Kupiec wenecki (Shakespeare, tłum. Paszkowski, 1923)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Kupiec wenecki
Data wydania 1923
Wydawnictwo Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Druk Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Miejsce wyd. Lwów — Złoczów
Tłumacz Józef Paszkowski
Tytuł orygin. The Merchant of Venice
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
SZEKSPIR.
PL Feta w Coqueville (Émile Zola) 007a.jpg
KUPIEC WENECKI.
PRZEKŁAD
JÓZEFA PASZKOWSKIEGO.

LWÓW — ZŁOCZÓW.
Nakładem i drukiem księgarni Wilhelma Zukerkandla.
OSOBY:
Doża wenecki.
Książę marakoński  ubiegający się o rękę Porcyi.
Książę aragoński
Antonio, kupiec wenecki.
Bassanio, jego przyjaciel.
Solanio  przyjaciele Antonia.
Salarino
Gracyano
Lorenco, kochanek Jessyki.
Szajlok, żyd.
Tubal, żyd, jego przyjaciel.
Lancelot Gobbo, sługa Szajloka.
Stary Gobbo, ojciec Lancelota.
Saleryo, posłaniec z Wenecyi.
Baltazar  słudzy Porcyi.
Stefanio
Leonardo, służący Bassania.
Porcya, bogata dziedziczka.
Neryssa, jej powiernica.
Jessyka, córka Szajloka
 
Senatorowie weneccy, urzędnicy sądowi, dozorcy więzienia, słudzy i inne osoby.
Rzecz dzieje się częścią w Wenecyi, częścią w Belmont, majątku Porcyi na stałym lądzie.
AKT PIERWSZY.

SCENA PIERWSZA.
Wenecya. Ulica.
Wchodzą: Antonio, Salarino i Solanio.

Antonio. W istocie, nie wiem, dlaczegom tak smutny
Już mam dość tego, i wy też podobno.
Lecz skąd to przyszło, jakem w ten stan popadł,
Co on ma znaczyć, z czego powstał, jestto
Dla mnie zagadką. Bądź jak bądź, takiego
Smutek ten robi ze mnie niedołęgę,
Że sam zaledwie mogę siebie poznać.
Salarino. Umysł twój błąka się po oceanie,
Gdzie twe galery, dumnie prężąc żagle,
Niby bogaci fal obywatele,
Albo reprezentanci władców morza,
Z góry na drobny lud kupiecki patrzą,
Który je wita, skłania się przed niemi
Z uszanowaniem, gdy tkanemi skrzydły
Ciągną opodal.
Solanio. Wierzaj mi, że gdybym
Na grę hazardu tyle co ty stawił,
Ciągleby myśli moje żeglowały
W trop mych nadziei; wciążbym zrywał trawę,
By się przekonać o kierunku wiatru;
Siedziałbym w mapach, dukwiąc nad śledzeniem
Zatok, przystani i portów: i wszystko,

Coby mi mogło nasuwać obawę
O moje statki, niewątpliwieby mię
W smutek wprawiało.
Salarino. Wiatr, którybym czynił,
Dmuchając w zupę, aby ją ostudzić,
Nabawiłby mię febrycznego dreszczu,
Skorobym przytem pomyślał, jak zgubnym
Silny wiatr bywa na morzu. Ilekroć
Widziałbym piasek ciekący z klepsydry,
Tylekroćby mi przychodziły na myśl
Płytkie mielizny i ławy piaszczyste,
I trwożnym oczom mojej wyobraźni
Przedstawiałby się mój bogaty Argo
Ugrzęzły w piasku, zwieszający głowę
Do żeber, jakby chciał swój grób całować.
Mógłżebym, idąc do kościoła, spojrzeć
Na ten gmach święty, wzniesiony z kamienia,
I nie pomyśleć natychmiast o rafach,
Które drasnąwszy tylko bok mej nawy,
Wnetby z niej w morze wysypały wszystkie
Moje korzenie i ryczące fale
Ubrały w moje bławaty. Tak łatwo
Mogłoby w niwecz pójść to, co przed chwilą
Tak było cennem. I mamże mieć władze
Myślenia zdolne do myślenia o tem,
A nie pomyśleć, że taki wypadek
Pogrążyłby mię w smutku? Co tu gadać:
Ja przekonany jestem, że Antonio
Smuci się, myśląc o swoich towarach.
Antonio. Wierzcie mi, nie dlatego; dzięki szczęściu,
Widoki moje nie są przywiązane
Ani wyłącznie do jednego statku,
Ani wyłącznie do jednego miejsca,
Ani też mienie moje nie zawisło
Od powodzenia w tym jedynie roku:
Smutek mój nie ma więc związku z mym handlem.

Solanio. Jesteś więc zakochany?
Antonio. Fuj! fuj!
Solanio. Jakto?
Nie zakochany? smutnyś więc dlatego,
Żeś nie wesoły; mógłbyś z równą racyą
Śmiać się i skakać, mówić, żeś wesoły,
Boś nie jest smutny. W imię dwugłowego
Bożka Janusa! natura wydaje
Szczególniejszego rodzaju dziwadła:
Jedni się zawsze mizdrzą i gotowi
Z kobziarza nawet śmiać się do rozpuku;
Ą inni mają w sobie tyle kwasu,
Że ust nie nagną do uśmiechu, choćby
Sam Nestor przysiągł, że się warto rozśmiać.

Wchodzą: Bassanio, Lorenco i Gracyano.

Salarino. Oto Bassanio, twój przezacny krewny,
Gracyano i Lorenco. Do widzenia:
Zostawiamy cię w lepszem towarzystwie.
Solanio. Byłbym był z tobą pozostał tak długo,
Ażbym był chmurę spędził z twego czoła,
Gdyby mię byli nie przyszli wyręczyć
Godniejsi przyjaciele.
Antonio. Wasza wartość
Wysoko stoi w mojem poważaniu.
Przypuszczam, że was naglą intaresy.
I że chwytacie pretekst, aby odejść.
Salarino. Dzień dobry, mili panowie.
Bassanio. Nawzajem.
Kiedyż się znowu śmiać będziem? Powiedzcie.
Rzadkie z was ptaki: czy zawsze tak będzie?
Salarino. W wolniejszym czasie będziem wam służyli.

Salarino i Solanio odchodzą.

Lorenco. Bassanio, skoro znalazłeś Antonia,
To cię żegnamy. Pomnij tylko, proszę,
Że masz jeść z nami obiad.
Bassanio. Liczcie na to.

Gracyano. Signor Antonio, źle nam coś wyglądasz.
Za seryo na świat patrzysz; kto się nazbyt
Troszczy o niego, ten go sobie zraża.
Bardzoś się zmienił, wierzaj.
Antonio. Świat jest dla mnie
Poprostu światem, kochany Gracyano,
Sceną, na której się gra jakąś rolę:
Moja jest smutną.
Gracyano. Ja zaś wolę na niej
Odgrywać rolę śmieszka: niech mi czoło
Pokryją zmarszczki od pustot i śmiechu,
I niech mi raczej pierś pała od wina,
Niżby mi miały serce mrozić jęki.
Potrzebaż, aby człowiek z krwią gorącą,
Siedział jak dziadek kuty z alabastru?
Spał, kiedy czuwa, i w żółtaczkę wpadał
Od tetryczności? Posłuchaj, Antonio;
Kocham cię, przyjaźń mówi przez me usta:
Jest rodzaj ludzi, których twarz przybiera
Pewną powłokę, jak woda w kałuży;
Którzy z umysłu milczą, chcąc uchodzić
Za wzór mądrości, wiedzy i powagi,
Jakby mówili: »Ja jestem wyrocznią,
A gdy otworzę usta, wara wtedy
Musze przelecieć«. O tak, mój Antonio:
Znam ludzi, którzy mają reputacyę
Głęboko mądrych, dlatego jedynie,
Że nigdy nic nie mówią; którzy mówiąc,
Na potępienie skazaliby pewnie
Swoich słuchaczy, bo ciby zgrzeszyli
Mianując swoich bliźnich półgłówkami.
Powiem ci o tem więcej inną razą;
A teraz, proszę cię, zaniechaj łowić
Takie piskorze obłędnej opinii.
Idźmy, Lorenco. Bądź zdrów i krzep serce:
Skończę egzortę moją po wyżerce.

Lorenco. Zobaczym się więc w porze obiadowej.
Muszę być jednym z owych niemych mędrców,
Bo mi Gracyano nigdy nie da mówić.
Gracyano. Żyj jeno ze mną przez parę lat jeszcze,
A dźwięku głosu własnego zapomnisz.
Antonio. Bywajcie zdrowi! Dla miłości waszej
Stanę się z czasem gadułą.
Gracyano. Tak uczyń.
Milczenie bowiem zaleca jedynie
Ozór w pęcherzu i skromność w dziewczynie.

Odchodzi z Lorencem.

Antonio. Czy był w tem jaki sens? powiedz.
Bassanio. Gracyano
Ma nieskończony zapas czczych wyrazów,
Więcej niżeli ktokolwiek w Wenecyi.
Rozsądne jego zdania w masie bredni
Są jak dwa ziarna pszeniczne, w dwóch korcach
Plew utajone: szukasz ich dzień cały,
Zanim je znajdziesz, a gdy znajdziesz, korzyść
Nie wynagradza trudu.
Antonio. Dobrze mówisz.
A teraz, powiedz mi, co to za dama,
Do której odbyć pielgrzymkę zamierzasz?
Miałeś dziś ze mną mówić w tym przedmiocie.
Bassanio. Nie jest ci obcem, Antonio, jak bardzo
Nadwyrężyłem kredyt mój i mienie,
Żyjąc wystawniej, niż mi na to moje
Ograniczone środki pozwalały.
Nie utyskuję nad tem, żem zmuszony
Wysoką stopę zredukować; o to
Mi tylko idzie, jakbym mógł uczciwie
Wybrnąć z tych długów, w które mię pogrążył
Dotychczasowy za pański tryb życia.
Tobie, Antonio, winienem najwięcej,
Bom ci jest dłużny pieniądze i przyjaźń:
Twoja zaś przyjaźń pozwala mi śmiało

Wywnętrzyć wszystkie myśli me i plany,
W których spełnieniu leży możność spłaty
Wszystkich mych długów.
Antonio. Mów, mów, mój Bassanio.
Jeżeli, o czem, znając cię, nie wątpię,
Zamiary twoje są zgodne z honorem,
Mieszek mój, moja osoba, i wszystko
Czem rozporządzam, jest na twe usługi.
Bassanio. Za szkolnych czasów, gdym uronił strzałę,
Puszczałem drugą, takiej samej miary,
Tą samą drogą; lecz z większą uwagą,
By tamtą znaleść, i ważąc obiedwie,
Obiedwie często znajdowałem. Przykład
Ten z lat dziecinnych przewodzęć dlatego,
Że to, co powiem, jest równie niewinnem.
Kredytowałeś mi wiele, i wszystko
Coś mi pożyczył, marnie utraciłem;
Jeżeli jednak zechcesz jeszcze jedną
Strzałę wypuścić w tym samym kierunku,
W którym poprzednia poszła, to nie wątpię,
Że albo znajdę obiedwie u mety,
Albo ci zwrócę niebawem w całości
Ową powtórnie zaryzykowaną,
Wdzięcznie za pierwszą pozostając dłużnym.
Antonio. Znasz mię i tracisz tylko czas napróżno,
Krętą przemową obchodząc mą przyjaźń.
Pochopną moją chęć przyjścia ci w pomoc
W stanowczej chwili podając w wątpliwość,
Większą zaiste krzywdę mi wyrządzasz,
Niż żebyś wydał wszystko, co posiadam.
Powiedz mi zatem tylko, co mam czynić,
Co się, twem zdaniem, przezemnie stać może,
A znajdziesz k’temu mię gotowym: mów więc.
Bassanio. Jest w Belmont młoda, bogata dziedziczka
I piękna, piękna nad wszelkie wyrazy;
Rzadkich przymiotów, nierazem otrzymał

Z jej oczu słodką, milczącą przesyłkę.
Zowie się Porcya, nie tylko imieniem
Ale i sercem podobna do owej
Córy Katona, Brutusowej Porcyi.
Świat też wartości jej nie jest nieświadom,
Bo wszystkie cztery wiatry ze wszech krańców
Stałego lądu sprowadzają do niej
Niepospolitych zalotników. Świetne
Promienie włosów wiszą u jej czoła
Jak złote runo, czyniąc Belmont, miejsce
Jej zamieszkania, krainą Kolchidy.
Nie jeden Jazon kusi też się o nią.
O! mój Antonio, gdybym tylko w ręku
Miał środki do współzawodnictwa z nimi,
Coś mi pochlebnie w duszy przepowiada,
Że niezawodniebym szczęśliwym został.
Antonia. Mienie me całe jest, jak wiesz, na morzu;
Nie mam gotówki, ani źródeł, z których
Znaczniejszą sumę terazbym mógł podnieść:
Idź więc i spróbuj, co mój kredyt zdoła.
Wyciągnę go jak strunę, byś mógł w Belmont,
Przed piękną Porcyą godnie się pokazać.
Idź zaraz, pytaj, ktoby miał pieniądze
Do pożyczenia: ja toż samo zrobię.
Nie wątpię, że ich z łatwością dostaniem
Za mą poręką i wspólnem staraniem. Wychodzą.



SCENA DRUGA.
Belmont. Pokój w zamku Porcyi.
Porcya i Neryssa.

Porcya. Tak, Nerysso, moje maluczkie ja znudzone już tym wielkim światem.
Neryssa. Mogłoby to być, pani, gdyby cię był los upośledził tak szczodrze, jak cię uposażył. A przecież, nieraz to widzę, że tym, co opływają we wszystko, równie źle bywa na świecie jak tym, co marnieją z niedostatku. Niepomierne to więc szczęście żyć w mierności; nadmiar wcześniej dostaje białych włosów i krócej żyje niż dostatniość.
Porcya. Dobry to argument i dobrze wyłożony.
Neryssa. Dobrze wykonany byłby lepszym.
Porcya. Gdyby czynić dobrze tak było łatwo, jak wiedzieć, co jest dobrem, kaplice zamieniłyby się w kościoły, a chaty biedaków w pałace. Ten jest dobrym kaznodzieją, co postępuje według własnych przestróg; jabym prędzej dwudziestu osobom wskazała, co byłoby dobrze zrobić, niż poszła za własną wskazówką, będąc jedną z tych dwudziestu. Niech mózg dyktuje krwi, jakie chce prawa, gorący temperament przeskoczy zimne nakazy. Młodość-szał, jak zając, jednym susem przesadza sieć morału kaleki. Ależ to rozumowanie nie doprowadzi mię do wyboru męża. Wyboru! Jak czczym jest dla mnie ten wyraz! Nie mogę ani wybrać tego, kogobym chciała, ani odrzucić kogoś, coby mi się nie podobał; tak dalece wola żyjącej matki skrępowana jest wolą zmarłego ojca. Nie smutneż-to położenie, Nerysso, nie módz ani wybrać sobie kogoś ani odrzucić?
Neryssa. Ojciec pani był wypróbowanej cnoty człowiek, a bogobojni ludzie miewają przy śmierci dobre natchnienia; nie można więc wątpić, że w tej loteryi, którą wymyślił z trzema skrzynkami, złotą, srebrną i ołowianą, z pomiędzy których wybierający właściwie ciebie, pani, ma posiąść, że mówię, w tej loteryi nie kto inny będzie szczęśliwy, jak ten, którego pani kochać będziesz, bo będzie godnym twej miłości. Ale jakiż stopień skłonności czujesz pani w sobie do tych książąt, którzy już przybyli ubiegać się o ciebie?
Porcya. Wymień ich, proszę; w miarę jak ich wymieniać będziesz, starać się będę ich opisać, a z opisu mego będziesz mogła wyprowadzić wniosek o mej skłonności.
Neryssa. A więc naprzód stawię neapolitańskiego księcia.
Porcya. To młode źrebię: o niczem nie mówi tylko o swym koniu i ma to sobie za wielką zasługę, że go sam umie podkuwać. Boję się, czy jego matka nie zapatrzyła się za bardzo na kowala.
Neryssa. Dalej idzie hrabia Palatyn.
Porcya. Ten umie tylko brwi marszczyć, jakby chciał mówić: »jeżeli mię nie chcesz, to się obejdę«. Słucha zakazanych powieści i ani razu się nie uśmiechnie. Pewnie z niego będzie na starość płaczliwy filozof, kiedy za młodu tak nietowarzysko jest ponury. Wolałabym być poślubioną trupiej głowie, niż jednemu z tych dwóch. Uchowaj mię od nich, panie!
Neryssa. Cóż pani powiesz o tym francuskim markizie, monsieur Le Bon?
Porcya. Bóg go stworzył jak innych ludzi; godzi się więc uważać go za człowieka. Wiem zaiste, że to grzech, szydzić z bliźniego: ależ ten! Ma on wprawdzie konia lepszego niż Neapolitańczyk i lepszy zły zwyczaj marszczenia czoła, niż hrabia Palatyn; on jest wszystkiem i niczem. Gdy drozd zaśpiewa, on zaraz wyprawia kapryole; gotów się fechtować z własnym cieniem. Gdybym poszła za niego, dostałabym naraz dwudziestu mężów; gdyby mną pogardzał, przebaczyłabym mu: lecz choćby mię kochał do szaleństwa, nigdybym mu nie była wzajemną.
Neryssa. Cóżbyś też pani powiedziała o tym młodym angielskim baronie?
Porcya. Wiesz, że z nim nigdy nie mówię, bo ani on mnie nie rozumie, ani ja jego. Nie umie ani po łacinie, ani po francusku, ani po włosku; a że ja za grosz angielszczyzny nie posiadam, natobym śmiało mogła przysiądz w sądzie. Wygląda on na przyzwoitego człowieka, ależ niestety! któż się rozmówi z niemą figurą? Jak dziwnie się ubiera! Zdaje mi się, że kaftan jego z Włoch pochodzi, pantalony z Francyi, czapka z Niemiec, a maniery ze wszystkich stron świata.
Neryssa. Jakież pani zdanie o tym szkockim lordzie, jego sąsiedzie?
Porcya. To, że jest pełnym sąsiedzkiej uprzejmości. Pożyczył raz od Anglika policzek i przysiągł, że mu odda, jak będzie mógł; Francuz był podobno jego przyjacielem i podpisał się za niego.
Neryssa. Jakże się pani podoba ten młody Niemiec, synowiec księcia saskiego?
Porcya. Nieznośny z rana, kiedy trzeźwy; a jeszcze nieznośniejszy w wieczór, kiedy ma w głowie. Kiedy się najlepiej przedstawia, wtedy się wydaje trochę gorzej niż człowiek; a kiedy się przedstawia najgorzej, wydaje się trochę lepiej niż zwierzę. Niech mię co najgorszego spotka, od niego przynajmniej uda mi się wykręcić, mam nadzieję.
Neryssa. Jeżeli jednak zechce wybierać i wybierze szczęśliwą skrzynkę, w takim razie wzbroniłabyś się pani spełnić wolę ojca, gdybyś go przyjąć nie chciała.
Porcya. Z obawy, aby się to nie stało, proszę cię, wsadź w niepomyślną skrzynkę sporą butelkę reńskiego wina, bo choćby szatan w innej siedział, a tej pokusy brakowało, gotówby inną wybrać.
Neryssa. Nie masz pani potrzeby obawiać się tych adonisów: żadnemu z nich się nie dostaniesz. Objawili mi oni swe postanowienie, którego treścią jest, iż wracają do domu i zalotami swymi naprzykrzać ci się dłużej nie będę, chyba w takim razie, gdyby mogli pozyskać panię w inny sposób, a nie według woli jej ojca, za pośrednictwem tych skrzynek.
Porcya. Choćbym tak długo żyła jak Sybilla, umrę tak czystą jak Dyana, jeślibym nie oddała ręki zgodnie z życzeniem mego ojca. Bardzom rada, że to grono aspirantów tak rozsądnie chce sobie postąpić, bo niema między nimi ani jednego, któregobym nieobecności najserdeczniej nie pragnęła, i prosić będę Boga, aby im dał szczęśliwą podróż.
Neryssa. Nie przypominaszże sobie pani pewnego Wenecyanina, oficera, literata, który tu był z markizem Montferratu, jeszcze za życia twego ojca?
Porcya. I owszem, to był Bassanio, zdaje mi się, że tak się nazywał?
Neryssa. W istocie, tak. Ze wszystkich mężczyzn, których moje głupie oczy kiedykolwiek widziały, najgodniejszym posiadania pięknej kobiety ten mi się wydał.
Porcya. Przypominam go sobie i przypominam sobie, że zasługuje na twoją pochwałę.

Wchodzi służący.

