los sprawi... wrócisz, postaramy się o to. Musiałem cię wezwać... będziesz mi pomocny w kontakcie z wolnym światem. Mam wcale pomyślne plany co do ciebie... istnieje możliwość dużego skoku naprzód, tylko narazie trzeba się zaciąć w sobie i przeczekać złą passę... Musisz się uplasować u ciotek dopóki ja nie wyjdę na wolność, a przez ten czas...
Kamil nagle przerwał ojcu. Zachciało mu się przerwać oczekiwanie, pomówić o Czajkowskim. Powiedział:
— A ten Czajkowski? Chciał jakieś asygnaty... przecież tatuś mi ich nie dawał.
Andrzej bardzo spoważniał na twarzy, oczy mu się rozszerzyły pod szkłami, przyczaił się jakoś, żyły mu nabrzmiały na czole, i odrazu wybuchnął bez żadnych pytań:
— Był u ciebie Wiśniewski i pytał się o asygnaty? Mówiłem mu o asygnatach dlatego, żeby mi tu od czasu do czasu przysłał coś do jedzenia, że mu się później odwdzięczę. Wcale go do ciebie nie posyłałem... Siedział ze mną w jednej celi... co on od ciebie chciał?
— Tatusiu, był ten dziobaty Czajkowski, ten dozorca... mieliśmy razem wyjechać do Ciechocinka... dałem mu walizkę i wszystkie moje rzeczy, potem on gdzieś przepadł... Tatusiu, on nie mówił, że jest Wiśniewski...
— Okradł cię, ośle jeden, to zawodowy złodziej... Rany boskie! Pocoś tak się dał nabrać! Dlaczego nie przyszedłeś do mnie, żeby się spytać! Zmasakruję cię tutaj, ty bałwanie! Ale dlaczego! To moja wina, nie powinienem temu łajdakowi nic wspominać o tobie... Los się mści! Serja niepowodzeń, jeszcze nie koniec! Słuchaj, nie mówmy o tem! Zostałeś bez ubrania, bez bielizny.... Musisz pójść do pana Sołtyńskiego, ani słowa o Wiśniewskim... Poproś o pomoc, dla mnie i dla siebie, zostałeś okradziony, ale w inny sposób... W jaki?... Zwyczajnie, zabrano ci walizkę od ciotek, okradziono mieszkanie... wymyśl to sobie jakoś! żyjesz w środowisku takiem, że kradzieże są na porządku dziennym. Mów wiele o mnie, żeśmy obaj bez żadnych środków. Dużo powiedz o Zakopanem, niech wie, że miałem jak najlepsze zamiary, że starałem się, tylko noga mi się powinęła. Należy go wzruszyć, to jedyny człowiek w tej chwili, który może nam pomóc. Synku, dziecko drogie!... Twemu ojcu się nie wiedzie, ale to nie może trwać wiecznie, nie umiem wegetować... Lepiej jeden dzień żyć życiem lwa niźli wieki życiem gadziny! Czym ci to już kiedyś mówił? W tem jest cały mój światopogląd... Ale dla ciebie pragnę tylko jednego, zapamiętaj to sobie... pragnę zdobyć jakiś kapitał, na którym moglibyśmy się oprzeć i zacząć zarobkowanie bez ryzyka, to ci już kiedyś mówiłem. Dotychczas wpadam... ale teraz już będę działał ostrożnie... Narazie Sołtyński... musisz mu oddać całą grozę naszego położenia, musisz być sugestywny, wzruszający! Widzę tę scenę, i wydaje mi się ukoronowana powodzeniem. O tym łajdaku, który nadużył zaufania dziecka, nie wspominajmy, pfuś! dmucham na niego! Życie sprawi, że go wdepczę w błoto jak glistę. Teraz idź i pokaż się jak najprędzej. Brak mi tłuszczów i cukru, staraj się przesłać mi to za pierwsze środki. Liczę na ciebie, pamiętaj o tem, że nie mam wprost możności poruszania się, jesteśmy przyjaciółmi, jeden drugiemu winien pomagać w nieszczęściu!
Kamil wyszedł z więzienia z ulgą. Był dobrze usposobiony dla ojca za trzeźwe załatwienie sprawy z Czajkowskim, z niechęcią myślał o wizycie u pana Sołtyńskiego, ale postanowił pomóc ojcu, ostatnie słowa o przyjaźni ujęły go, ogarnęło go uczucie powagi i odpowiedzialności. Przyszłość ukazała mu się nagle jako zwyczajny trud codzienności, który przyjął bez lęku i spokojnie. Należy zakrzątać się wokół szarego bytowania, bez mrzonek o luksusie, którego mu los wyraźnie odmawiał.
Szedł po pod murami kamienic, przystawał pod wystawami, tęsknie wpatrzony. Ulica szumiała letniem popołudniem, było ciepło, przytulnie. Na rogu placu Teatralnego i Bielańskiej spostrzegł zbiegowisko i przystanął. Olbrzymi wóz do przewożenia mebli leżał przewrócony na bok, widać było jego dno i masywne, małe koła. Obok stały wyprzężone dwa perszerony i jadły siano. Kamil pomyślał sobie wesoło, że takie pewne siebie paskudztwo, ciężko zazwyczaj i majestatycznie przemierzające ulice tego miasta, które — zdawałoby się — bez tych furgonów straciłoby cały swój charakter, leży oto bezsilnie z nieruchomo sterczącemi niesympatycznemi kołami. Kamila zaczęły ogarniać przeróżne refleksje na temat tego przewróconego wozu, ale zawstydził się sam siebie i nawet po chwili doszedł do przekonania, że to rzecz anormalna myśleć tyle o takiem błahem zdarzeniu. Chciał właśnie przejść na przeciwległą stronę, kiedy zobaczył szybko jadącą dorożkę, dorożkarz zacinał batem konia, który popadał w nierówny galop, wesoło toczyły się koła na gumach po szarej kostce jezdni. W dorożce siedział kołujący głową na wszystkie strony, pijany i ubawiony jak szatan Czajkowski vel Wiśniewski, obejmował wpół roześmianą i podnieconą szybką jazdą dziewczynę z głową ostrzyżoną „na Polkę“, z zawadjacką grzyweczką. Szybko zniknęli za jakimś rogiem, pozostawiając Kamila z czadem wstydu na środku jezdni. Zdawało mu się, że ludzie pokazują go sobie palcami.

Zbigniew Uniłowski.


Przypisy

  1. Fragment z t. IIDwudziestu lat życia“.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zbigniew Uniłowski.