Cóż tam? co nam powiesz?
Służący. Owi czterej cudzoziemcy czekają na panię, chcąc ją pożegnać. Jest tam także goniec od piątego, od marokańskiego księcia, który przyniósł wiadomość, że jego pan na noc tu zjedzie.
Porcya. Gdybym mogła tego piątego powitać z tak lekkiem sercem, z jakiem tamtych czterech idę pożegnać, cieszyłabym się z jego przybycia. Jeżeli ma święty umysł a naturę szatańską, tobym go wolała na spowiednika niż na zalotnika. Pójdź, Nerysso. Ledwie zamkniemy bramę za jednym konkurentem, jużci drugi do niej kołacze. Wychodzą.


SCENA TRZECIA.
Wenecya. Plac publiczny.
Wchodzą Bassanio i Szajlok.

Szajlok. Trzy tysiące dukatów, dobrze.
Bassanio. Tak jest, na trzy miesiące.
Szajlok. Na trzy miesiące, dobrze.
Bassanio. Antonio, jak mówiłem, będzie poręczycielem.
Szajlok. Antonio poręczycielem, dobrze.
Bassanio. Możeszże mi wygodzić? Chceszże mię zobowiązać? Mamże liczyć na ciebie?
Szajlok. Trzy tysiące dukatów, na trzy miesiące i Antonio poręczycielem.
Bassanio. Jakaż twoja odpowiedź?
Szajlok. Antonio, dobry.
Bassanio. Słyszałeś co nasuwającego przeciwne zdanie?
Szajlok. Aj, nie, nie, nie. Kiedy mówię: dobry, to chcę dać do zrozumienia, że jego podpis wystarcza. Ale jego odpowiedzialność jest w kwestyi. Wysłał jedną galerę do Tripolis, drugą do Indyi; słyszałem także na Rialto, że ma trzecią na wodach w Meksyku, a czwartą w drodze do Anglii; i inne jeszcze transporty w różne strony rozrzucone. Ale okręty to deski, majtkowie, ludzie; są szczury ziemne i szczury wodne; złodzieje ziemne i złodzieje wodne, to jest korsarze; a potem mamy hazard bałwanów, wiatrów i skał. Jakożkolwiekbądź, człowiek ten wystarcza. Trzy tysiące dukatów! Zdaje mi się, że mogę przyjąć jego poręczenie.
Bassanio. Możesz bezpiecznie to uczynić.
Szajlok. Chcę to uczynić bezpiecznie i żebym mógł być ubezpieczony, muszę się namyślić. Czy mogę się widzieć z Antonim?
Bassanio. Jeżeli zechcesz podzielić z nami obiad.
Szajlok. Tak, żebym wąchał świninę; żebym pożywał strawę tam, gdzie wasz prorok, Nazareńczyk, wywoływał czarta. Gotów jestem z wami mieć stosunki i rachunki, układać się i gadać, ale jeść z wami, pić z wami i modlić się z wami, nigdy. Cóż tam słychać na Rialto? Któżto się tu zbliża?

Wchodzi Antonio.

Bassanio. To signor Antonio.
Szajlok do siebie. Jak ma chytrego celnika oblicze!
Nienawidzę go, bo jest chrześcijaninem,
Lecz bardziej jeszcze za to, że z nikczemnej
Prostoduszności darmo borgi daje
I nam tu stopę procentów obniża.
Gdybym mu kiedy mógł pomacać żeber,
Dawna ma niechęć ulgiby doznała.
On gardzi moim ludem i publicznie
Na posiedzeniach kupieckich szkaluje
Mnie, moje sprawy i uczciwe zyski,
Mieniąc je lichwą. Niech będzie przeklętym
Mój ród, jeżeli kiedy mu przebaczę.
Bassanio. I cóż, Szajloku?
Szajlok. Obliczyłem w głowie
Moje obecne zasoby i widzę
Z przecięciowego mniej więcej bilansu,
Że niepodobna mi będzie na teraz
Zebrać okrągłej sumy trzech tysiąca
Dukatów. Ale nic to nie stanowi:
Tubal, zamożny jeden z Izraela,
Przyjdzie mi w pomoc. Na ileż miesięcy
Zadacie? Do Antonia. Witam was, wielmożny panie:
O waszej cześci była właśnie mowa.
Antonio. Szajloku, lubo ani wypożyczam,
Ani pożyczam gwoli brania albo
Wygórowanych dawania procentów,
Gotówem jednak złamać ten obyczaj
Dla przyjaciela w naglącej potrzebie. Do Bassania.
Czy wie on, ile ci trzeba?
Szajlok. Wiem, panie:
Trzy tysiące dukatów.
Antonio. Nie inaczej:
Na trzy miesiące.
Szajlok. O tem zapomniałem.
Na trzy miesiące; tak, jużem to słyszał;

I za poręką waszą; bardzo dobrze;
Pożyczę. Ale chciejcie mię posłuchać.
Powiedzieliście, panie, zdaje mi się,
Że gwoli zysku nie wypożyczacie,
Nie pożyczacie pieniędzy?
Antonio. Nie zwykłem
Odbiegać od tej zasady.
Szajlok. Gdy Jakob
Pasł trzodę teścia swojego, Labana,
Był on po naszym świętym Abrahamie,
Za sprawą mądrej swej matki, z kolei
Trzecim, tak, rychtyk, trzecim patryarchą.
Antonio. Cóż nam tu po nim? czy i on brał lichwę?
Szajlok. Nie, lichwy nie brał, to jest wprost w znaczeniu
Przywiązywanem przez was do tej nazwy;
Chciejcież uważyć, co Jakob uczynił.
Między Labanem a mm stanął układ,
Że co się tylko pstrych i pręgowatych
Jagniąt urodzi, wszystkie Jakóbowi
Na właść przypadną. Skoro więc, jak zwykle
Z końcem jesieni wśród wełnistej rzeszy
Na dobie było dzieło rozplemiania,
Roztropny pasterz ponakrapiał kołki,
I one, w chwili parzenia się, w okół
Powbijał w ziemię tuż przed maciorkami,
Które począwszy wtedy, w swoim czasie
Wydały same srokate jagnięta:
I Jakób posiadł wszystkie. Tym fortelem
Zyskał on korzyść i był błogosławion.
Każdy zysk, panie, jest błogosławieństwem,
Gdy nie kradzionym sposobem przychodzi.
Antonio. Był to szczęśliwy traf tylko, na który
Jakób zasłużył; nie mógł on sam przez się
Tego dokazać, bez udziału nieba:
Boska to ręka tak pokierowała.
Ale do czegóż to zmierza? Czy żeby

Uprawnić lichwę? Jest-li wasze złoto
I srebro stadem owiec lub baranów?
Szajlok. Nie wiem, lecz mnożę moje równie szybko.
Ale pozwólcie mi, signore, jeszcze
Słówko powiedzieć.
Antonio. Patrz, Bassanio: szatan
Śmie nam cytować Pismo. Duch skażony,
Zastawiający się świętem świadectwem,
Jest jak złoczyńca z uśmiechem na ustach,
Jak jabłko z wierzchu piękne, wewnątrz zgniłe.
O, jak błyszczący pozór fałsz przybiera.
Szajlok. Trzy tysiące dukatów, piękna suma!
A trzy miesiące, to czwarta część roku.
Antonio. I cóż, Szajloku? mamyż ci być dłużni?
Szajlok. Signor Antonio, wiele, mnogo razy
Zelżyłeś mię sromotnie na Rialto,
Za zbogacenie się moje przez lichwę;
Za każdym razem zniosłem to, z cierpliwem
Wzruszeniem ramion, bo cierpieć jest działem
Naszego ludu. Nazwałeś mię, panie,
Nędznikiem, psem niewiernym, za to tylko,
Że rozporządzam, jak chcę, tem co moje.
Dobrze — aliście teraz się wykrywa,
Że potrzebujesz mej pomocy; oto
Przychodzisz do mnie i mówisz: »Szajloku,
Chcemy od ciebie pożyczyć pieniędzy«.
Wyż-to mówicie, signore; wy, coście
Swój charch niedawno na brodę mi spluli?
Coście mię z wzgardą potrącali nogą,
Jak psa obcego, coby wam wszedł w drogę.
Pieniędzy chcecie: cóżbym ja powinien
Rzec na to? Nie takżebym rzec powinien:
»Ażali u psa są pieniądze? Możeż
Módz trzy tysiące dukatów pożyczyć?«
Czyli też mam się skłonić i jak dłużnik,
Z tchem przytłumionym, pokornie bełkocząc,

Tak rzec: »Łaskawy panie, przeszłej środy
Plunąłeś na mnie; kopnąłeś mię w piątek;
Innego znowu dnia psem mię nazwałeś:
Za te grzeczności, gotówem ci chętnie
Tyle a tyle pieniędzy pożyczyć?«
Antonio. Mógłbym cię łatwo znów tak samo nazwać
Plunąć na ciebie i kopnąć cię znowu.
Jeżeli chcesz nam pożyczyć tę sumę,
To nam ją pożycz nie jak przyjaciołom;
Kiedyż albowiem przyjaciel czynsz ściągał
Od przyjaciela, za jałowy metal?
Pożycz ją raczej jak nieprzyjaciołom,
Których, jeżeli chybią, z śmielszem czołem
Będziesz mógł ścigać.
Szajlok. Jak się unosicie,
Signore! Chciałem was sobie przejednać,
Żyć odtąd z wami w przyjaźni, zapomnieć
Doznanych od was obelg, przyjść wam w pomoc
I nie wziąć ani szeląga procentu
Od mych pieniędzy; a wy nie słuchacie:
Czy nie uprzejmy jestem?
Antonio. W rzeczy samej.
Szajlok. I uprzejmości tej dowiodę. Pójdźmy
Do notaryusza; tam mi podpiszecie
Swój oblig, z taką, dla żartu, klauzulą:
Że jeślibyście mi nie wypłacili
Tej a tej sumy, na ten a ten termin,
W tem a w tem miejscu, jak w punktach stać będzie,
Wynagrodzicie mi, panie, ten zawód
Funtem swojego ciała, który będę
Mógł wam wykroić, skąd mi się spodoba.
Antonio. Zgoda; podpiszę taki akt i powiem,
Że i żyd umie być uprzejmym.
Bassanio. Nie chcę,
Abyś akt taki za mnie podpisywał:
Wolę pozostać w kłopocie, jak jestem.

Antonio. Nie bój się, nic mi złego się nie stanie.
Za dwa miesiące, a zatem o miesiąc
Wcześniej niż termin, otrzymam niechybnie
Dziesięćkroć razy wysokość tej sumy.
Szajlok. O, Abrahamie! co też to za ludzie
Z tych chrześcijan! Własna ich zawziętość czyni,
Że o toż samo posądzają drugich.
Gdyby mi signor Antonio sfalował,
Cóżbym ja zyskał, zważcie tylko sami,
Na dochodzeniu i egzekwowaniu
Owej klauzuli? Funt mięsa wyjęty
Z ciała ludzkiego nie jest przecie ani
Tyle wart, ani tyle użyteczny,
Co funt wolego albo baraniego:
Widzicie zatem, że chcę być uczynnym
Jedynie, aby wam się przypodobać.
Przyjmiecie moją przysługę, to dobrze:
A nie, to bądźcie zdrowi i przynajmniej
Za dobre chęci nie krzywdźcie mię odtąd.
Antonio. Dobrze, Szajloku, podpiszę ten oblig.
Szajlok. Udajcież się więc panowie niezwłocznie
Do notaryusza i wskażcie mu, jak ma
Ten żartobliwy układ wygotować.
Ja zaś tymczasem pójdę dukatami
Napełnić worek i zajrzeć do domu,
Którym zostawił na ślizkiej opiece
Sługi urwisa: wnet zdążę za wami. Wychodzi.
Antonio. Śpiesz się, cny Izraelu. — Ten żydzina
Gotów niedługo wyjść na chrześcijanina:
Spoczciwiał jakoś.
Bassanio. Nie wiele ja za co
Mam piękne słowa tam, gdzie grunt ladaco.
Antonio. Pójdź; w każdym razie nie osiądziem na dnie:
Statki me wrócą, nim termin zapadnie.

Wychodzą.

AKT DRUGI.

SCENA PIERWSZA.
Belmont. Sala w pałacu Porcyi.
Porcya, Neryssa i inne osoby do Porcyi należące. Odgłos trąb. Książę Marakoński wchodzi z orszakiem swoim.

Książę Marakoński. Nie gardź mną, pani, z powodu mej cery,
Tej ciemnej barwy palącego słońca,
Którego jestem tak blizkim sąsiadem.
Każ tu sprowadzić i obok mnie stawić
Najpiękniejszego mężczyznę z północy,
Gdzie promień Feba zaledwie odwilża
Zębate krańce lodowców, i pozwól,
Abyśmy sobie, dla miłości twojej,
Otarli skórę, na świadectwo, czyja
Krew jest czerwieńsza: jego albo moja.
Wiedz o tem, pani, że przed tem obliczem
Najwaleczniejsi drżeli, i najwyżej
Uszlachetnione dziewice stref naszych
Lubiły na nie patrzeć. Nie mieniałbym
Za nic tej maści, chyba za wzajemność
Twych uczuć, moja urocza królowo.
Porcya. W wyborze moim nie mogę iść, panie,
Za płochą radą niewieścich wyroków,
Choćby los, co ma przyszłość mą rozstrzygnąć,
Nie ogołacał mnie z możności dania
Dobrowolnego komubądź pierwszeństwa.
Gdyby mię wszakże ojciec nie był ścieśnił
I wolą swoją nie był zobowiązał,
Abym oddała moją rękę temu,
Co mię pozyska w sposób wam wiadomy:
Wtedybyś pewnie miał, dostojny książę,
Równe w mych oczach prawo do mych uczuć,

Jak którykolwiek z twych współzawodników,
Których widziałam dotąd.
Książę Marakoński. Przyjm i za to
Podziękowanie. Terazże, o pani
Chciej mię do owych skrzynek zaprowadzić,
Abym spróbował szczęścia. Na tę szablę,
Która zgładziła Sofiego, syna
Perskiego szacha, która trzykroć razy
Zbiła sułtana Solimana hufce:
Olśniłbym blaskiem najgwiaździstsze oczy,
Zatarłbym męstwem najdzielniejsze serca,
Wydarłbym młode z gniazda niedźwiedzicy;
Co więcej nawet, poszedłbym lwa drażnić,
Gdy ryczy z głodu: bylebym mógł, pani,
Pozyskać ciebie. Ale cóż mi z męstwa!
Kiedy Herkules gra w kości z Lichasem,
Który z nich lepszy, łatwo kość celniejsza
Może przypadkiem paść ze słabszej dłoni.
Tak zginął Alcyd z ręki młodzieniaszka,
Tak i ja mogę, przy ślepej grze szczęścia,
Stracić to, co się kogoś mniej godnego
Stanie udziałem, i umrzeć z zgryzoty.
Porcya. Musisz mój książę, przyjąć szale losu,
I albo wcale wyboru zaniechać,
Albo poprzysiądz, nim wybór uczynisz:
Że jeśli błędnie wybierzesz, nie będziesz
Na przyszłość nigdy o małżeństwie mówił
Z żadną kobietą: bądź przeto ostrożny.
Książę Marakoński. Nigdy też mówić nie zechcę. Gdzie skrzynki?
Prowadź mię, pani; niech los mój rozstrzygną.
Porcya. Idźmy wprzód do świątyni: po obiedzie
Będziesz mógł, książę, próbować hazardu.
Książę Marakoński. Święć się, fortuno! stoję bowiem między
Szczytem radości a przepaścią nędzy.

Wychodzą.


SCENA DRUGA.
Wenecya. Ulica.
Wchodzi Lancelot Gobbo.

Lancelot. Zaprawdę, sumienie pozwala mi uciec od tego żyda, u którego jestem w służbie; zły duch wciąż za mną stoi i kusi mię i szepce: »Gobbo, Lancelocie Gobbo, mój kochany Lancelocie«, albo »mój kochany Gobbo, albo: »mój kochany Lancelocie Gobbo, użyj swoich pedałów, weź je za pas i drapnij«. Sumienie moje mówi na to: »strzeż się, mój poczciwy Lancelocie, strzeż się, mój poczciwy Gobbo«, lub wreszcie: »strzeż się, mój poczciwy Lancelocie Gobbo, nie uciekaj: odepchnij ucieczkę nogą precz od siebie«. Ale zły duch niczem nieustraszony, każe mi się wynosić. »Marsz! — mówi zły duch — zabieraj manatki! mówi zły duch; — »na miłość zbawienia«! — mówi zły duch — »nabierz męskiej odwagi i ruszaj«. Sumienie moje zakłopotane rzuca się mojemu sercu na szyję i mówi do mnie arcymądrze: »Mój poczciwy przyjacielu, mój poczciwy Lancelocie, ponieważ jesteś synem poczciwego ojca« — czyli raczej synem poczciwej matki; bo mój ojciec lubił czasem pozwolić sobie, miał przyrodzenie krzynkę ciekawe — otże, sumienie moje mówi: »Lancelocie, nie ustępuj«! — Ustąp«! mówi zły duch: »nie ustępuj«! — mówi moje sumienie. Sumienie! mówię: dobrze radzisz. Gdybym się dał powodować sumieniem, musiałbym pozostać w służbie u tego żyda, który Boże mi przebacz, jest rodzajem szatana, a gdybym uciekł od tego żyda, tobym się dał spowodować złemu duchowi, który (wybaczcie mi państwo) jest samymże szatanem. To pewna, że ten żyd jest szatanem wcielonym i (na sumienie) sumienie moje nie ma chyba serca, kiedy mi może radzić, żebym u tego żyda pozostał. Zły duch daje mi życzliwszą radę. Dam drapaka, zły duchu: nogi moje na twoje rozkazy.

Stary Gobbo z rozkazem w ręku.

Gobbo. Kawalerze: powiedzcie mi, proszę, którędy tu się idzie do mieszkania pana żyda?
Lancelot na stronie. O, nieba! wszakci to mój rodzony ojciec. Czy go do reszty katarakta oślepiła, że mnie nie poznaje. Muszę go trochę zażyć z mańki.
Gobbo. Mości kawalerze, powiedzcie, proszę, którędy tu się idzie do mieszkania pana żyda?
Lancelot. Udajcie się od rogu na prawo, ale od najpierwszego rogu na lewo, uważacie? — od najbliższego rogu nie udacie się ani na prawo, ani na lewo, tylko się wykręcicie w bok, prosto do mieszkania pana żyda.
Gobbo. Ach mój Bożeczku! po takiej drodze trudno będzie trafić. Nie moglibyścież mi powiedzieć, czy niejaki Lancelot, co jest u niego, jest u niego, czy nie jest?
Lancelot. Chcecie mówić o młodym panu Lancelocie? Na stronie. Uważajcież teraz, jaką puszczę fontannę. — Głośno. Chcecie mówić o młodym panu Lancelocie?
Gobbo. Nie o żadnym panu, mój panie, ale o synu pewnego biedaka. Jego ojciec jest sobie poczciwym, bardzo biednym chudziną, ale Bogu dzięki przy dobrem zdrowiu.
Lancelot. Mniejsza z tem, niech jego ojciec będzie, czem chce: mowa tu jest o młodym panu Lancelocie.
Gobbo. O słudze waszej Wielmożności i o Lancelocie.
Lancelot. Powiedzcie mi przeto, mój staruszku; proszę was przeto, powiedzcie mi, czy mówicie o młodym Lancelocie?
Gobbo. O Lancelocie, do usług waszej Wielmożności.
Lancelot. Przeto o panu Lancelocie. Nie mówcie, ojcze, o panu Lancelocie, bo młody ten pan (z woli losów i przeznaczeń i tym podobnych technicznych wyrażeń, za sprawą trzech sióstr i tym podobnych gałęzi naukowych) prawdę mówiąc rozstał się z życiem, czyli po prostu mówiąc, przeszedł na łono wieczności.
Gobbo. Niechże Bóg uchowa! ten chłopak był prawdziwem kijem mojej starości, prawdziwą moją podporą.
Lancelot. Czy to ja wyglądam jak pałka, albo kłoda, żebym był kijem albo podporą? Nie poznajesz mnie, ojcze?
Gobbo. Biedneż moje lata! Nie poznaję was, panie: ale powiedzcie mi, proszę, czy mój chłopak (Panie świeć nad jego duszą) zostaje przy życiu, czy umarł?
Lancelot. Nie poznajeszże mnie, ojcze?
Gobbo. Niestety! mam krótki wzrok: nie poznaję was, panie.
Lancelot. Dalipan, choćbyście mieli oczy, moglibyście mnie nie poznać. Mądry to ojciec, co zna własne dziecko. No, staruszku, daję wam wiadomość o waszym synu: pobłogosławcie mię! Przyklęka. Prawda wyjdzie na wierzch. Zabójstwo nie może być długo ukryte, ale prawdziwy syn swojego ojca może być; bądź co bądź, prawda w końcu wyjdzie na wierzch.
Gobbo. Proszę was, panie, powstańcie: jestem pewny, że wy nie jesteście moim synem, Lancelotem.
Lancelot. Zaniechajcie już, ojcze, tych fecessyi i dajcie mi błogosławieństwo. Jestem Lancelotem, waszym chłopcem, który był waszym synem, który jest waszem dzieckiem, który będzie —
Gobbo. Nie mogę myśleć, że jesteście moim synem.
Lancelot. Nie wiem sam, co mam o tem myśleć; ale jestem Lancelotem, sługą tego żyda; i jestem pewny, że wasza żona, Małgorzata, jest moją matką.
Gobbo. Małgorzatać jej na imię. Jeżeli jesteś Lancelotem, to mogę na to przysiądz, żeś ty moja własna krew i ciało. Niech Bóg będzie pochwalony! Jakiegożeś dostał zarostu! Więcej masz włosów w brodzie, niż Jacuś, mój stary koń hołoblowy, w ogonie.
Lancelot. To widać Jaciusiowi ogon w tył rośnie. Pamiętam przecie, że więcej miał włosów w ogonie, niż ja na twarzy, kiedym go widział po raz ostatni.
Gobbo. Chryste Panie! jakżeś się odmienił! Jakże się znosisz z swoim panem? Przynoszę mu podarunek. Powiedzże mi, jak się znosicie?
Lancelot. Dobrze, dobrze; ale co do mnie, jakem sobie raz postanowił odbiedz od niego, to też nie prędzej stanę, aż ubiegnę kawał drogi. Mój pan jest prawdziwym żydem. Jemu dawać podarunki! Dajcie mu lepiej stryczek. Wychudłem z głodu u niego; moglibyście mi na żebrach palce policzyć. Cieszę się, ojcze, żeś przyszedł, daj mi lepiej swój podarunek dla pewnego signor Bassania, który sprawia sute nowe liberye. Jeżeli nie pójdę w służbę do niego, to pójdę w świat tak daleko, jak ziemia Boża dosięga. Co za szczęście! Oto on sam nadchodzi. Wstaw się do niego, ojcze, bo prędzej żydem zostanę, niż będę dłużej służył u żyda.

Bassanio wchodzi; za nim Leonardo z kilku innymi towarzyszami.

Bassanio. Możesz to uczynić, ale przyśpieszaj tak żeby wieczerza była gotową najpóźniej o piątej. Oddaj te listy podług adresu; zanieś te liberye do krawca, i proś pana Gracyana, żeby zaraz — przyszedł do mego mieszkania.

Służący wychodzi.

Lancelot. Zbliż się do niego, ojcze.
Gobbo. Daj Boże wszystko dobre Waszej Wielmożności.
Bassanio. Dziękuję: czego chcesz odemnie?
Gobbo. Oto mój syn, panie, biedny chłopiec.
Lancelot. Nie biedny chłopiec, panie, ale bogatego żyda służący, któryby pragnął — jak to mój ojciec zaprezentuje.
Gobbo. On ma, panie, wiele deklinacyi, że tak powiem, do służby.
Lancelot. W istocie: krótko mówiąc, służę u żyda i mam pragnienie — jak to mój ojciec zaprezentuje.
Gobbo. Jego pan i on — z przeproszeniem waszej wielmożności — są z sobą tak właśnie jak pies z kotem.
Lancelot. Słowem, rzecz się ma tak, że ten żyd, u którego służę, przez złe obchodzenie się ze mną, przyprowadził mnie — jak to ojciec mój, który skutkiem wieku jest już stary, niniejszym zaprodukuje.
Gobbo. Mam tu pasztecik z gołębi, którybym rad zaofiarować waszej wielmożności i prosić...
Lancelot. Mówiąc jak najkróciej, prośba ta jest względem mnie impertynencką, jak się wasza wielmożność o tem dowie od tego poczciwego starca, który chociaż stary, jak powiedziałem, biedny jest, i jest moim ojcem.
Bassanio. Niech jeden za dwóch mówi. Czego chcecie?
Lancelot. Wejść w służbę do was, panie.
Gobbo. To jest prawdziwy dekret naszej prośby.
Bassanio. Znam cię i prośbie twej uczynię zadość.
To co mi Szajlok dziś mówił, wypada
Na twoją korzyść; jest-li to korzyścią,
U bogatego żyda rzucać służbę,
By zostać sługą biednego szlachcica?
Lancelot. Stare przysłowie dobrze się stosuje do was, panie, i do Szajloka: »Lepsza cnota w kapocie, niż niecnota w złocie».«
Bassanio. Masz słuszność. Idźże się pożegnać teraz
Ze swoim panem, a potem do mego
Zgłoś się mieszkania. Do towarzyszących mu. Dajcie mu strojniejsze
Oporządzenie niż innym: słyszycie?
Lancelot. Pójdź, ojcze. A co? Nie mogę dostać służby? Zapominam w gębie języka? Przeglądając się swojej ręce Niechno mi pokażą piękniejszą rękę na całe Włochy, którąby można choć na biblii położyć. Będęż miał szczęście! ho, ho! Naprzód tylko! Tu za ciasne pole dla człowieka: skąpa miarka kobiet; kilkanaście kobiet, to nic; jedenaście wdów i dziewięć kobiet, to kusy rysurs dla człowieka. A potem, trzy razy ledwie się wykręcić od śmierci przez utonienie i codzień się od niej wykręcać, będąc narażonym na rozbicie sobie głowy o kant łóżka z betami — kaduk mi po takich wykrętach! Dalipan, jeżeli fortuna jest płci żeńskiej, to wkrótce ją nazwę walną dziewuchą. Pójdź, ojcze; w dwa migi pożegnam się z tym żydem. Wychodzi ze starym Gobbo.

Bassanio. Załatw to, mój kochany Leonardo;
A gdy posprawiasz wszystko, com ci zlecił,
Wracaj natychmiast, bo daję dziś wieczór
Dla mych najlepszych przyjaciół. Idź, spiesz się.
Leonardo. Spuść się pan na mą gorliwość w tej mierze.

Wchodzi Gracyano.

Gracyano. Gdzie twój pan?
Leonardo. Oto przechadza się owdzie.

Wychodzi.

Gracyano. Signor Bassanio, mam prośbę do ciebie.
Bassanio. Mów, jaką? jużeś skutek jej otrzymał.
Gracyano. Muszę się z tobą zabrać do Belmontu.
Bassanio. Toć musisz, ale posłuchaj, Gracyano:
Jesteś za szorstki, za niepowściągliwy
W czynach i w mowie; są to strony, które
Pomiędzy nami uchodzą i naszych
Oczu nie rażą, ale w oczach obcych
Dają ci trochę pozór libertyna.
Proszę cię przeto, zadaj sobie pracę

I uskrom kilku chłodnemi kroplami
Obyczajności swą bryczną naturę,
Abym przez twoją rubaszność nie stracił
Sam na opinii tam, gdzie będziem razem,
I w mych nadziejach nie upadł.
Gracyano. Posłuchaj,
Signor Bassanio: jeżeli nie przyjmę
Skromnej maniery, nie będę się z całem
Uszanowaniem tłómaczył i tylko
Kiedy niekiedy przeklinał; jeżeli
Nie będę nosił codziennie w kieszeni
Książki nabożnej i trusiej miał miny;
A przy modlitwie u stołu nie będę
Ramion na piersiach w krzyż zakładał, wzdychał
I mówił: amen; jeżeli nie będę
Strzegł pilnie wszystkich form przyzwoitości,
Jak ktoś, co postać świętoszka przybiera,
Chcąc się swej starej babce przypodobać:
To niech na zawsze mir u ciebie stracę.
Bassanio. Dobrze, zobaczę, jak się znajdziesz.
Gracyano. Tylko
Dzisiejszy wieczór ekscypuję sobie;
To, co dziś zrobię, w rachunek nie wchodzi.
Bassanio. Bynajmniej; szkodaby było, i owszem,
Radbym, ażebyś się w najparadniejsze
Szaty swojego humoru przystroił,
Bo biesiadnicy nasi będą chcieli
Wesoło czas przepędzić, nie mrukliwie.
Bądź zdrów tymczasem, mam pilny interes.
Gracyano. I ja mam także rendez-vous z Lorcelem
I resztą naszych, ale przed wieczerzą
Nie omieszkamy stawić się u ciebie. Wychodzą wszyscy.



SCENA TRZECIA.
Tamże. W domu Szajloka.
Jessyka. Lancelot.

Jessyka. Przykro mi, że się z nami tak rozstajesz
Dom ten jest piekłem, a ty byłeś niby
Dyabełkiem, co je swoją wesołością
Rozjaśniał Badzie zdrów! masz tu dukata.
Słuchajno, Lancelocie, wkrótce będziesz
Widział Lorenca, który u twojego
Nowego pana ma być dziś na uczcie:
Podaj mu, proszę, ten list; tylko skrycie.
A teraz bywaj zdrów, aby mój ojciec
Nie dostrzegł czasem, że rozmawiam z tobą.
Lancelot. Adie! Łzy absolwują moją wymowę. O, najpiękniejsza poganko! O, najmilsza hebrejko! Jeżeli jaki chrześcijanin nie popełni heretyctwa i nie pojmie cię, to wszystko na świecie zawodzi. Adie! Te głupie krople rozmiękczają we mnie męskiego ducha. Adie! Wychodzi.
Jessyka. Bądź zdrów, poczciwy Lancelocie,
Jakże jest wielki mój grzech, że się wstydzę
Być córką mego ojca! Chociaż jednak
Jestem dziecięciem jego krwi, nie jestem
Dziecięciem jego serca. O, Lorenco,
Dotrzymaj słowa! a wkrótce ochrzczoną,
Wierną do śmierci będę twoją żoną. Wychodzi.


SCENA CZWARTA.
Tamże. Ulica.
Wchodzą Gracyano, Lorenco, Salarino i Solanio.

Lorenco. Tak więc wyśliźnim się podczas wieczerzy
Co tchu przebierzem się i za godzinę
Powrócim nazad, jakby nic nie było.

Gracyano. Nie zrobiliśmy k’temu przygotowań.
Salarino. I pochodniarzyśmy nie zamówili.
Solanio. Jeśli się tego zgrabnie nie wykona.
To nic nie warto i lepiej dać pokój.
Lorenco. Teraz punkt czwarta; mamy zatem jeszcze
Do przygotowań parę godzin czasu.

Wchodzi Lancelot z listem w ręku.

Cóż tam, kochany Lancelocie?
Lancelot. To pismo oświadczy zapewne, jeżeli się waszej Wielmożności podoba je rozkopertować.
Lorenco. Znam dobrze rękę, która to pisała;
Piękna to ręka i białość tej ręki
Bielsza niż papier, na którym pisała.
Gracyano. Miłośny jakiś raport, ani wątpić.
Lancelot. Ścielę się do stóp waszej Wielmożności.
Lorenco. Gdzie idziesz?
Lancelot. Idę zaprosić mego dawnego pana, żyda, do mego nowego pana, chrześcijanina, na dzisiaj, na kolacyę.
Lorenco. Weź to i powiedz prześlicznej Jessyce,
Że przyjdę; powiedz jej to pokryjomu:
Pamiętaj i bądź zdrów.

Wychodzi Lancelot.

No, cóż, panowie,
Chcecież należeć do tej maskarady?
Jam już zamówił pochodniarza.
Salarino. Chcemy,
I bardzo chcemy; zaraz pójdę za tem.
Solanio. I ja.
Lorenco. Zejdziesz się ze mną i z Gracyanem
W stancyi Gracyana, za godzinę.
Salarino i Solanio. Zgoda.

Wychodzą obydwaj.

Gracyano. Nie byłże to list ten od pięknej hebrejki?
Lorenco. Muszę ci wyznać wszystko. Tak jest: właśnie
Pisze mi ona, jak ją z domu ojca

Mam uprowadzić; że się należycie
Zaopatrzyła w złoto i precyoza,
I ma już ubiór pazia w pogotowiu.
Jeśliby ojciec jej poszedł do nieba,
To tylko córce swojejby to winien;
Gdyby zaś jaka kara niebios miała
Spaść na nią samą, to chybaby za to,
Że winna życie niecnemu żydowi.
Pójdźmy, Gracyano, przeczytaj to idąc:
Jessyka będzie nam pochodnię niosła. Wychodzą.



SCENA PIĄTA.
Przed domem Szajloka.
Wchodzą Szajlok i Lancelot.

Szajlok. Dobrze: przekonasz się na własne oczy
Czem jest Bassanio, a czem stary Szajlok.
Pójdź tu, Jessyko! — Nie będziesz, jak u mnie,
Napychał brzucha — Jessyko! — i legał
Całymi dniami, chrapał; darł odzienie. —
Jessyko! żywo! hej!
Lancelot. Jessyko! żywo!
Szajlok. Kto tobie kazał wrzeszczeć? Czym ja kazał?

Lancelot. Zwykliście mi byli mówić tylko, że nie powinienem niczego czynić bez rozkazu.

Wchodzi Jessyka.

Jessyka. Wołacie, ojcze? Cóż mi rozkażecie?
Szajlok. Jestem na ucztę zaproszony. Naści
Klucze, Jessyko. Ale pocóż pójdę?
Nie zaprosili mnie tam przez życzliwość;
Chcą mi pochlebić tylko. Pójdę jednak.
Nie przez uprzejmość, ale przez nienawiść,
Aby nasycić się widokiem zbytku
Tego chrześcijańskiego marnotrawcy.
Jessyko, pilnuj domu, moje dziecko.

Idę z niechcenia. Coś niefortunnego
Knuje się przeciw mojej spokojności,
Bo mi się śniły dziś worki z pieniędzmi.

Lancelot. Pójdźcie, panie, proszę was; mój nowy pan liczy na waszą przyszłość.
Szajlok. Jak ja na jego.
Lancelot. Przygotowano tam pewną siupryzę. Nie powiadam, żeby to miała być maskarada, ale jeżeli zobaczycie coś podobnego, to nie darmo mi krew ciekła z nosa w ostatni poniedziałek wielkanocny o szóstej z rana; któryto poniedziałek przypadł w tym roku na ten sam dzień, w którym przez cztery lata poprzednie była środa popielcowa.

Szajlok. Co? maskarada ma być? maskarada?
Pozamykajże drzwi szczelnie, Jessyko;
A jak usłyszysz odgłos tarabana
I kwik przeklęty koszlawej piszczałki,
To mi się wtedy nie wieszaj u okien,
Ani wyścibiaj głowy na ulicę,
Aby się gapić na tych chrzęścijańskich
Błaznów, z twarzami pomalowanemi;
Ale zaszpuntuj uszy mego domu,
Rozumiem przez to okna, i nie wpuszczaj
Dźwięku tej głupiej, szalonej rozpusty
Do uczciwego mego domu. Słyszysz?
Na kij Jakóba przysięgam, że nie mam
Żadnej ochoty do biesiadowania:
Tylko gwałt sobie czynię. Do Lancelota. Idź waść naprzód;
Powiedz, że przyjdę.
Lancelot. Idę naprzód, panie. Do Jessyki.
Stań jednak panna w oknie, mimo tego,
Bo się tu zjawi ktoś o zmroku;
Wart, żeby przed nim nie kryć wzroku. Wychodzi.
Szajlok. Co ci tam prawił do ucha ten hultaj
Z rodu Hagary? hę!

Jessyka. Powiedział tylko:
Bądź panna zdrowa; nic więcej.
Szajlok. Ten urwis
Jest w gruncie nie tak zły, ale obżartuch,
Ślimak do pracy i skłonny do spania,
Jak świszcz. Nie trzymam trutniów w moim ulu,
Dlategom też go odprawił, tem chętniej,
Że poszedł w służbę do kogoś takiego,
Komu dopomódz nie omieszka pewnie
Do wypróżnienia pożyczonych worków.
Nuże, Jessyko, idź do domu. Może
Wrócę za chwilę. Zrób tak, jakem kazał;
A drzwi zarygluj. Zamknięta rzecz, święta:
Dobry gospodarz zawsze to pamięta. Wychodzi.
Jessyka. Bądź zdrów!
Jeśli mnie szczęście nie łudzi zdradziecko,
Nie mam już ojca, tyś utracił dziecko. Wychodzi.



SCENA SZÓSTA.
Tamże.
Gracyano i Salarino wchodzą zamaskowani.

Gracyano. Oto wystawa, przed którą Lorenco
Kazał nam czekać.
Salarino. Pora umówiona
Minęła prawie.
Gracyano. Dziw, że się tak spóźnia:
Gachowie zwykli godzinę uprzedzać.
Salarino. O, stokroć prędzej gołębie Wenery
Lecą skojarzyć świeży sprzęg miłości,
Niźli się kwapią utrzymać niezłomnie
Obowiązkową wiarę.
Gracyano. Tak się dzieje,
Bracie, we wszystkiem. Któż wstaje od uczty

Z równym, jak do niej zasiadł, apetytem?
Któryż koń nowy kurs odbywa z ogniem
Tak samo żartkim, jak pierwszy? Wszystkiego
Chciwiej się żąda, niżeli używa.
Nakształt młodzika, albo marnotrawcy,
Wypływa okręt z rodzinnej przystani,
Gładki i cały, z pełnymi żaglami,
Cacko, pieścidło wiei rozkosznicy;
A wraca nazad nakształt marnotrawcy:
Z żaglami w szmatach, z poprzecieranymi
Zewsząd bokami, chudy, poszarpany,
Ofiara tejże wiei rozkosznicy.

Wchodzi Lorenco.

Salarino. Otóż Lorenco: schowaj to na potem.
Lorenco. Wybaczcie mi tę zwłokę, przyjaciele:
Nie moja wina w tem, żeście czekali,
Lecz interesu, który mię zatrzymał.
Jeśli będziecie mieli kiedy spełnić
Kradzież kobiety na własny rachunek,
To i ja na was tak długo zaczekam.
Postąpcie bliżej! Tu mieszka żyd, teść mój.
Hop! hop! hop! jest tam kto?

Jessyka w ubiorze pazia ukazuje się w oknie.

Jessyka. Co wy za jedni?
Powiedzcie, aby mię lepiej upewnić,
Choć mogę przysiądz, żem głos wasz poznała.
Lorenco. To ja, Lorenco, twój kochanek.
Jessyka. Tak jest,
Lorenco, tak, mój kochanek: bo kogoż
Serdeczniej kocham? Ale któż wie lepiej,
Niż ty, Lorenco, czy i ty mnie również?
Lorenco. Niebo i własna twa myśl to poświadcza.
Jessyka. Weź tę szkatułkę: warta ona trudu.
Radam, że ciemno i że mnie nie widzisz,
Bo mi wstyd bardzo w tem przebraniu, ale

Miłość jest ślepa; kochankowie nigdy
Nie widzą szaleństw, jakie popełniają;
Gdyby inaczej było, sam Kupido
Zapłoniłby się, widząc mnie w tej chwili
Tak przemienioną w chłopca.
Lorenco. Zejdź, kochanie:
Trzeba, ażebyś mi pochodnię niosła.
Jessyka. Pochodnię? Mamże sama jeszcze świecić
Memu wstydowi? Zbyt on i tak jawny.
Ej! luby! środek to uwidocznienia,
A mnieby trzeba być ukrytą.
Lorenco. Czyliż
Nią już nie jesteś w tym ślicznym kostyumie?
Zejdź no, bo noc już jest na przesileniu,
I towarzysze uczty u Bassania
Czekają na nas.
Jessyka. Zamknę drzwi, zabiorę
Jeszcze coś złota i zejdę natychmiast.

Znika z okna.

Gracyano. To nie żydówka, to bóstwo, na honor!
Lorenco. Wierzcie mi, że ją kocham z całej duszy,
Bo jest roztropną, jeśli się znam na tem,
I piękną, jeśli oko mnie nie zwodzi,
I wierną, o tem już mię przekonała;
Za tę więc piękność, roztropność i wiarę
Wieczną jej z serca uczynię ofiarę.

Wchodzi Jessyka.

A! przecież przyszła! — Dalejże, panowie,
Śpieszmy, bo musim stawić się na słowie.

Wychodzi z Jessyką i Salarinem. — Wchodzi Antonio.

Antonio. Kto tu jest?
Gracyano. Czyś to ty, signor Antonio?
Antonio. Ej, ej, Gracyano! Gdzież reszta kompanii?
Już po dziewiątej: czekają na ciebie.
O maskaradzie niema dzisiaj mowy;

Wiatr się odwrócił; Bassanio chce zaraz
Siadać na okręt. Wysłałem za tobą
Z jakich dwudziestu posłańcow.
Gracyano. Niczego
Bardziej nie pragnę i nie żądam więcej,
Jak być pod żaglem i w drodze czemprędzej.

Wychodzą.



SCENA SIÓDMA.
Belmont. Sala w pałacu Porcyi.
Odgłos trąb. Porcya i Książę Marokański wchodzą z orszakami swymi.

Porcya. Idźcie firankę podnieść i odsłonić
Owe trzy skrzynki temu cnemu księciu.
Wybieraj teraz, panie.
Książę Marokański. Jedna ze złota; ma na wierzchu napis:
»Kto mnie wybierze, zyska to, co wielu nęci.«
Druga ze srebra, a na niej te słowa:
»Kto mnie wybierze, wygra to, czego jest godzien;«
Trzecia z ołowiu, z godłem również lichem:
»Kto mnie wybierze, musi wszystko ryzykować.«
Po czemże poznam, czym wybrał właściwą?
Porcya. W jednej z nich mieści się mój wizerunek:
Gdy tę wybierzesz, książę, będę twoją.
Książę Marokański. Niechże bóg jaki kieruje mym sądem.
Muszę raz jeszcze przejrzeć te napisy.
Cóż mówi naprzód ta skrzynka z ołowiu?
»Kto mnie wybierze, musi wszystko ryzykować.«
Za co? za ołów? ryzykować wszystko.
Za podły ołów? ta skrzynka wątpliwa.
Kto ryzykuje wszystko, ten to czyni
W nadziei chyba sowitej korzyści.
Złota myśl nie dba o śmiecie, i ja więc

Nie zryzykuję wszystkiego za ołów.
Cóż mówi teraz z kolei ta srebrna?
»Kto mnie wybierze, wygra to, czego jest godzien«.
Czego jest godzien? namyśl się, Maroko,
I zważ w bezstronnej dłoni swoją wartość.
Gdybym był cenion w miarę mej zasługi,
Byłbym zaiste godzien wiele posiąść;
To wiele jednak mogłoby się nie dać
Rozciągnąć właśnie do tej pięknej pani.
Jakkolwiek, z drugiej strony, wątpić o tem,
Byłoby sobie samemu ubliżać.
Czegoż ja jestem godzien? Jej, zaiste;
Godzien jej jestem przez ród, przez majątek,
Przez wychowanie i umysł; lecz bardziej
Nad wszystko godzien jej jestem przez miłość.
Gdybym też nie szedł dalej i tę wybrał?
Ale zobaczmy jeszcze, co opiewa
Napis wyryty na tej złotej skrzynce?
»Kto mnie wybierze, zyska to, co wielu nęci«.
O niej to mowa, ona nęci wszystkich;
Ze wszech stron świata ciągną tu rycerze,
Aby się modlić do tego świętego,
Śmiertelną piersią tchnącego posągu.
Hirkańskie stepy, nieprzebyte piaski
Rozległych pustyń Arabii, są teraz
Jakby drogami utorowanemi
Przez książąt, chcących ujrzeć piękną Porcyę.
Dumne królestwo wód, którego paszcze
Plują w twarz niebu, żadną nie jest tamą
Dla tych miłosnych pątników: jest ono
Dla nich jak strumień łatwy do przebycia,
Przez który dążą ujrzeć piękną Porcyę. —
W jednej z tych skrzynek ma się tedy mieścić
Jej boski obraz. Czyżby w ołowianej?
Sama myśl o tem byłaby bluźnierstwem,
Taki sprzęt byłby za nikczemny nawet

Do otoczenia jej całunu w grobie.
Mamże przypuścić, że ją kryje srebro,
Którego wartość jest dziesięćkroć razy
Mniejszą niż złota? O, bezbożna myśli!
Nigdy tak drogi, tak uroczy klejnot
Nie był oprawny inaczej jak w złoto.
Jest w Anglii złotej monety gatunek,
Z wyobrażeniem anioła w odbiciu,
W odbiciu tylko; tu w tem złotem łożu
Spoczywa cały anioł. — Tę wybieram:
Daj mi klucz, pani, niech się co chce stanie?
Porcya. Oto jest: otwórz ją książę. Jeżeli
W niej jest mój obraz, będę twoją.
Książę Marokański otworzywszy skrzynkę. Piekło!
Co to takiego? Trupia głowa, w której
Wygniłem oku tkwi jakoweś pismo.
Cóż tu jest napisane? przeczytajmy. Czyta.
Nie wszystko, co się lśni, jest złotem:
Oddawna ci mówiono o tem.
Nie jeden rozstał się z żywotem,
Co się dał złudzić mym błyskotem.
Grób złoty bywa tuczny błotem.
Gdyby twój zapał, ścisłym splotem,
Z mądrości złączon był przymiotem,
Byłbyś był treść mą odgadł lotem.
Idź precz, odpowiedź twa nic potem. —
Precz więc, po gorżkim tym zawodzie,
Grzejący ogniu! witaj, chłodzie!
Bądź zdrowa, Porcyo, kto tak jak ja stratny,
Ten do pożegnań dłuższych jest niezdatny.

Wychodzi ze swym orszakiem.

Porcya. Spuśćcie zasłonę! To pierwszy akt probny
Oby tak wybrał każdy doń podobny!



SCENA ÓSMA.
Wenecya. Ulica.
Wchodzą Salarino i Solanio.

Salarino. Tak jest, widziałem Bassania pod żaglem;
Z nim i Gracyano się wyprawił; ale
Lorenca niema, ręczę, na ich statku.
Solanio. Ten żyd szubrawiec, krzykiem skłonił dożę,
Pójść z nim i okręt Bassania przetrząsnąć.
Salarino. Za późno przyszli, okręt był już wtedy
Na pełnem morzu; doszło jednak dożę,
Że w jednej z gondol widziano Lorenca
Z rozmiłowaną jego żydóweczką.
Przytem Antonio ręczył doży słowem,
Że ich nie było na Bassania statku.
Solanio. Jeszczem nie widział żalu tak dziwnego,
Tak szalonego, tak sprzecznego w sobie,
Jaki po mieście ten parch żyd wyzionął.
Moje dukaty! — wołał — moja córka!
O, moja córko! — O, moje dukaty!
Uciekła z chrześcijaninem! — O, chrześcijańskie
Moje dukaty! — O, sprawiedliwości!
O, córko! — O, dukaty! — Cały worok,
Całe dwa worki opieczętowane,
Pełne dukatów, podwójnych dukatów,
Skradła mi własna córka! — i precyoza,
Parę kamieni, parę drogocennych
Kamieni, własna córka mi ukradła! —
Sprawiedliwości! — Znajdźcie mi tę dziewkę!
Oddajcie mi ją. — Ona ma przy sobie
Moje kamienie i moje dukaty!
Salarino. Wszystkie weneckie chłopcy biegną za nim
I krzyczą: Córka! Dukaty! Kamienie!

Solanio. Niech się Antonio ogląda na termin,
Bo mógłby za to przypłacić.
Salarino. To pewna:
Wczoraj poznałem się z jednym Francuzem,
Który mi mówił, że w ciasnym przesmyku,
Dzielącym Francyę od Anglii, zatonął
Jakiś nasz okręt z bogatym ładunkiem.
Gdy mi to mówił, natychmiast Antonio
Przyszedł mi na myśl i pragnąłem w duszy,
Aby to nie był jego.
Solanio. Powinienbyś
Antonia o tem uwiadomić; wszakże
Nie nagle, boby go to przeraziło.
Salarino. Niema na świecie poczciwszego serca.
Byłem obecny, kiedy się Bassanio
I on żegnali; mówił mu Bassanio,
Że wszelkich starań dołoży, ażeby
Wrócić co rychlej; on zaś odrzekł na to:
Nie, mój Bassanio, nie zbywaj tej sprawy
Byle jak, przez wzgląd na mnie, niechaj ona
Dojrzeje z czasem, a ów skrypt u żyda
Niech nie zakłóca twych troskliwych myśli.
Bądź wesół i zwróć całą swoją dążność
Ku pozyskaniu względów i zabiegom,
Jakie cię będą mogły tam zalecić. —
To mówiąc, z łzami w oczach twarz odwrócił,
Chcąc ukryć swoje wzruszenie; uścisnął
Rękę Bassania i tak się rozstali.
Solanio. Zdawałoby się prawie, że on żyje
Tylko dla niego. Pójdźmy go odwiedzić
I smutek jego rozerwać cokolwiek,
W ten albo inny sposób.
Salarino. Dobrze, idźmy.

Wychodzą.


SCENA DZIEWIĄTA.
Belmont. Sala w pałacu Porcyi.
Wchodzi Neryssa ze służącym.

Neryssa. Podnieść zasłonę. Książę Aragoński
Formie przysięgi uczynił już zadość
I wraz tu przyjdzie dopełnić wyboru.

Odgłos trąb. Wchodzą: książę Aragoński i Porcya z swymi orszakami.

Porcya. Szlachetny książę, oto leżą skrzynki.
Jeśli wybierzesz tę, w której mój obraz,
Ślubny nasz obrzęd zaraz się odbędzie;
Jeśli zaś chybisz, panie, będziesz musiał
Ustąpić dziś natychmiast, bez szemrania.
Książę Aragoński. Przysięga, którąm złożył, wkłada na mnie
Trzy obowiązki: naprzód, nie wymieniać
Przed nikim, którą z tych skrzynek wybrałem;
Powtóre, jeśli nie trafnie wybiorę,
Nigdy się odtąd nie starać o rękę
Żadnej dziewicy; na ostatek, w razie,
Gdyby mię szczęście zawiodło, niezwłocznie
Opuścić dom twój, pani, i odjechać.
Porcya. Trzy te warunki zaprzysięga każdy,
Co chce niegodną mą osobę posiąść.
Książę Aragoński. Będę im wierny. Terazże Fortuno,
Rozśmiej się! — Złoto, srebro, lichy ołów. —
»Kto mnie wybierze, musi wszystko ryzykować.«
Trochębyś piękniej musiała wyglądać,
Żebym cię przeniósł nad inne. Cóż mówi
Ta świetnie złotem błyszcząca? zobaczmy!
»Kto mnie wybierze, zyska to, co wielu nęci.«
Co wielu nęci? Przez ten wyraz »wielu«,
Możnaby głupi gmin rozumieć, który
W wyborze swoim chwyta się pozoru,
Pojmując tylko to, co może tępym

Wzrokiem namacać: nie pogląda wewnątrz
I jak jaskółka, wątłą swą budowę
Kleci w powietrzu u zewnętrznej ściany,
Na grę przypadku. Nie wybiorę tego,
Co wielu nęci, bo nie chcę stać duchem
Na równym stopniu z pospolitą rzeszą,
Ani się bratać z bezrozumnym tłumem.
Do ciebie teraz zwracam się, do ciebie,
Srebrna skarbnico! Cóż mi ty obwieścisz?
»Kto mnie wybierze, wygra to, czego jest godzien.«
Sensowne zdanie! bo któżby się ważył
Kusić o szczęście i o cześć, nie mając
Stępla zasługi? Wara komukolwiek
W niezasłużony stroić się przywilej!
Gdyby lenności, stopnie i urzędy
Nie przychodziły sposobem nieprawym,
I gdyby każda godność piastowana
Była nabytkiem godności wewnętrznej,
Ilużby ludzi nakrywało głowy,
Zamiast stać kornie z odkrytemi! Iluż
Rozkazodawców słuchałoby wtedy,
Ileżby szui nikczemnej odpadło
Z pomiędzy pełnych ziarn istnej wyższości!
A ile istnej wyższości powstało
Z plew i rumowisk czasu, aby nowym
Blaskiem zajaśnieć! Lecz wróćmy do rzeczy.
»Kto mnie wybierze, wygra to, czego jest godzien«.
Dufam w zasługę. Daj mi klucz, o pani,
By mi otworzył tę drogę do szczęścia!
Porcya. Za opieszale przystępujesz, książę,
Do tego, co tam masz znaleść.
Książę Aragoński otwiera skrzynkę. Co widzę?
Portret idyoty, który, oczy mrużąc,
Wyciąga ku mnie zapisany świstek.
O, jakżeś różny od obrazu Porcyi!
Od mych nadziei i zasługi mojej!

»Kto mnie wybierze, wygra to, czego jest godzien.«
Godzienże jestem tylko głowy głupca?
Toż mój dział? Nie wartżem niczego więcej?
Porcya. Błądzić i sądzić są to dwa zadania
Różne i sprzeczne z sobą.
Książę Aragoński. Cóż tu stoi? Czyta.
Czem srebro skutkiem chrztu płomieni,
Tem w próbach ci są doświadczeni,
Czyj umysł sięga aż do rdzeni;
Niejeden cień zwodniczy ceni,
To też nie zyska nic prócz cieni.
Bywają głupcy posrebrzeni,
Jak ten, co prawdą to być mieni.
Z kimkolwiek waszmość się ożeni,
Będziemy z sobą połączeni.
Bądź zdrów: już tego nic nie zmieni,
Przepraszam jak najuniżeniej. —
Gdybym tu jeszcze dłużej bawił,
Więcejbym głupstwa się nabawił.
Przyszedłem z jedną głupią głową,
A wracam nazad z dubeltową.
Adieu! nie dla mnie tu już pole;
Odchodzę z wstydem znieść mą dolę.

Wychodzi ze swym orszakiem.

Porcya. Tak w świecy toną ćmy i mole.
O, światłe głupcy! mędrcy z głową chorą,
Im głębiej wezmą, tem płyciej wybiorą.
Neryssa. Dobrze to mówi stare aksyoma,
Że śmierć i żona z góry przeznaczona.
Porcya. Nerysso, spuść firankę.

Wbiega służący.

Służący. Jest tu pani?
Porcya. Jest, mości panie.
Służący. Przed bramą pałacu
Zsiadł z konia jakiś młody Wenecyanin,
Z uwiadomieniem o blizkim przybyciu

Swojego pana, od którego przywiózł
Najuprzejmiejsze pozdrowienia, to jest,
Oprócz grzeczności i pięknych słów, dary
Znacznej wartości. Nie widziałem jeszcze
Gońca miłości tak miłego. Nigdy
Kwietniowy ranek nie zwiastował wabniej
Zbijającego się nadejścia lata,
Niż ten posłaniec swego pana.
Porcya. Przestań.
Boję się, żebyś w końcu nie powiedział,
Że on jest jakim blizkim twoim krewnym.
Tak uroczyste sypiesz mu pochwały.
Pójdźmy, Nerysso. Jak mi się też wyda,
Ciekawa jestem, ten laufer Kupida.
Neryssa. Bassanio, królu serc! Coś mi się roi,
Że to kwatermistrz z awangardy twojej. Wychodzą.


AKT TRZECI.

SCENA PIERWSZA.
Jedna z ulic Wenecyi.
Solanio i Salarino.

Solanio. Cóż tam słychać na Rialto?
Salarino. Wciąż jeszcze krąży ta pogłoska, że okręt Antonia z kosztownym ładunkiem zatonął w owej cieśninie. Goodwins podobno nazywa się to miejsce; ma to być ława piasczysta, bardzo niebezpieczna,w której kości niejednego krzepkiego okrętu leżą pogrzebione, jeżeli jejmość pani Fama jest prawdomówną babą.
Solanio. Radbym, żeby była babą plotkarką, jak każda z tych, co żują imbier i wmawiają w sąsiadów, że opłakują śmierć trzeciego męża. Niemniej dlatego jest prawdą, usuwając na bok wszelką rozwlekłość i nie tamując toku rozmowy niepotrzebnymi frazesami, że Antonio, nasz poczciwy, nasz nieoszacowany Antonio, gdzież znajdę epitet prawdziwie godny iść w parze z jego nazwiskiem!...
Salarino. Dociągnijże do końca.
Solanio. Co takiego? A! koniec końców niema kwestyi, że stracił okręt.
Salarino. Bogdajby się na tem skończyły jego straty.
Solanio. Śpieszę się powiedzieć: amen, zanim mi szatan do tego przetnie drogę; bo oto się tu zbliża w żydowskiej postaci.

Wchodzi Szajlok.

Cóż tam, Szajloku? Jakież nowiny między kupcami?
Szajlok. Wyście wiedzieli; nikt lepiej niż wy nie wiedział o ucieczce mojej córki.
Salarino. Niezawodnie. Ja z mojej strony wiedziałem przynajmniej o krawcu, co jej uszył skrzydła do tej ucieczki.
Solanio. A Szajlok ze swojej strony wiedział, że jego ptak miał już pierze; w takim zaś razie wszystkie mają ten obyczaj, że wylatują z gniazda.
Szajlok. Potępienie ją za to czeka.
Salarino. Zapewne, jeżeli ją szatan sądzić będzie.
Szajlok. Taka niesforność własnej mojej krwi i ciała!
Solanio. Wstydź się, stary, w tym wieku mieć krew i ciało niesforne.
Szajlok. Moją krwią i ciałem jest moja córka.
Salarino. Między twojem a jej ciałem większa jest różnica, niż między hebanem a kością słoniową; między jej krwią a twoją, większa, niż między deserowem winem a lurą. Ale powiedziano nam, czy słyszałeś, że Antonio na morzu poniósł stratę? Prawdaż to, czy bajka?
Szajlok. W tem ci nowy sęk dla mnie. To bankrut, utracyusz; nie śmie się teraz ani pokazać na Rialto; to golec: on, co bywało tak strojnie przechodził na rynek. Niechże się ogląda na swój oblig! Zwykł był nazywać mię lichwiarzem; niech się ogląda na swój oblig! Zwykł był pożyczać przez miłość chrześcijańską, niech się ogląda na swój oblig!
Salarino. Nie zechcesz mu przecież rżnąć ciała, jeżeli nie zapłaci w terminie; na cóżby ci się zdało?
Szajlok. Na przynętę dla ryb. Jeżeli zresztą nie nasyci nikogo, nasyci przynajmniej moją zemstę. On mię lżył, wydarł mi na jakie pół miliona spodziewanych korzyści; naigrawał się z mojej straty; bluźnił memu narodowi; krzyżował moje zarobki; odwodził odemnie przyjaciół, a nieprzyjaciół na mnie podszczuwał. I za cóż to wszystko? za to, że jestem żydem. Czyliżto żyd nie ma rąk, członków, organów, zmysłów, uczuć, namiętności? Nie żywiż się tymi samymi pokarmami, nie możeż być zraniony takiem samem narzędziem, nie ulegaż takim samym chorobom, nie leczyż się takimi środkami, nie czujeż tak samo zimna w zimie, a ciepła w lecie, jak chrześcijanin? Nie płynież z nas krew, jak nas zakłujecie? Nie śmiejemyż się, jak nas załaskoczecie? Nie umieramyż, jak nas otrujecie? a jak nas skrzywdzicie, nie mamyż się mścić za to? Jeżeliśmy we wszystkiem innem do was podobni, to i w tem chcemy was dorównać. Jeżeli żyd skrzywdzi chrześcijanina, w czemże się objawi jego pokora? W zemście. Jeżeli chrześcijanin skrzywdzi żyda, w czemże się ma objawić jego potulność na wzór chrześcijański? Ny, także w zemście. Uczycie nas złości, ny, to ja ją zastosuję w praktyce; i źleby być musiało, gdyby uczeń nie przeszedł swych nauczycieli.

Wchodzi służący.

Służący. Mój pan, Antonio, życzy sobie widzieć się z panami: jest teraz w domu.
Salarino. Właśnieśmy mieli iść do niego.

Wchodzi Tubal.

Solanio. Oto nadchodzi drugi z pokolenia: gdyby trzeci miał się jeszcze przymieszać, toby szatan musiał zostać żydem.

Wychodzą ze służącym Salarino i Solanio.

Szajlok. Tubal! Co przywozisz z Genui? Znalazłeś moją córkę?
Tubal. W wielu miejscach słyszałem o niej, ale jej nigdzie znaleść nie mogłem.
Szajlok. Aj waj mir! aj waj mir! Przepadł mój dyament, dałem za niego dwa tysiące dukatów w Frankfurcie. Przekleństwo teraz dopiero spadło na Izraela, nigdy go dotychczas nie czułem. Dwa tysiące dukatów w tym kamieniu! i tyle innych drogich, kosztownych klejnotów! Wolałbym, żeby moja córka leżała trupem u nóg moich, ażeby miała w uszach te klejnoty. Wolałbym, żeby leżała na marach u nóg moich, a w trumnie miała owe dukaty. Żadnej wieści o nich! Aj waj mir! i nie wiem jeszcze, ile wydam za szukanie. Aj waj! Koszt na koszt! Złodziej wziął już tyle i tyle znowu na śledzenie złodzieja! I znikąd zadośćuczynienia! i znikąd zemsty! Nigdzie biedy, tylko na moim karku; nigdzie westchnienia, tylko z mojej piersi; nigdzie łez, tylko w moich oczach!
Tubal. Mają biedę i inni. Słyszałem w Genui, że Antonio...
Szajlok. Co? co? co? Biedę? jaką biedę?
Tubal. Stracił galerę, która płynęła z Trypolis.
Szajlok. Bogu dzięki! Bogu dzięki! Czy to prawda? Czy to prawda?
Tubal. Mówiłem z paru majtkami, którzy ocaleli z rozbicia.
Szajlok. Dziękuję ci, giter Tubal! Dobra wiadomość! Dobra wiadomość! Gdzie? w Genui?
Tubal. Wasza córka wydała w Genui, jak słyszę, jednego wieczora ośmdziesiąt dukatów.
Szajlok. Tubal! Wpychasz we mnie sztylet. Nigdy już mego złota nie zobaczę! Ośmdziesiąt dukatów na jeden raz! Ośmdziesiąt dukatów!
Tubal. Kilku wierzycieli Antonia przybyło ze mną razem do Wenecyi; zapewniali, że musi ferfal zrobić.
Szajlok. Bardzo się cieszę z tego; będę go dręczyć, będę go torturować; bardzo się cieszę.
Tubal. Jeden z nich pokazywał mi pierścień, który mu wasza córka dała za małpę.
Szajlok. Żeby ją donder! Tubal, torturujesz mnie: to był mój turkus; dostałem go od Lei, kiedy byłem jeszcze chłopcem; nie byłbym go oddał za cały las małp.
Tubal. Ale Antonio jest niezawodnie kaput.
Szajlok. Tak, to prawda, to prawda. Idź, mój Tubal, najmij mnie woźnego; zamów go naprzód na dwa tygodnie. Muszę mieć jego serce, jeżeli sfaluje termin; bo jak go raz nie będzie w Wenecyi, to będę mógł prowadzić mój handel, jak zechcę. Idź, idź, mój Tubal; znajdziesz mnie podle synagogi; idź, giter Tubal, podle synagogi. Wychodzą.


SCENA DRUGA.
Belmont. Sala w pałacu Porcyi.
Bassanio, Porcya, Gracyano, Neryssa i służba. Skrzynki wystawione na widok.

Porcya. Wstrzymaj się jeszcze, signore, zaczekaj
Dzień lub dwa, zanim dokonasz wyboru,
Bo gdybyś błędnie wybrał, pozbawioną
Byłabym twojej obecności; bądź więc

Cierpliwy, proszę. Coś mi skrycie mówi,
(Lecz to nie miłość,) że rozstać się z panem
Z trudnościąby mi przyszło, a sam przyznasz,
Że nienawiści głos bywa odmienny.
Abyś mię jednak pan lepiej zrozumiał,
(Choć to kobiecie myśleć tylko wolno,
Ale nie mówić,) chętniebym cię miesiąc
Albo dwa w moim zatrzymała domu,
Zanimbyś odbył tę grę hazardowną.
Mogłabym pewne podać ci skazówki
Co do trafności wyboru, lecz wtedy
Złamaćbym moją musiała przysięgę,
A tego nigdy nie uczynię. Tak więc
Możesz mię chybić; jeślibyś zaś chybił,
Zaiste dałbyś mi powód do grzechu,
Boby mi przyszło żałować, żem była
Wierną przysiędze. O, te oczy wasze
Opanowały mię i rozdwoiły:
Jedna połowa moja już jest waszą;
Druga połowa waszą, to jest moją,
Chciałam powiedzieć; lecz jeżeli moją,
To waszą także, więc i całość wasza.
Zawistna dolo! żeby kłaść przegrodę
Między własnością a właścicielami!
I waszą jestem i nie waszą. Jeśli
Na tem się skończy, co jest, niechaj za to
Fortuna będzie, nie ja potępioną!
Za długo mówię, ale to jedynie,
Aby czas przewlec, rozciągnąć, przedłużyć,
A z nim wasz wybór.
Bassanio. Pozwól mi wybierać,
Bo tak, jak jestem, żyję na katowni.
Porcya. Bassanio na katowni? Jakaż wina
Obciąża waszą miłość?
Bassanio. Żadna inna,
Jak tylko sroga wina niepewności,

Która mi wątpić każe, czy w miłości
Będę szczęśliwy. Taki sam stosunek
Zachodzi między śniegiem a płomieniem,
Jak między winą a moją miłością.
Porcya. Muszę się jednak obawiać, signore,
Czy rzeczywiście nie mówisz z katowni,
Skąd ludzie tylko w przymusowy sposób
Zwykli są czynić zeznania.
Bassanio. O, Porcyo!
Przyrzecz mi życie, a prawdę ci wyznam.
Porcya. Żyj więc i wyznaj!
Bassanio. Kochaj więc! w tem właśnie
Mieści się żywa treść mego wyznania.
O, błoga męko, gdy tortorujący
Sam zbawić zdolną poddaje odpowiedź!
Zobaczmy jednak, co mi los przeznaczył
W tych tajemniczych skrzynkach. Pozwól, pani.
Porcya. Przystąp więc. W jednej z nich ukrytą jestem
Jeśli mię szczerze kochasz, to mię znajdziesz.
Nerysso, ustąp w głąb z resztą obecnych.
Niech wyborowi jego towarzyszą
Dźwięki muzyki, by jego zgon dla mnie,
Jeżeli chybi, był jak zgon łabędzia,
Co wśród melodyi gaśnie. Dla większego
Uzupełnienia tego podobieństwa
Oczy me będą mu strumieniem, mokrem,
Śmiertelnem łożem. Jeżeli zaś trafi,
Czemże muzyka będzie w takim razie?
Wtedy muzyka będzie jak ów odgłos
Trąb, gdy przed nowo-ukoronowanym
Monarchą wierny lud chyli kolana;
Jak owe słodkie dźwięki, które z pierwszym
Brzaskiem dnia płyną w ucho oblubieńca
I do ołtarza go wiodą. Już idzie,
Z równą odwagą, lecz z większą miłością
Niż kiedyś Alcyd, gdy szedł znieść ów haracz,

Jaki morskiemu potworowi Troja
Niosła w dziewicach. Ja tu stoję z przodu,
Niby ofiara; a te tam opodal,
To są dardańskie niewiasty patrzące
Z trwogą na skutek jego przedsięwzięcia.
Idź, Herkulesie! Życie me zależy
Od twego: więcej ja czuję obawy,
Niż ty sam, w obec tej groźnej wyprawy.

Muzyka daje się słyszeć. Bassanio tymczasem zastanawia się nad napisami, będącymi na skrzynkach.
Spiew:

Pierwszy głos. Powiedz, gdzie się skłonność rodzi,
W głowie-li, czy w sercu młodzi,
Jaki życia bieg przechodzi?
Drugi głos. W oczach rodzi się, karmiona
Paszą wzroku, żyje ona
W swej kolebce i w niej kona.
Ogłośmy jej zgon:
Dyn! dyn! dyn! brzmi dzwon.
Chór. Dyn! dyn! dyn! brzmi dzwon.
Bassanio. Tak, choć sam sobie często pozór kłamie,
Świat zawsze daje się uwodzić blichtrom.
W sądach naprzykład: jakaż święta sprawa,
Pokryta gładkim pokostem wymowy,
Tem się wydaje, czem jest? W rzeczach świętych
Jestże błąd jaki, któryby pod sankcyą
Powagi, zręcznym poparty sofizmem,
Nie przyozdobił się w godziwą postać?
Niema występku tak nagiego, iżby
Nie miał po wierzchu jakichsi cech cnoty.
Ilużto tchórzów, z sercem równie miękkiem
Jak schody z piasku, nosi groźne brody
Na podobieństwo Alcyda lub Marsa,
Choć w żyłach mają miasto krwi serwatkę
I tą powłoką męstwa straszą nieraz?

Przypatrzcie się piękności, a ujrzycie,
Że jest najczęściej kupioną na wagę.
I tu się jawi cudowność natury;
Bo im blask większy na zewnątrz, tem większa
Czczość bywa w gruncie: takimi są owe
Złote, falisto-trefione kędziory,
Na wiatr puszczone i skaczące z wdziękiem
Obrachowanym na efekt; częstokroć
W nich poznajemy własność innej głowy,
Która na teraz spoczywa w grobowcu.
Tak więc ozdoba jest kwiecistym brzegiem
Niebezpiecznego morza, piękną tkanką,
Zasłaniającą twarz murzynki; słowem,
Jest niby prawdą, łowiącą na wędę
Najmędrszych nawet. Nie chcę przeto ciebie,
Zwodnicze złoto, ty strawo Midasa!
Ni ciebie, blady służalcze, co biegasz
Z ręki do ręki; ale ciebie, ciebie,
Skromny ołowiu, który grozisz raczej,
Niż jakąkolwiek obiecujesz korzyść.
Twoja prostota wymowniej mię nęci:
Ciebie wybieram, niech cię los uświęci!
Porcya. Jak się w powietrze ulatniają moje
Błędne obawy, wrzące niepokoje,
Złowieszcze troski i chwiejące względy!
Miłości, poskrom radosne zapędy!
Folguj, zmniejsz nadmiar swojego zachwytu!
Abym u tego szczęśliwości szczytu
Nie utraciła zmysłów.
Bassanio otwierając ołowianą skrzynkę. Cóż tu znajdę? —
Ha! obraz pięknej Porcyi! Jakiż półbóg
Zdołał do tego stopnia naśladować
Żywy arcywzór? Sąż te oczy w ruchu?
Czy też, przylgnąwszy do oprawy moich,
Zdają się w ruchu? Te na wpół otwarte,
Różane wargi dzieli nektar tchnienia:

Tak słodki tylko może istnieć przedział
Między tak śliczną parą. Tu, w tych włosach
Malarz jak pająk, osnuł sieć na serca.
Ale jej oczy! jak mógł patrzeć na nie,
Chcąc je nakreślić? Nim jedno nakreślił,
Obadwa swoje powinien był stracić
I nie dokończyć dzieła. Ależ patrzcie!
O ile prawda moich słów uwłacza
Temu cieniowi, za słabo go wielbiąc,
O tyle także ten cień ustępuje
Przed rzeczywistą prawdą. Oto karta,
W której treść mego szczęścia jest zawarta. Czyta.
Ty, coś się trzymał prawej szali,
Gardząc tem, co lśni okazalej,
Roztropność twą fortuna chwali;
Bądź kontent i nie szukaj dalej.
Serce-li twe się k’temu skłania,
Czego ci posiąść los nie wzbrania,
Zbliż się do lubej bez wahania,
Upomnieć się pocałowania.
Słodki nakazie! — Luba, pozwól zatem. Całuje ją.
Umocowany tym prawnym mandatem
Stojąc przed tobą, sam z sobą spór wiodę,
Jak ktoś, co z drugim walcząc o nagrodę,
I słysząc poklask w zgromadzonym tłumie,
Oszołomiony topi się w zadumie,
I pyta siebie: dla mnież te poklaski?
Tak i ja, jeszcze niepewny twej łaski,
Nie śmiem radością mego szczęścia mierzyć!
O, stwierdź je, poświadcz, pozwól mi w nie wierzyć!
Porcya. Signor Bassanio, pisz mię, jak mię widzisz.
Dla siebie samej nie byłabym pewnie
W żądaniach moich zbyt wymagającą,
Pragnąc o wiele być lepszą, niż jestem;
Ale dla ciebie radabym w trójnasób
Dwadzieścia razy spotęgować siebie,

Być tysiąc razy piękniejszą, niż jestem,
Dziesięć tysięcy razy tak bogatą.
Dlatego tylko, żeby większej ceny
Nabrać w twych oczach, radabym pod względem
Przymiotów, wdzięków, mienia i znaczenia
Stać wyżej ceny. Ale cała suma
Wartości mojej wynosi zaledwie
Małe coś: jestem, ogółowo biorąc,
Kobietą bez nauki, bez ogłady,
Bez doświadczenia, w tem tylko szczęśliwą,
Żem nie za stara jeszcze do nauki;
Szczęśliwszą nadto, że z natury nie mam
Usposobienia tępego do nauk;
A najszczęśliwszą, że słaby mój umysł
Poddaję teraz pod władzę twojego,
Byś nim kierował, jako mój małżonek,
Przewodnik i pan. Ja i wszystko moje
Należy odtąd do ciebie i twoich.
Przed chwilą jeszcze byłam właścicielką
Tego pałacu, panią moich ludzi,
Królową siebie samej: w tej zaś chwili
Dom mój, i słudzy moi, i ja sama
Jestem własnością twoją. Przyjm nas, panie,
Wraz z tym pierścieniem: jeżeli go zgubisz,
Darujesz komu, lub w jakibądź sposób
Z nim się rozłączysz, będzie to wskazówką,
Że miłość twa ostygła i powodem
Dla mnie do skargi na twoją niewiarę.
Bassanio. Pani, odjęłaś mi mowę; krew tylko
Z tętn mego serca przemawia do ciebie:
Takie jest w moich władzach zamięszanie,
Jakie po pięknie powiedzianej mowie
Ukochanego monarchy panuje
W kole radośnie gwarzących słuchaczy;
Kędy głos każdy krzyżując się z drugim,
Zlewa się w jeden chaos uniesienia,

Wyrażonego lub niemego. Ale
Jeśli ten pierścień kiedybądź uczyni
Rozdział z tym palcem, to wtedy i życie
Uczyni rozdział z tą piersią; o, wtedy
Powiedz stanowczo: Bassanio nie żyje.
Neryssa. Wybaczcie państwo, teraz kolej na nas,
Cośmy tu stali i byli świadkami
Spełnienia naszych życzeń, na nas kolej
Zabrać głos teraz i wykrzyknąć: wiwat!
Wiwat pan młody! wiwat panna młoda!
Gracyano. Signor Bassanio i ty, cna signoro!
Życzę wam wszelkich pociech, jakich sobie
Życzyć możecie; nie przypuszczam bowiem,
Abyście sobie mogli tego życzyć,
Iżbym takowych ja był pozbawiony.
Skoro zaś macie uroczyście święcić
Zakład wzajemnej wiary, toż pozwólcie
I mnie współcześnie zostać oblubieńcem.
Bassanio. I owszem, tylko sobie znajdź wprzód żonę.
Gracyano. Jużem ją sobie znalazł, z waszej łaski.
Wzrok mój w chyżości równa się waszemu:
Signor ujrzałeś panię, a ja pannę;
Zakochałeś się i ja zakochałem.
Bo powolnością nie grzeszę, podobnie
Jak mój łaskawy pan. Los twój, signore,
Zależał od tych tajemniczych skrzynek,
I mój też, jak się w skutku okazało.
Czyniąc tu bowiem moje oświadczenia
Tak, żem aż spotniał, i zaprzysięgając,
Moje afekta tak, że mi od zaklęć
Aż podniebienie wyschło, otrzymałem
Od tej piękności wkońcu przyrzeczenie,
Jeżeli się na przyrzeczeniach kończy,
Że mi swe serce odda, skoro tylko
Szczęście uczyni cię, signore, panem
Ręki jej pani.

Porcya. Prawdaż to, Nerysso?
Neryssa. Tak, pani, jeśli pani to potwierdzisz.
Bassanio. Myśliszże o tem na seryo, Gracyano?
Gracyano. Jak najseryożniej.
Bassanio. Związek wasz uświetni
Nasze wesele.
Gracyano do Neryssy. Założym się z nimi
O tysiąc dusiów, komu się urodzi
Pierwszy sukcesor.
Neryssa. I położym stawkę?
Gracyano. Nie, raczej z sobą to uczynim. Ale
Któżto się zbliża? Lorenc z swą poganką.
Ho! i mój stary przyjaciel Saleryo.

Wchodzą: Lorenco, Jessyka i Saleryo.

Bassanio. Lorenc, Saleryo, witam was, o ile
Wolno mi witać was gośćmi w tym domu,
W którym tak jeszcze młode mam znaczenie.
Pozwól mi, droga Pcrcyo, gośćmi nazwać
Moich przyjaciół i współziomków.
Porcya. Z serca
Mienię ich temże nazwiskiem i witam.
Lorenco. Dzięki ci, pani. Co do mnie, signore,
Nie zamierzałem przyjść cię tu odwiedzić,
Ale Saleryo, którego przypadkiem
W drodze spotkałem, zawezwał mię w sposób,
Żadnej odmowy nie przypuszczający,
Abym mu tutaj towarzyszył.
Saleryo. Tak jest,
I uczyniłem to nie bez powodu.
Signor Antonio pozdrawia cię, panie.
Tym listem.

Oddaje list Bassaniowi.

Bassanio. Zanim go rozpieczętuję,
Powiedz, jak się ma ten zacny przyjaciel?
Saleryo. Nie jest on chory, prócz chyba na duszy;
Ani zdrów, chyba na duszy. W tym liście
Znajdziesz, signore, stan jego skreślony.

Gracyano. Nerysso, bądź uprzejmą dla tych panów;
Podejm ich wdzięcznie. Daj rękę, Saleryo!
Cóż tam w Wenecyi słychać? Jak się miewa
Poczciwy nasz Antonio, ten król kupców?
Wiem, jak go nasza pomyślność ucieszy:
Myśmy Jazony, co zdobyli runo.
Saleryo. Bogdaj to runo, które on utracił!
Porcya. Musi ten papier kryć coś bardzo złego,
Kiedy tak spędził barwę z lic Bassania.
Zapewne umarł ktoś mu drogi: cóżby
Bowiem innego mogło tak dalece
Zmienić człowieka silnego na duchu?
Coraz to gorzej. Wybacz mi, Bassanio,
Jam twa połowa i mnie więc dotyczy
Połowa tego, co ten list zawiera.
Bassanio. O, Porcyo! nigdy jeszcze mniej przyjazna
Wieść nie splamiła papieru. Najmilsza!
Gdym po raz pierwszy oświadczył ci miłość,
Wręcz ci wyznałem, że całem mem mieniem
Jest krew szlachetna, co w mych żyłach płynie.
Wtedy mówiłem prawdę, ale teraz
Dowiesz się, pani, jak chełpliwy byłem
Ceniąc majątek mój z niczem na równi.
Zamiast powiedzieć, że nic nie posiadam,
Właściwie trzeba mi było powiedzieć,
Że mam mniej jeszcze niż nic, bom zaciągnął
Dług u drogiego przyjaciela; ten zaś,
Aby mi pomódz, zadłużył się swemu
Najzawziętszemu nieprzyjacielowi.
List ten, o pani, jest, wyobraź sobie,
Jakoby ciałem mego przyjaciela,
A każdy wyraz w nim, jakoby raną,
Którą ucieka życie. Czy być może?
Saleryo, prawdaż to? Wszystkie widoki,
Jakie miał, spełzły? nic nie dopisało?
Żadenże okręt z Trypolis, Meksyku,

Anglii, Lisbony, Barberyi i Indyi,
Nieszczęśliwego nie uniknął starcia
Z rozbójniczemi skały?
Saleryo. Ani jeden.
A potem, choćby miał sumę potrzebną
Do spłaty żyda, tenby jej zapewne
Teraz nie przyjął. Nie widziałem jeszcze
Stworzenia, ludzką noszącego postać,
Któreby było tak chciwie zażarte
Na zgubę ludzką. Dzień i noc się wiesza
Przy uszach doży, prawi o zgwałceniu
Publicznych swobód, jeśli mu odmówią
Sprawiedliwości. Ze dwudziestu kupców,
Sam doża nawet i najznakomitsi
Senatorowi starali się jego
Upór przełamać, ale nadaremnie:
Wciąż się domaga zadośćuczynienia
Z mocy obligu i praw mu służących.
Jessyka. Gdym jeszcze była u niego, słyszałam,
Tak się klął przed Tubalem i przed Chusem,
Współwyznawcami swoimi, że woli
Ciało Antonia, niż dwadzieścia razy
Wziętą tę sumę, jaką ma u niego;
I pewna jestem, że jeżeli prawo,
Władza i siła nie przeszkodzą temu,
Z biednym Antoniem źle się skończy.
Porcya. Wasz-li
Blizki przyjaciel w takim jest kłopocie?
Bassanio. Najdroższy mój przyjaciel, najpoczciwszy,
Niespracowany w uczynności człowiek,
W którym się rzymska starożytna cnota
Przebija bardziej, niż w kimbądź we Włoszech.
Porcya. Jakąż on sumę winien jest żydowi?
Bassanio. Trzy tysiące dukatów i to za mnie.
Porcya. Nie więcej? Wypłać mu te trzy tysiące
I podrzej oblig: podwój mu tę sumę,

I podwojoną zwiększ w trójnasób jeszcze,
Nimby tak zacny, szlachetny przyjaciel
Miał z twej przyczyny choćby włos utracić.
Pójdź teraz ze mną, luby, do kościoła,
Nazwij mię żoną, poczem nie zwlekając
Jednej godziny, pośpiesz do Wenecyi
Wydobyć z toni swego przyjaciela:
Bo nigdy serce twe z niespokojnością
Nie będzie biło obok mego. Dam ci
Potrzebną ilość złota na spłacenie
Tego małego długu w dwadzieściakroć;
A gdy go spłacisz, zabierz z sobą tego
Zacnego męża i przywieź tu do nas.
My we dwie będziem tu przez ten czas żyły
W stanie dziewiczym i wdowim. Pójdź, luby,
Bo pierwej muszą połączyć nas śluby.
Bądź wesół; otwórz gościom nasze progi,
Drogoś mi przyszedł, będziesz mi więc drogi;
Ale przeczytaj mi, proszę, to pismo.

Bassanio czyta. Kochany Bassanio, wszystkie moje okręty zatonęły, moi wierzyciele zaczynają się srożyć, byt mój ze szczętem zrujnowany; obligu wystawionego żydowi termin ekspirował, a ponieważ spłacając go, niepodobna, abym żył, przeto wszelkie długi pomiędzy tobą a mną zostaną umorzone. Obym cię tylko mógł widzieć przed śmiercią! Zrób jednak, jak ci wypadnie: jeżeli cię serce nie skłoni do przybycia, nie sądź się do tego zniewolony tym listem.

Porcya. O, luby, porzuć wszystko i wyjeżdżaj!
Bassanio. Gdy ty mię naglisz, cóż mię wstrzymać może?
Lecz zanim nazad skieruję me kroki,
Żadne, bądź pewna, nie znęci mię łoże,
Żadna fatyga nie skusi do zwłoki. Wychodzą.



SCENA TRZECIA.
Jedna z ulic Wenecyi.
Wchodzą Szajlok, Antonio, Solanio i dozorca więzienia.

Szajlok. Dozorco, pilnuj go; nie pleć o względach,
Ten głupiec darmo borgował; powtarzam,
Pilnuj go.
Antonio. Słuchaj mię, dobry Szajloku.
Szajlok. Muszę mieć oblig zrealizowany;
Próżne gadanie: przysiągłem, że będę
Przy tem obstawał. Psem mię nazywałeś,
Nim miałeś powód do tego: ny, dobrze,
Kiedym pies, strzeżże się mych zębów. Doża
Jest sprawiedliwy. Dziwię się, dozorco,
Ślamazarności twojej: po co było
Wyjść z nim na miasto?
Antonio. Posłuchaj mię, proszę.
Szajlok. Nie chcę cię słuchać, chcę mieć to, co stoi
W twoim obligu; zatem nie psuj gęby.
Nie myślcie, żebym był takim ciemięgą,
Co spuszcza głowę, rozczula się, wzdycha,
I chrześcijańskim jękom słuch podaje.
Piecz! drwię z słów: chcę mieć to, co jest w obligu.

Wychodzi.

Solanio. To pies bez serca, jakiego egzemplarz
Pomiędzy ludźmi jeszcze się nie zdarzył.
Antonio. Niech sobie idzie; nie będę go więcej
Bezowocnemi nachodził prośbami.
On na me życie dybie i wiem za co:
Nierazem z jego pazurów wydobył
Dłużników, co się przedemną żalili:
Stąd jego do mnie nienawiść.
Solanio. Zapewne
Doża nie uzna ważności obligu.

Antonio. Doża nie może wstrzymać biegu prawa,
Bo naruszenie w czembądź pełnych swobód
Jakie w Wenecyi służą cudzoziemcom,
Osławiłoby sprawiedliwość państwa;
Na cudzoziemcach zaś wszelkich narodów
Polega handel i byt tego miasta.
Idźmy więc! niema już sposobu na to.
Smutki i straty tak mię wycieńczyły,
Że nie wiem, czy mi na jutro funt mięsa
Dla wierzyciela mego pozostanie.
Idźmy, dozorco. Dałby Bóg przynajmniej,
Żeby Bassanio był przy tem, jak będę
Płacił za niego; mniejsza mi o resztę. Wychodzi.



SCENA CZWARTA.
Belmont. Pokój w pałacu Porcyi.
Porcya, Neryssa, Lorenco, Jessyka i Baltazar.

Lorenco. Pani, jakkolwiek jesteś tu obecną,
Przecież nie waham się wyznać, że jesteś
Wzorem prawdziwie anielskiej dobroci;
Dowodem tego jest, że tak spokojnie
Znosisz małżonka oddalenie. Gdybyś
Wiedziała jednak, dla kogo je znosisz,
Jak poczciwego ratujesz człowieka,
Wtedy zaiste byłabyś dumniejszą,
Ze swego dzieła, niż zwyczajna dobroć
Może ci na to pozwalać.
Porcya. Nie było
Mi jeszcze nigdy żal dobrych uczynków,
A tem mniej teraz: bo współtowarzysze,
Co wszystkie chwile przepędzają razem,
Co spletli dusze w jeden węzeł bratni,
Muszą koniecznie także równe sobie
Rysy i umysł i cnoty posiadać.

Wnoszę stąd, że ten Antonio, tak drogi
Memu mężowi, musi być niechybnie
Pod każdym względem do niego podobny.
Jeśli zaś tak jest, jakże małoważnem
Jest to, com z mojej strony uczyniła,
Aby ten obraz duszy mej uchronić
Od piekielnego okrucieństwa. Ale
Ta gadanina trąci samochwalstwem:
Zatem dość tego, mówmy o czem innem.
Mości Lorenco, powierzam ci zarząd
Mojego domu, oraz gospodarstwo
Pod nieobecność mojego małżonka.
Co do mnie skrycie ślubowałam niebu,
Że w kontemplacyi i modłach żyć będę
Odosobniona, li tylko z Neryssą,
Do dnia powrotu obu naszych mężów.
O parę mil stąd znajduje się klasztor,
Tam się udamy. Proszę was uprzejmie,
Nie odmawiajcie mi podjąć się tego,
Czego życzliwość moja i zbieg zdarzeń
W tej chwili od was żąda.
Lorenco. Chętnie, pani,
Będęć posłuszny we wszystkiem, co każesz.
Porcya. Już moi ludzie wiedzą o mej woli,
I będą was tu z Jessyką uważać
Jako zastępców moich i Bassania.
Bądźcież mi zdrowi, nim znów się zobaczym.
Lorenco. Swobodne myśli i godziny błogie
Niech ci, o pani, towarzyszą!
Jessyka. Życzęć,
Łaskawa pani, wszelkich pociech serca.
Porcya. Z podziękowaniem zwracam wam życzenie
Tegoż samego. Bądź zdrowa, Jessyko.

Wychodzą Lorenco i JeSsyka.

No, Baltazarze, zawszem do tej pory
Znajdowała cię wiernym i poczciwym,

Niechże cię takim znajdę i tym razem.
Weź ten list i co tylko sił ci stanie,
Spiesz z nim do Padwy; oddasz go do własnych
Rąk mego wuja, doktora Belaryo.
A odebrawszy od niego papiery
I suknie, które mi przez ciebie prześle,
Najpierwszym statkiem, jaki się nastręczy,
Odpłyniesz z nimi do Wenecyi. Nie trać
Czasu na słowach, idź: ja wprzód tam będę.
Baltazar. Spieszę, o pani, z całą skwapliwością.

Wychodzi.

Porcya. Mam pewien projekt, Nerysso, o którym
Nic jeszcze nie wiesz; ujrzym naszych mężów
Prędzej, niż myślą.
Neryssa. I oni nas także?
Porcya. Ujrzą nas, ale ujrzą w takim stroju,
Że nam przypiszą posiadanie tego,
Na czem nam zbywa. Założę się z tobą,
O co chcesz, że gdy obie się przebierzem
Za młodych ludzi, ja wydam się większym
Zuchem od ciebie; nosić będę szpadę
Z bardziej rycerską gracyą i przemawiać
W alt wpadającym, dyszkantowym głosem.
Jak chłopiec, kiedy przechodzi w wyrostka;
Z dwóch drobnych kroczków robić będę jeden,
Prawdziwie męski; jak młody junaka
Rozprawiać będę o bójkach i burdach,
I zgrabnie kłamać, jak to o mą miłość
Dystyngowane starały się damy,
A gdym takowej im odmówił, jak się
Martwiły srodze, schły i umierały:
Nie mogłem przecie starczyć wszystkim. Poczem
Żałować będę i prawić, że jednak
Nie powinienem był tak ich zabijać;
I tym podobnych niewinnych kłamstw sypać
Będę bez liku, tak, że słuchający

Przysięgną, żem już od roku z klas wyszedł.
Mam ich już cały repertuar w głowie.
Neryssa. Mamyż postacie męskie na się przyjąć?
Porcya. Co za pytanie! Fe, tak się wyrażasz,
Jak gdybyś miała być tłumaczem prawa.
Pójdź bliżej, cały plan mój ci opowiem,
Siedząc w powozie, który czeka na nas
Przed bramą parku. Nie traćmy więc chwil,
Bo mamy odbyć dziś dwadzieścia mil. Wychodzą.



SCENA PIĄTA.
Tamże. Ogród.
Lancelot i Jessyka.

Lancelot. Tak, zaprawdę; bo to, widzicie pani Jessyko, grzechy ojców mają być karane na dzieciach; dlatego wierzajcie mi, że się o was frasuję. Zawszem był prostoduszny z wami, pani Jessyko; to też i teraz oświadczam wam bez przegródki moją alitacyą z waszego powodu. Dlatego me traćcie serca, bo po prawdzie, widzi mi się, żeście skazaną na potępienie. Jedna tylko zostaje wam otucha, choć po prawdzie jestto rodzaj niegodziwej otuchy.
Jessyka. Jakaż to otucha?
Lancelot. Możecie poniekąd tuszyć sobie, że nie wasz ojciec dał wam życie; że nie jesteście córką tego życia.
Jessyka. Byłby to w istocie rodzaj niegodziwej otuchy; w takim razie byłabym karaną za grzechy mojej matki.
Lancelot. Zaprawdęć tak: boję się dlatego, czy nie będziecie potępioną zarówno z powodu ojca, jak i matki. Uniknąwszy deszczu, to jest waszego ojca, trafiam pod rynnę, to jest waszą matkę. Niema rady, skądkolwiek wziąć, czeka was zguba.
Jessyka. Będę zbawiona z łaski mego męża; przez niego zostałam chrześcijanką.
Lancelot. Zaprawdę, nie można mu tego mieć za dobre. Było nas chrześcijan dość i wprzódy, akurat tyle, coby wyżyć jedni przy drugich. To mnożenie chrześcijan podniesie cenę wieprzowiny. Jak wszyscy zaczniemy jeść świńskie mięso, to wkrótce człowiek za swoje pieniądze ani kawałka szperki do rynki nie dostanie.

Wchodzi Lorenco.

Jessyka. Mój mąż nadchodzi: zaraz mu powtórzę to, coś mówił, Lancelocie.
Lorenco. Wzbudzisz we mnie zazdrość, Lancelocie, jak się tak będziesz słaniał po kątach z moją żoną.
Jessyka. Nie masz się czego obawiać, mój Lorenco. Lancelot zerwał ze mną. Powiedział mi wręcz, że niebo jest dla mnie zamknięte, bo jestem córką żydowską, i utrzymuje o tobie, że nie jesteś dobrym członkiem społeczeństwa, bo nawracając żydów do chrześcijaństwa, podnosisz przez to cenę mięsa świńskiego.
Lorenco. Potrafię się z tego przed społeczeństwem lepiej usprawiedliwić, niż ty z twoich sprawek z murzynką.
Lancelot. Że w braku białej rzodkwi pożywiam się i czarną, tegoć mi za grzech poczytać nie można; nie jestci to zakazany owoc. Dobra zresztą i murzynka, kiedy nie sparciała.
Lorenco. Jak też to lada półgłówek ma gotową odpowiedź. Wkrótce przyjdzie do tego, że prawdziwy dowcip będzie się najlepiej objawiał przez milczenie, a szermowanie gębą zalecać będzie tylko papugi. Idź waść i powiedz, żeby przygotowano do obiadu.
Lancelot. Już się to stało, panie: brzuchy są już przygotowane.
Lorenco. Patrzcie, co za koncepcista! Powiedzże tedy, żeby przygotowano obiad.
Lancelot. I to się już stało; idzie tylko o zastawienie.
Lorenco. To go zastaw.
Lancelot. Ja zaś? Nie, panie: wolałbym suknię zastawić, niż obiad.
Lorenco. Znowu dwuznacznik! Chceszże od razu wydać cały zasób swego dowcipu? Jam prostomówny człowiek, bierz więc wprost moje wyrazy. Idź do swoich kolegów, każ im nakryć do stołu i przynieść jadło, zaraz przyjdziemy na obiad.
Lancelot. Stół, panie, będzie nakryty, jadło przyniesione, co się zaś tyczy waszego przyjścia na obiad, to jest dependentem waszych wól i humorów.

Wychodzi.

Lorenco. Święty rozsądku, co tu słów daremnych!
Ten cymbał wraził sobie w pamięć całą
Armię konceptów. Znamci niejednego
Półgłówka, wyżej niż ten stojącego,
Co się nastrzępia jak on i poświęca
Rzecz grze wyrazów. Cóż myślisz, Jessyko?
Jak ci się żona Bassania podoba?
Jessyka. Bardziej, niż mogę wyrazić. Bassanio
Powinien bardzo przykładne wieść życie,
Gdy go los taką małżonką obdarzył,
W której znajduje raj już tu na ziemi;
Jeśliby tego raju nie oceniał,
Nie wartby dostać się do niebieskiego.
Gdyby dwóch niebian zapragnęło sobie
Do pary dobrać dwie równe ziemianki,
I Porcya była stawioną na jednej
Z dwóch szal, do drugiej wypadłoby dodać
Coś więcej jeszcze dla zrównoważenia,
Bo ten ubogi, ułomny świat nie ma
Drugiej podobnej.

Lorenco. Jaką on w niej żonę,
Takiego męża ty posiadasz we mnie.
Jessyka. O to byś mnie się też powinien spytać.
Lorenco. Zapewne, tylko wprzód idźmy na obiad.
Jessyka. Wolę cię chwalić, gdym przy apetycie.
Lorenco. Proszę cię, schowaj to na pogadankę
W czasie obiadu; co bądź wtedy powiesz,
Z czem innem prędzej strawić to potrafię.
Jessyka. Zobaczysz, jakie ci sypnę pochwały.

Wychodzą.

AKT CZWARTY.

SCENA PIERWSZA.
Wenecya. Sala sądowa.
Wchodzą: Doża, Senatorowie, Antonio, Bassanio, Gracyano, Salarino, Solanio i inne osoby.

Doża. Jest tu Antonio?
Antonio. Jestem.
Doża. Żal mi ciebie:
Masz do czynienia z twardym przeciwnikiem,
Z srogim niecnotą, w którym niema iskry
Litości ani ludzkości.
Antonio. Słyszałem,
Że się go Wasza Wysokość starała
Ująć i zmiękczyć wszelkimi sposoby.
Ponieważ jednak obstaje przy swojem
I żaden prawny nie może mnie środek
Od zawziętości jego zabezpieczyć,
Stawiam więc spokój przeciw jego złości,
I gotów jestem z całą rezygnacyą
Poddać się skutkom jego barbarzyństwa.

Doża. Niech tam kto idzie przyzwać tego żyda.
Solanio. Stoi on u drzwi, panie, oto idzie.

Wchodzi Szajlok.

Doża. Zejdźcie mu z drogi, niech stanie przed nami.
Szajloku, wszyscy sądzą i ja myślę,
Że tę pozorną złośliwość posuwasz
Tylko do chwili jej wywarcia; gdy zaś
Przyjdzie ją wywrzeć, okażesz łagodność
I zmiłowanie, w wyższym jeszcze stopniu,
Niż to udane okrucieństwo. Zamiast
Poszukiwania swej należytości
Na ciele tego nieszczęsnego kupca,
Nie tylko, tuszym, karę tę umorzysz,
Ale co więcej, przejęty ludzkością,
Darujesz nawet połowę waluty,
Przez wzgląd na straty, jakie świeżo poniósł;
Straty tak wielkie, że byłyby zdolne
Ze szczętem przygnieść króla wszystkich kupców,
Oraz współczucie wzbudzić nawet w sercach
Twardych jak krzemień, w piersiach kutych z miedzi,
W dzikich Tatarach i Turkach, co nigdy
Żadnej czułości nie znali przystępu.
Żydzie, czekamy na twoją odpowiedź
I spodziewamy się wszyscy łagodnej.
Szajlok. Jużem oznajmił Waszej Wysokości
Stały mój zamiar; poprzysiągłem w szabas,
Że będę żądał, co mi się należy
Z mocy obligu; jeślibym w tej mierze
Sprawiedliwości nie uzyskał, niechaj
Odpowiedzialność cięży na swobodach
I przywilejach tego miasta. Może
Wasza Wysokość zapyta, dlaczego
Wolę wziąć marny funt mięsa, niż przyjąć
Zwrot mych dukatów? Na to nie odpowiem.
Przypuśćmy jednak, że to kaprys; stanież
To za odpowiedź? Gdybym, mając w domu

Szczura, co broi, chciał dać trzy tysiące
Dukatów za to, żeby go się pozbyć?
Nie stanież jeszcze i to za odpowiedź?
Są, co nie mogą znieść kwiku prosięcia;
Innych w szaleństwo wprawia widok kota;
Są znowu tacy, którym nerwy miękną,
Skoro usłyszą głos kobziego nosa;
Wrażliwość bowiem, pani wszelkich wzruszeń,
Kieruje nimi wedle tego, co jej
Mile przypada albo odraźliwie.
Moja odpowiedź tak brzmi zatem: Jako
Nie można znaleść słusznego powodu,
Dlaczego jednych razi kwik prosięcia,
Tych widok kota, bestyi tak niewinnej,
A tamtych odgłos dud wydętych; wszakże
Tak ci, jak owi, mimowolnie muszą
Ściągać na siebie zarzut, że zostawszy
Obrażonymi, wzajem obrażają:
Tak samo i ja, oprócz pewnej ansy
I wstrętu, jaki czuję do Antonia,
Ani znam ani chcę naznaczyć powód,
Dlaczego z własnym uszczerbkiem dochodzę
Praw moich na nim. Dałżem już odpowiedź?
Bassanio. To nie odpowiedź, człowieku bez serca;
Nie zdoła ona okrucieństwa twego
Usprawiedliwić.
Szajlok. Nie mam obowiązku
Zadowalania was mą odpowiedzią.
Bassanio. Mamyż zabijać to, czego nie lubim?
Szajlok. Któżby oszczędzał to, co nienawidzi?
Bassanio. Obraza racyąż jest do nienawiści?
Szajlok. Dacież się żmii po dwakroć ukąsić?
Antonio. Daj pokój; pomnij, że masz sprawę z żydem.
Mógłbyś zarówno z morskiego wybrzeża
Kazać ustąpić pieniącej się fali;
Mógłbyś zarówno prawować się z wilkiem,

Słysząc bęczącą za jagnięciem owcę;
Mógłbyś zarówno wzbronić sosnom w górach
Wyniosłe czoła uginać i szumieć,
Gdy niemi wicher gwałtowny szamoce;
Słowem, najcięższe chcieć złamać trudności,
Jak usiłować wzruszyć jego twarde,
Żydowskie serce. Szlachetni panowie,
Nie proponujcie mu niczego więcej;
Nie przedsiębierzcie żadnych dalszych kroków,
Lecz pozostawcie bieg zwyczajny prawu,
A jemu wolność czynienia co zechce.
Bassanio. Za trzy tysiące dajęć sześć tysięcy
Dukatów.
Szajlok. Choćbyś każdy z tych dukatów
Podzielił na trzy części, i chociażby
Każda z tych części dukatem się stała,
Nie przyjąłbym ich i żądałbym tego,
Co wyrażone w obligu.
Doża. Jak możesz
Liczyć na względy, kiedy sam ich nie masz?
Szajlok. Za cóżbym miał się obawiać wyroku,
Gdy nic nie czynię niesprawiedliwego?
Macie niemało płatnych niewolników,
Których na równi z osłami i psami
Do jak najniższych posług używacie,
Dlatego, żeście ich kupili. Gdybym
Ozwał się do was: powróćcie im wolność,
Przyjmcie ich w grono swej rodziny; po co
Wkładacie na nich tak wielkie ciężary?
Niech mają łoża tak miękkie jak wasze,
I strawę równie wykwintną jak wasza.
Wy odpowiecie: »toż ci niewolnicy
Są przecie naszą własnością;« podobnież
Ja odpowiadam: ten marny funt mięsa,
Którego żądam, moją jest własnością;
Drogom go kupił i chcę go posiadać:

Jeśli mi tego odmówicie, hańba
Waszemu prawu! Ustawy Wenecyi
Są czczą literą, mocy nie mającą.
Czekam na wyrok; usłyszęż go dzisiaj?
Doża. Z mocy urzędu odroczym na później
To posiedzenie, jeżeli Bellaryo,
Uczony doktor, którego wezwałem
O rozpoznanie przedmiotu tej sprawy,
Dziś nie przybędzie.
Salarino. Panie, tam za drzwiami
Stoi posłaniec z listem od doktora,
Świeżo: przybyły z Padwy.
Doża. Niechaj wnijdzie.
Bassanio. Śmiało, Antonio! Nie trać serca: oddana
Krew mą żydowi, ciało, kości, wszystko,
Nim za mnie jedną kroplę krwi uronisz.
Antonio. Jak zarażony skop z całego stada
Najstosowniejszy jestem na śmierć, bracie;
Najsłabszy owoc najpierw spada z drzewa,
Niechże i ze mną stanie się podobnież.
Nie żądam innej przysługi od ciebie,
Drogi Bassanio, jak żebyś żył dalej
I mnie położył nagrobek.

Wchodzi Neryssa przebrana za dependenta.

Doża. Czy z Padwy jesteś, z ramienia Bellarya?
Neryssa. Z obojga tego. Bellaryo pozdrawia
Waszą Wysokość; oto list od niego.

Oddaje list Doży.

Bassanio. Po co nóż ostrzysz z taką skwapliwością?
Szajlok. Żeby nim wyrżnąć dług z tego bankruta.
Gracyano. Na sercu swojem wecuj go, poczwaro,
Nie na podeszwie, prędzej go naostrzysz;
Lecz żaden metal, żaden topór kata
Nie może ani w części tak być ostry
Jak twoje zęby. Nicże cię nie wzruszy?
Szajlok. Nie z tego, coby dowcip twój wynalazł.

Gracyano. Niechże cię piekło schłonie, psie kamienny,
I niech za twoje życie sprawiedliwość
Odpowiedzialną będzie! Ty mnie z moją
Wiarą poróżniasz: nieledwiebym gotów
Podzielić zdanie Pitagoresowe,
Że dusze zwierząt w kadłub ludzki włażą.
Twój duch sobaczy siedział niegdyś w wilku,
Z którego, kiedy został powieszony,
Za zżarcie kogoś, wyszła czarna dusza
I w ciebie przeszła, kiedyś jeszcze leżał
W bezecnem łonie matki: wilcze bowiem
Są twoje żądze, krwawe i drapieżne.
Szajlok. Póki nie zdołasz swymi wykrzykami
Zatrzeć podpisu w skrypcie, póty nimi
Daremnie sobie płuca tylko psujesz.
Wzmocnij podpórką swój dowcip, mój panie,
Bo się obali. Stoim wobec sądu.
Doża. Poleca nam tu Bellaryo jakiegoś
Bardzo biegłego, młodego doktora.
Gdzież on jest?
Neryssa. Czeka w poblizkości, panie,
Rychłoli raczysz mu dozwolić wstępu.
Doża. Niech dwóch z was pójdzie natychmiast po niego
I jak najgrzeczniej wwiedzie go do sali:
Pisarz tymczasem przeczyta sądowi
Pismo Bellarya.

Pisarz czyta. »Waszej Wysokości pośpieszam oznajmić, że list jej zastał mię złożonego ciężką niemocą; ale w chwili przybycia jej posłańca miałem właśnie gościem u siebie młodego doktora z Rzymu, nazwiskiem Baltazara. Wyłuszczyłem mu całą treść sporu między żydem a kupcem Antoniem; przewertowaliśmy z sobą ksiąg niemało; wynurzyłem mu moje zdanie, które on, uzupełniwszy własnem światłem (przechodzącem wszelką pochwałę) na moją prośbę podjął się w sądzie otworzyć, dla uczynienia zadość Waszej Wysokości, w mojem zastępstwie. Upraszam jak najmocniej, ażeby brak lat nie stał się dlań powodem braku należnego poszanowania, bom jeszcze nie znał tak starej głowy przy tak młodem ciele. Poruczam go łaskawym względom Waszej Wysokości: on sam zresztą najlepiej się zaleci.«

Doża. Słyszycie, co nam ten światły mąż pisze.
A oto, zda mi się i sam ów doktor.

Wchodzi Porcya przebrana za jurystę.

Podaj mi waćpan rękę; od Bellarya
Jesteś przysłany?
Porcya. Nie inaczej, panie;
Od niego.
Doża. Witaj nam i zajmij miejsce:
Jestżeś pan świadom nieporozumienia,
Jakie obecnie sąd nasz ma rozstrzygać?
Poroya. Dokładnie jestem poinformowany
O całej sprawie. Gdzie tu jest ów kupiec
I ów żyd?
Doża. Zbliż się, Antonio, Szajloku.
Porcya. Nazwisko wasze Szajlok?
Szajlok. Szajlok zwę się.
Porcya. Dziwnej natury jest wasze powództwo;
Lecz w takiej formie, że weneckie prawa
W niczem ci stawić zarzutu nie mogą.

Do Antonia.

Wyżto jesteście przezeń zagrożeni?
Tak, czy nie?
Antonio. Tak jest, sądząc z jego mowy.
Porcya. Czy oblig za swój uznajecie?
Antonio. Tak jest.
Porcya. Trzeba więc, aby Szajlok był łaskawym.
Szajlok. Co mię do tego znagli, chciałbym wiedzieć?
Porcya. Łaska nic nie ma wspólnego z przymusem,
Jak deszcz ożywczy z nieba spływa ona
Z swych wysokości na ziemię; podwakroć

Błogosławiona: błogosławi bowiem
Tego, co daje i tego, co bierze.
Tem potężniejsza, im z potężniejszego
Płynie ramienia, przyozdabia ona
Władcę na tronie bardziej niż korona.
Berło oznacza moc światowej władzy:
Jest ono godłem czci i majestatu,
W którym ukryty postrach winnych siedzi;
Lecz łaska wyższą jest nad rządy berła,
Zajmuje ona tron w sercu monarchy,
Wzniosłym udziałem jest samego Bóstwa;
I ziemska władza najbardziej się wtedy
Zbliża do boskiej, gdy jej łaska idzie
Z sprawiedliwością w parze. Zważ więc, żydzie,
Skoro domagasz się sprawiedliwości,
Że sprawiedliwie rzeczy biorąc, nikt z nas
Nie byłby zbawion. Modlim się o łaskę;
Ta więc modlitwa powinna nas uczyć
Świadczenia łaski. Rozwiodłem się tyle,
By sprawiedliwość żądań twych złagodzić;
Trwaćli w nich będziesz, surowa ta izba
Będzie musiała naturalnie wydać
Wyrok na stronę kupca niekorzystny.
Szajlok. Za czyny moje sam odpowiem. Żądam
Uznania słusznych praw moich i kary
W obligu zastrzeżonej.
Porcya.  Czy Antonio
Nie jest w możności spłacenia waluty?
Bassanio. I owszem: kładłem mu ją tu przed sądem,
W dwójnasób nawet; jeśli to za mało,
Zobowiązałem się wyliczyć sumę
Dziesięćkroć większą i w zastaw dać ręce,
Głowę i serce. Gdy mu i to niedość,
Najoczywistszy stąd wypływa dowód,
Że złość przeważa w nim nawet interes.
O, mój doktorze, zaklinam cię, nagnij

Jako tam prawo: wyrządź małą krzywdę,
Aby wykonać wielki czyn słuszności,
I ujmij w kluby wolę tego dyabła.
Porcya. To być nie może: żadna moc w Wenecyi
Nie zdoła zmienić ustaw istniejących;
Posłużyłoby to za prejudykat
I błąd niejeden wkradłby się do państwa
Za tym przykładem. Nie: to być nie może.
Szajlok. Daniel to przyszedł sądzić, istny Daniel!
Jakże cię wielbię, mądry, młody sędzio!
Porcya. Proszę, pozwólcie mi przejrzeć ten oblig.
Szajlok. Oto jest, oto jest, zacny doktorze.
Porcya. Szajloku, dająć w trójnasób walutę.
Szajlok. Przysiągłem, panie doktorze, przysiągłem;
Przysięga moja zapisana w niebie:
Mamże samochcąc duszę mą obciążać
Krzywoprzysięstwem? Za całą Wenecyę
Nie zrobię tego.
Porcya. Hm! termin chybiony,
Prawnie więc może się na mocy tego
Szajlok domagać wolności wyrżnięcia
Temu kupcowi funta ciała w miejscu
Serca poblizkiem. Bądźże miłosierny!
Przyjmij w trójnasób należną ci sumę;
Pozwól mi zniszczyć ten oblig.
Szajlok. Jeżeli
Będzie spłacony wedle brzmienia swego.
Jesteście, panie, pełnym szlachetności,
To rzecz widoczna; znacie biegle prawo;
Indukcya wasza była arcytrafna:
Wzywam was przeto w imię tego prawa,
Którego chlubnym jesteście filarem,
Byście swe zdanie wynurzyli. Klnę się
Na duszę moją, że żaden głos ludzki
Nie zdoła wymódz na mnie ustąpienia:
Obstaję przy tem, co stoi w obligu.

Antonio. Racz, sądzie, wydać wyrok; proszę o to.
Porcya. Waćpanu zatem pozostaje tylko
Bok swój pod cięcie noża przygotować.
Szajlok. O, godny sędzio! O, walny młodzieńcze!
Porcya. Myśl bowiem prawa i brzmienie zostaje
W zupełnej zgodzie z karą, jakiej wedle
Tego obligu wypada ci uledz.
Szajlok. Słusznie? o, mądry i sumienny sędzio!
Jak wiele starszym jesteś, niż wyglądasz.
Porcya. Dlatego obnaż bok.
Szajlok. Pierś, mości sędzio,
Tak mówi oblig — nieprawdaż, cny sędzio?
Tuż obok serca — wyraźnie tam stoi.
Porcya. W istocie, stoi tak. Sąż tu gdzie szale
Do odważenia mięsa?
Szajlok. Mam je z sobą.
Porcya. Sprowadź, Szajloku, na swój koszt felczera,
Aby zapobiegł ujściu krwi.
Szajlok. Felczera?
Czy jest w obligu o tem jaka wzmianka?
Porcya. Niema jej wprawdzie, ale cóż to znaczy?
Przez ludzkość byś to uczynić powinien.
Szajlok. Gdzie jej tam szukać; nie ma jej w obligu.
Porcya. Kupcze, masz waćpan co do powiedzenia?
Antonio. Mało co; jestem już zrezygnowany
I w pogotowiu. Daj rękę, Bassanio;
Bądź zdrów! nie smuć się, że mię to spotyka
Z twojej przyczyny, bo los się tym razem
Bardziej uprzejmym, niż zwykł, okazuje.
Zawsze on prawie każe podupadłym
Przeżyć swe mienie; z zapadłemi oczy,
Z czołem zmarszczkami pooranem patrzeć
Na nędzną starość; mnie on od ciężaru
Tej długotrwałej uwalnia pokuty.
Poleć mię swojej szanownej małżonce;
Skreśl jej ostatnie moje chwile; powiedz,

Jak cię kochałem; wspomnij o mnie dobrze:
A gdy jej wszystko powiesz, niech osądzi,
Czyś nie miał kogoś, co cię szczerze kochał.
Nie żałuj, że masz stracić przyjaciela,
I jemu nie żal, że dług za cię płaci:
Bo niech żyd tylko trochę głębiej weźmie,
Natychmiast całem zapłacę go sercem.
Bassanio. Antonio, jestem małżonkiem kobiety,
Która mi drogą jest jak życie; ale
Życie i żona i świat cały nie ma
Wyższej w mych oczach ceny niż twe życie.
Wszystkobym oddał, wszystkiego się wyrzekł,
Aby cię wyrwać z rąk tego szatana.
Porcya. Żona waćpana nie bardzo by pewnie
Była mu wdzięczna za tę abnegacyę,
Gdyby tu była obecna.
Gracyano. Mam żonę,
Którą, na honor, kocham niepoślednio:
Radbym atoli, żeby była w niebie.
Boby tam przecię mogła jakoś wpłynąć
Na umysł tego psubratniego żyda.
Neryssa. Dobrze pan czynisz, że tę chęć wynurzasz
Za jej oczyma, boby ten jej objaw
Łatwo domowy pokój mógł zakłócić.
Szajlok do siebie. Tacy to ci mężowie chrześcijańscy!
Wołałbym, żeby mężem mojej córki
Był kto z plemienia Barabaszowego,
Nie chrześcijanin. Głośno.
Czas upływa: proszę
O ostateczne wydanie wyroku.
Porcya. Funt mięsa tego kupca jest twą właścią;
Sąd go przysądza, prawo ci przyznaje.
Szajlok. O, sędzio, pełen prawości!
Porcya. Masz wolność
Wykrojenia mu tego mięsa z piersi;
Prawo przyznaje, sąd ci to przysądza.

Szajlok. O, światły sędzio! — Pójdź: wyrok wydany.
Porcya. Zaczekaj: jest tu jeszcze jedna kwestya:
W skrypcie tym niema o krwi ani wzmianki.
Jak najwyraźniej w nim stoi: funt mięsa;
Weźże ty skrypt swój, a ty swój funt mięsa:
Jeżeli jednak rżnąc takowe, żydzie,
Krwi chrześcijańskiej choć kroplę przelejesz,
Wszelkie twe mienie, wedle praw weneckich,
Skonfiskowane będzie na rzecz państwa.
Gracyano. O, sprawiedliwy sędzio! — Słyszysz, żydzie?
O, mądry sędzio!
Szajlok. Czy prawo tak mówi?
Porcya. Mogę ci zaraz pokazać artykuł.
Skoro ci idzie tak o sprawiedliwość,
To sprawiedliwość będzie wymierzoną
Bardziej, niż sobie tego życzysz nawet.
Gracyano. O, światły sędzio! To mi światły sędzia!
Nieprawdaż, żydzie?
Szajlok. Ny, to już przestaję
Na gotowiźnie: wyliczcie mi tylko
Sumę w trójnasób, a skwituję kupca.
Bassanio. Oto pieniądze.
Porcya. Zaraz, nie tak skoro!
Trzeba żydowi temu sprawiedliwość
Ściśle wymierzyć: dostanie jedynie
Sztrof przynależny, nic więcej.
Gracyano. O, żydzie!
Co to za prawy, co za światły sędzia!
Porcya. Gotuj się zatem rżnąć mięso: nie przelej
Krwi ani kropli; pomnij też nie wyrżnąć
Ani mniej, ani więcej niż funt spełna;
Bo gdybyś wyrżnął mniej lub więcej trochę,
Niż funt okrągły, gdyby niedowyżka
Albo przewyżka miała, ściśle biorąc,
Być o dwudziestą część skrupułu lżejszą
Lub cięższą; gdyby się różniły szale

Chociażby tylko o szerokość włosa:
Umrzesz, i mienie twe pójdzie w sekwester.
Gracyano. To drugi Daniel, żydzie! istny Daniel!
Ha, poganinie, trzymamy cię w garści.
Porcya. Cóż go wstrzymuje? Bierzże swój sztrof, żydzie.
Szajlok. Zwróćcie walutę i dajcie mi pokój.
Porcya. Zrzekłeś się onej w obec sądu, zaczem
Otrzymasz tylko sztrof prawnie należny.
Gracyano. Daniel to! drugi Daniel! istny Daniel!
Jakże ci za to jestem wdzięczny, żydzie,
Że mię wyrazu tego nauczyłeś!
Szajlok. Jakto? nie będęż miał nawet waluty?
Porcya. Będziesz miał tylko sztrof należny z prawa,
Który wziąć możesz na własne ryzyko.
Szajlok. Niechże się dyabli z nim prawują! Nie mam
Tu czego czekać.
Porcya. Czekaj, żydzie: prawo
Ma jeszcze inny z tobą porachunek.
Jest powiedziane w weneckich ustawach,
Że gdyby kiedy było dowiedzionem
Cudzoziemcowi, że wprost lub ubocznie
Godził na życie którego krajowca,
Naówczas strona, przeciw której działał,
Ma w posiadanie otrzymać połowę
Jego fortuny; druga jej połowa
Na skarb przechodzi, życie zaś winnego
Zależeć będzie jedynie od łaski
Samego doży. W kategoryi takiej
Ty właśnie jesteś: widno bowiem jawnie
Z tego, co zaszło, żeś uboczną drogą
I wprost nastawał na życie Antonia;
Za co ulegasz rygorowi prawa,
Świeżo przezemnie zacytowanemu.
Drżyj więc lub Doży proś o przebaczenie.
Gracyano. Proś, by ci wolno było się powiesić,
Ponieważ jednak całą twą chudobę

Skarb ma zagarnąć, zabraknie ci nawet
Potrzebnej kwoty na kupienie stryczka:
Będziesz więc na koszt państwa powieszony.
Doża. Abyś naszego sposobu myślenia
Różnicę poznał, daruję ci życie
Pierwej, niżeli o to poprosiłeś.
Połowę dóbr twych posiędzie Antonio,
Druga połowa przejdzie na skarb państwa:
Którą to karę wszelako pokora
Złagodzić może i zmienić na grzywny.
Porcya. Tak, co do państwa, nie co do Antonia.
Szajlok. Weźcie mi życie, nie szczędźcie go także!
Co mi po domu, gdy stracę podporę
Utrzymującą go? Co mi po życiu,
Gdy stracę środki utrzymania życia?
Porcya. Antonio, cóżbyś mógł dla niego zrobić?
Antonio. Jeśli się pan nasz i sąd zgodzi przyjąć
Grzywny, za jedną jego dóbr połowę,
Dla mnie dość będzie, skoro mi dozwoli
Drugą połową tak rozrządzić, iżby
Po jego śmierci przypadła na własność
Temu młodemu Wenecyaninowi,
Który mu świeżo wykradł córkę. Wszakże
Wkładam na niego przy tem dwa warunki:
Najpierw: ażeby za to dobrodziejstwo
Bez ociągania chrzest przyjął; powtóre:
Aby uczynił tu przed sądem prawny
Akt darowizny wszystkiego, co tylko
Posiadać będzie po najdłuższem życiu,
Na rzecz swej córki i syna Lorenca.
Doża. Będzie on musiał to zrobić, inaczej
Odwołam świeżo wyrzeczoną łaskę.
Porcya. Cóż, żydzie? nie maszli nic przeciw temu?
Szajlok. Nie mam.
Porcya. Pisarzu, spisz akt darowizny.

Szajlok. Pozwólcie mi się stąd oddalić, proszę:
Słabo mi, w domu akt podpiszę.
Doża. Idźże,
Ale pamiętaj nie wzbraniać się potem.
Gracyano. Dwóch chrzestnych ojców będziesz miał przy chrzcinach:
Dziesięciu miałbyś, gdybym ja był sądził,
A ci byliby cię poprowadzili
Nie do chrztu, ale wprost na szubienicę.

Wychodzi Szajlok.

Doża. Proszę waćpana przyjść do mnie na obiad.
Porcya. Pokornie proszę Waszej Wysokości
O przebaczenie: zniewolony jestem
Tej jeszcze nocy powrócić do Padwy,
Trzeba mi przeto zaraz się wybierać.
Doża. Przykro mi, że masz waćpan tę przeszkodę
Antonio, okaż wdzięczność temu panu:
Zaprawdę bowiem, wiele mu winieneś.

Wychodzą: doża, senatorowie i inni komparsowie.

Bassanio. Szanowny panie, ja i mój przyjaciel
Uniknęliśmy dzięki twej mądrości
Ciężkiego przejścia; w zawdzięczeniu czego
Ofiarujemy ci te trzy tysiące
Czerwonych złotych należne żydowi
W zamian za twoje tak życzliwe trudy.
Antonio. I pozostajem prócz tego na zawsze
W sercu i w czynie twymi dłużnikami.
Porcya. Kto rad jest, ten jest dobrze zapłacony;
Ja z ocalenia waszego rad jestem,
Sądzę się przeto dobrze zapłaconym.
Nigdy mych usług nie wynajmowałem.
Bądźmy dobrymi przyjaciółmi, proszę:
Życzę wam dobrze i z tem zapewnieniem
Żegnam was.
Bassanio. Muszę moją natarczywość
Powtórzyć: zacny doktorze, przyjm chociaż

Jaką pamiątkę, jaką dań, nie jako
Wynagrodzenie. Wyświadcz mi dwie łaski:
Jedną, abyś mi tego nie odmawiał,
Drugą, abyś mi tego nie miał za złe.
Porcya. Tak pan nalegasz, że muszę ustąpić.
Dajże mi swoje rękawiczki w zakład
Dobrej pamięci; w zakład zaś przyjaźni
Daj mi ten pierścień. Nie usuwaj ręki;
Niczego więcej nie pragnę i tuszę,
Że mi twa przyjaźń tego nie odmówi.
Bassanio. Ten pierścień, panie, ach to taka fraszka!
Wstydby mi było wam go ofiarować.
Porcya. Niczego nie chcę krom tego pierścienia;
Zda mi się nawet, że go mocno pragnę.
Bassanio. Pierścień ten więcej, niż wart, jest mi drogim,
Dam wam najdroższy, jaki jest w Wenecyi,
I przez publiczny anons go wynajdę:
Wybaczcie, z tym się nie mogę rozłączyć.
Porcya. Jesteś pan, widzę, szczodry w słowach: najpierw
Mię nauczyłeś, jak to trzeba prosić,
A teraz, zdaje się, chcesz mię nauczyć,
Jakto się daje odpowiedź żebrakom.
Bassanio. Pierścień ten dała mi żona, łaskawco;
Sama wsadziła i kazała przysiądz,
Że go nie zgubię i nie dam nikomu.
Porcya. Takie wymówki bardzo są dogodne
Tym, co w dawaniu datków są oszczędni.
Jeżeli żona pańska ma rozsądek,
To wiedząc, jakem wart tego pierścienia,
Nie długoby się za danie mi jego
Na was gniewała. Ale mniejsza o to,
Pokój niech będzie z wami!

Wychodzi z Neryssa.

Antonio. Ejże, Bassanio, daruj mu ten pierścień;
Niech moja przyjaźń i jego przysługa
Przeważą zakaz twej żony.

Bassanio. Gracyano,
Pobiegnij, dogoń go, daj mu ten pierścień,
I sprowadź go do mieszkania Antonia,
Jeśli potrafisz go namówić: spiesz się.

Wychodzi Gracyano.

I my też idźmy; wypoczniem dziś sobie,
A jutro, skoro świt, ruszym do Belmont.

Wychodzą.



SCENA DRUGA.
Tamże. Ulica.
Wchodzą: Porcya i Neryssa.

Porcya. Wywiedz się o mieszkaniu tego żyda,
I każ mu akt ten podpisać. Wyjedziem
Tej jeszcze nocy, aby o dzień jeden
Uprzedzić powrót naszych panów mężów.
Lorenco będzie kontent z tego aktu.

Wchodzi Gracyano.

Gracyano. Cieszę się, panie, żem was jeszcze zdybał.
Signor Bassanio, lepiej rzecz zważywszy,
Przesyła wam ten pierścień i zaprasza
Was na obiadek.
Porcya. Nie mogę mu służyć.
Pierścień przyjmuję z największą wdzięcznością;
Chciej mu to pan oznajmić i bądź łaskaw
Temu młodemu człowiekowi wskazać
Mieszkanie żyda Szajloka.
Gracyano. Najchętniej.
Neryssa do Porcyi. Mam jeszcze panu coś do powiedzenia.

Po cichu.

Zobaczę, czy mi nie uda się także
Od mego męża wyłudzić obrączki,
Które na wieki przysiągł mi zachować.
Porcya. Że ci się uda, ręczę. Tożto będzie

Dopiero zaklęć szumnych i ognistych,
Że te pierścionki przeszły do rąk mężczyzn;
Ale my fałsz im zadamy dowodnie.
Idź, a pospieszaj: wiesz, gdzie się zejść mamy.
Neryssa. Bądź pan tak grzeczny pokazać mi drogę.

Wychodzą.

AKT PIĄTY.

SCENA PIERWSZA.
Belmont. Aleja przed pałacem Porcyi.
Lorenco i Jessyka.

Lorenco. Jak śliczny księżyc! W takąto noc jasną,
Gdy luby wietrzyk zlekka liść całował,
Nie czyniąc szumu, w takąto noc pewnie
Troilus niegdyś stał na murach Troi,
I duszę swoją w westchnieniach posyłał
Ku obozowi Greków, gdzie Kressyda
We śnie leżała.
Jessyka. W takąto noc Tisbe
Lękliwą stopą otrząsała rosę;
I cień lwa widząc miasto lwa samego,
Z trwogą pierzchała.
Lorenco. W takąto noc ongi
Stała Dydona na dzikiem wybrzeżu,
Z gałązką w ręku i znak nią dawała
Ulubieńcowi, aby wrócił nazad
Do Kartaginy.
Jessyka. W taką noc także
Medea rwała czarodziejskie zioła,
Które staremu Ezonowi miały
Przywrócić młodość.

Lorenco. W takąto noc uszła
Jessyka z domu bogatego żyda,
I z jednym chłystkiem umknęła z Wenecyi
Aż tu do Belmont.
Jessyka. W takąto noc młody,
Czuły Lorenco przysięgał jej miłość,
I podszedł proste jej serce mnogiemi
Zapewnieniami, z których ani jedno
Nie było szczerem.
Lorenco. W takąto noc młoda,
Śliczna Jessyka, małe nic dobrego,
Rzucała potwarz na swego kochanka,
Który jej jednak potwarz tę przebaczył.
Jessyka. Radabym z tobą tak całą noc gwarzyć,
Gdyby nikt naszej nie przerwał swobody,
Ale, czy słyszysz? ktoś tu idzie.

Wchodzi Stefano.

Lorenco. Któżto
Śmie mieszać spokój tej późnej godziny?
Stefano. Swój.
Lorenco. Swój? co za swój? jak się zowiesz, swoju?
Stefano. Zwę się Stefano i przychodzę z wieścią,
Ze nasza pani powraca do Belmont
Przededniem jeszcze. Co chwila przystaje
Przy świętych krzyżach, klęka i zanosi
Modły o szczęście w swym świeżo zawartym
Małżeńskim związku.
Lorenco. Czy z nią kto przyjeżdża?
Stefano. Jej panna tylko i jakiś tam święty.
Ale powiedzcie mi, czy nasz pan wrócił?
Lorenco. Nie wrócił i nic o nim nie słyszałem.
Dalej Jessyko, trzeba nam się zająć
Przygotowaniem do uroczystego
Przyjęcia pani tego domu. Idźmy.

Wchodzi Lancelot.

Lancelot. Hola! hej! hop! hop! holala!
Lorenco. Któżto tak wrzeszczy?
Lancelot. Hola! Nie widzieliście gdzie pana Lorenca i pani Lorencowej! Holala!
Lorenco. Nie holuj tak, krzykało; jestem tu.
Lancelot. Hola! gdzie? gdzie?
Lorenco. Tu.
Lancelot. Powiedzcie mu, że sztofada przyszła od naszego pana, z pełną torbą nowin. Nasz pan będzie tu równo ze dniem.

Wychodzi.

Lorenco. Pójdź, luba, w domu czekać na nich będziem.
Ale dlaczegożby koniecznie w domu?
Mości Stefano, proszę cię, idź służbie
Oznajmić blizki przyjazd naszej pani
I muzykantom każ tu przyjść.

Wychodzi Stefano.

Jak wdzięcznie
Na tym pagórku śpi światło miesiąca!
Siądźmy tu sobie i niech wdzięk muzyki
Płynie nam w ucho: noc i nocna cisza
Godzą się z słodkim urokiem harmonii.
Usiądź, Jessyko; patrz, jak przestwór nieba
Gęsto w złociste gwiazdki jest utkany;
A każdy krążek z tych, które tam widzisz,
Bieg odbywając, dołącza pieśń swoją
Do chóru jasnookich cherubinów.
Tak są harmonii pełne czyste duchy:
Tylko my, których duch jest powinięty
W skorupę prochu, słyszeć jej nie możem.

Wchodzą muzykanci.

Zbliżcie się! zbudźcie śpiewnym hymnem Dyanę,
Wyślijcie naprzód na spotkanie pani
Echo najbardziej melodyjnych tonów
I przyciągnijcie ją nimi do domu.

Muzyka.

Jessyka. Ilekroć słodką muzykę usłyszę,
Rzewnie mi jakoś.

Lorenco. Bo władze twej duszy
Są, widać, wtedy pilnie natężone.
Popatrz na dziką i swawolną trzodę
Albo na stado młodych bystrych źrebców;
Brykają one, beczą i rżą głośno,
Bo to w naturze jest ich krwi gorącej;
Lecz niechno trąbka przypadkowo zabrzmi,
Lub jakikolwiek muzykalny odgłos
Słuch ich uderzy, zobaczysz, jak nagle
Wszystkie przystaną, jak się ich figlarne
Oko zaduma, pod wpływem czarownej
Potęgi dźwięków.
Stądto poeci mówią, że Orfeusz
Pociągał drzewa, kamieni i fale;
Bo niema rzeczy tak martwej, tak twardej
I tak burzliwej, żeby jej natury
Muzyka zmienić chwilowo nie mogła.
Człowiek, harmonii nie mający w sobie,
Którego współdźwięk tonów nie porusza,
Zdolny jest zdradzić cię, oszukać, złupić.
Umysł u niego ciężki jak mgła nocna,
A serce czarne jak Ereb. Nie ufaj
Nikomu z takich. — Słuchajmy muzyki.

Porcya i Neryssa ukazują się w oddaleniu.

Porcya. Owo światełko gore w mojej sali;
Jak się daleko promieni, choć małe!
Tak świeci dobry czyn w świecie zepsutym.
Neryssa. Nie widziałyśmy wprzód tego światełka,
Gdy miesiąc świecił.
Porcya. Tak zwykle blask większy
Zaciera mniejszy. Namiestnik jaśnieje
Jak król, dopóki król się nie ukaże;
Wtedy ubywa mu okazałości,
Jak strumieniowi, gdy z wyżyny spływa
W wielkie wód łoże. Muzyka! Czy słyszysz?
Neryssa. To nasza, pani, domowa kapela.

Porcya. Nic nie jest pięknem bezwzględnie, jak widzę;
Milej mi ona brzmi teraz niż za dnia.
Neryssa. Cisza to, pani, dodaje jej wdzięku.
Porcya. Wrona tak dobrze śpiewa jak skowronek,
Kiedy się na nich nie zważa; i sądzę,
Że gdyby słowik w dzień śpiewał, gdy wszystkie
Gęsi gęgają, nie większą od szpaka
Pewnieby wtedy miał sławę śpiewaka.
Ilużto rzeczom czas tylko stosowny
Nadaje wziętość i przymiot szacowny!
Ale pst! Luna śni przy Endymionie,
I nie radaby zostać przebudzoną.

Muzyka milknie.

Lorenco. Jeśli mię wszystko na świecie nie zwodzi,
Głos to signory Porcyi.
Porcya. Ten poczciwiec
Zna mię po głosie, jak ślepy kukawkę.
Lorenco. Witajże, witaj nam, łaskawa pani!
Porcya. Namodliłyśmy się za naszych mężów,
Mości Lorenco, i mamy nadzieję,
Że nasze modły były skutecznemi.
Czy już wrócili?
Lorenco. Dotychczas nie jeszcze,
Ale posłaniec przybył z oznajmieniem,
Że wkrótce będą.
Porcya. Nerysso, idź moim
Ludziom zalecić, aby nie dawali
Po niczem zgoła poznać, żeśmy z domu
Się oddalały. — Lorenco, Jessyko,
Proszę was także zachować milczenie.

Słychać trąbkę.

Lorenco. Mąż pani jedzie, słyszę odgłos trąbki.
Umiemy trzymać język za zębami:
Nie bój się, pani.
Porcya. Noc ta zdaje mi się

Dniem, tylko bladym i zamglonym: jestto
Jakby dzień, w którym słońce jest zakryte.

Bassanio, Antonio i Gracyano wchodzą ze swymi orszakami.

Bassanio. Z antypodami byśmy jednocześnie
Mieli dzień, gdybyś ty świeciła wtedy,
Gdy słońce znika.
Porcya. Niechbym nie świeciła,
A w czynach moich nie bała się światła!
Witaj z powrotem, mój małżonku!
Bassanio. Witaj
Najukochańsza! Oto mój przyjaciel:
Ten sam Antonio, któremu tak wiele
Obowiązany jestem.
Porcya. Powinienbyś
Obowiązany mu być nieskończenie;
Bo on za ciebie przyjął, jak słyszałam,
Zobowiązania bardzo wielkie.
Antonio. Które
Spełna zostały mu skompenzowane.
Porcya. Panie Antonio, jesteś w naszym domu,
Zaprawdę, nader pożądanym gościem;
Czyny pokażą to lepiej niż słowa:
Dlatego skracam tę ustną serdeczność.
Gracyano do Neryssy. Przysięgam na ten księżyc, żem niewinny,
Jak żyw tu stoję; dałem go, kochanko,
Dependentowi tego adwokata.
Niechby ten młokos eunuchem został,
Gdy tak się zżymasz o to, że go dostał.
Porcya. Jakto? Już kłótnia? O cóżto rzecz idzie?
Gracyano. O złote kółko, o bzdurny pierścionek,
Który mi dała; na którym był napis
Tak dobry dla mnie, jak kogoś drugiego,
Madrygał: »Kochaj mnie, i nie opuszczaj!«
Neryssa. Nie idzie tu o napis, ni o wartość:
Przysiągłeś waćpan, gdym ci go dawała,
Że go do śmierci nosić nie przestaniesz,

Że go ze sobą zabierzesz do grobu;
Jeśli nie przez wzgląd na mnie, to przynajmniej
Przez wzgląd na swoje ogniste przysięgi,
Trzeba ci było lepiej go szanować.
Dependentowi! Wiem aż nadto dobrze,
Że ten dependent, coś mu go dał waćpan,
Nigdy nie będzie miał na brodzie włosów.
Gracyano. Będzie miał, skoro do lat męskich dojdzie.
Neryssa. Jeśli kobieta dojdzie do lat męskich.
Gracyano. Na honor, dałem go młodemu chłopcu,
Niedorostkowi, smarkaczowi, właśnie
Twojego wzrostu, chłopcu adwokata.
Ten chłystek tak się go naparł w nagrodę,
Że niepodobna mu było odmówić.
Porcya. Źleś waćpan zrobił, szczerze wyznać muszę,
Żeś się tak płocho rozłączył z najpierwszvm
Darem twej żony; z upominkiem, który
Ślub na twym palcu umieścił, a wiara
Powinna była doń przykuć na zawsze.
I jam mężowi memu dała pierścień,
I odebrałam od niego przysięgę,
Że się z nim nigdy nie rozstanie. Jakoż,
Tu wobec niego śmiało mogę ręczyć,
Żeby go nie zdjął, ani spuścił z palca,
Za wszystkie skarby świata. W rzeczy samej,
Mości Gracyano, dałeś swojej żonie
Powód do żalu bardzo wielki. Gdyby
Mnie to spotkało, tobym oszalała.
Bassanio do siebie. Gotówbym sobie urżnąć lewą rękę,
I przysiądz, żem ten pierścień w walce stracił.
Gracyano. Signor Bassanio darował swój pierścień
Adwokatowi, który o takowy
Prosił go i w istocie nań zasłużył;
A jego piszczyk, dependent, za swoją
Pracę w pisaniu, zażądał mojego;
Tak zaś pryncypał, jak jego subaltern,

Nie chcieli przyjąć niczego innego
W dank swoich usług jak te dwa pierścionki.
Porcya. Jakiżto pierścień dałeś mu, mój mężu?
Przecież nie tamten, coś go miał odemnie?
Bassanio. Gdybym mógł kłamstwo dodawać do winy,
Tobym zaprzeczył temu; ale sama
Widzisz, o pani, brak tego pierścienia
Na moim palcu.
Porcya. Taki sam brak wiary
Jest w twojem sercu fałszywem. Na honor!
Nie prędzej usta me dotkną się twoich,
Aż znów ten pierścień zobaczę.
Neryssa do Gracyana. I twoje
Moich nie prędzej, aż mój ujrzę znowu.
Bassanio. Najdroższa żono! Porcyo ukochana.
Gdybyś wiedziała, komum dał ten pierścień,
Gdybyś zważyła, za com dał ten pierścień,
Znała żal, jakim czuł dając ten pierścień,
Gdy nic nie chciano wziąć tylko ten pierścień:
Zmiękłby niechybnie hart twojego gniewu.
Porcya. A gdybyś waćpan był cenił ten pierścień,
I tę, coć dała ten pierścień, i własny
Honor swój, z którym był w związku ten pierścień,
Nie byłby był z twych rąk wyszedł ten pierścień.
Któż mógł być tyle niewyrozumiałym,
Niedelikatnym, iżby go koniecznie
Był żądał, gdybyś pan trochę żarliwiej,
Stanowczej stanął był w jego obronie,
Mieniąc go świętą pamiątką? Neryssa
Mię naprowadza, co mam o tem sądzić:
O śmierć mię to przyprawi, bo niechybnie
Pierścień ten dostał się do rąk kobiety.
Bassanio. Na honor, pani, na zbawienie duszy!
Ręczę ci, że go nie dałem kobiecie,
Ale pewnemu doktorowi prawa,
Który ofiarowany mu przezemnie

Dar trzech tysięcy dukatów odrzucił
I pragnął tylko dotrzymać ten pierścień.
Odmówiłem mu tego i ścierpiałem,
Że się oddalił niezadowolony,
On, co ocalił dni drogiemu memu
Przyjacielowi. Cóż ci powiem, pani?
Zmuszony byłem mu go posłać: grzeczność,
A nawet sam wstyd mi to nakazywał;
Honor mój nie mógł spokojnie znieść tego,
Aby go taka plamiła niewdzięczność:
Przebacz mi przeto, najdroższa małżonko!
Bo na te święte tam na niebie światła
Klnę się, że gdybyś tam była obecną,
Byłabyś była sama mi kazała
Dać go zacnemu temu doktorowi.
Porcya. Strzeżże się waćpan, by zacny ten doktor
Nigdy do mego domu nie zawitał.
Ponieważ bowiem posiada ów klejnot,
Który lubiłam i który pan gwoli
Miłości mojej przysiągłeś zachować,
Gotowam także być szczodrą dla niego;
Gotowam dać mu wszystko, co posiadam,
A nawet udział w prawach mego męża;
Że go zaś ujrzę, tego jestem pewną.
Nie spędźże waćpan ani jednej nocy
Za domem, czuwaj, pilnuj mię jak Argus:
Bo skoro tego zaniedbasz uczynić,
Skoro mię samą zostawisz, na honor,
Którym dotychczas jeszcze się poszczycam,
Zacny ów doktor spocznie w mych objęciach.
Neryssa do Gracyana. A w mych dependent: bacz więc, jak dalece
Masz mię na własnej zostawić opiece.
Gracyano. Nie daj mi jeno zejść się z tą figurą,
Bobym mu zgnieść mógł dependenckie pióro.
Antonio. Jam jest nieszczęsnym powodem tych waśni.

Porcya. Niech cię to, panie, bynajmniej nie martwi:
Jesteś dlatego miłym gościem.
Bassanio. Przebacz,
Przebacz mi, Porcyo, ten błąd z konieczności;
Wobec zebranych tu przyjaciół naszych
Przysięgam na te twoje śliczne oczy,
W których mój obraz widzę...
Porcya. Zważcie tylko:
On w moich oczach widzi się dwoiście,
W każden raz: tak więc bierzesz pan za świadka
Swych zobowiązań swoje ja dwoiste.
To mi przysięga wiarogodna!
Bassanio. Ależ
Chciej mię wysłuchać: przebacz mi tę winę,
A na mą duszę! nigdy od tej pory
Uczynionego ci nie złamię ślubu.
Antonio. Dałem był pierwej ciało moje w zakład
Za niego. Gdyby nie ten zacny człowiek,
Któremu mąż twój, pani, dał ów pierścień,
Byłoby po niem było; daję teraz
Duszę mą w zakład i ręczę, że odtąd
Nigdy małżonek twój — nie złamie wiary
Z rozmysłem.
Porcya. Skoro pan za niego ręczysz,
To chciejże mu dać ten, razem z przestrogą,
Aby go lepiej szanował niż pierwszy.
Antonio. Bassanio, przysiąż szanować ten pierścień.
Bassanio. Na Boga! ten sam dałem doktorowi.
Porcya. A on mnie: przebacz, kochany Bassanio,
Za tento pierścień miał ze mną ów doktor
Słodkie sam na sam.
Neryssa. Przebacz mi podobnież,
Luby Gracyano, bo za ten tu spędził
Przeszłą noc ze mną ów smarkacz dependent.
Gracyano. To coś wygląda jak szarwarkowanie
Wśród lata, kiedy drogi w dobrym stanie.

Cóż to? na pierwszy wstęp w hymenu progi
Niezasłużenie przypięto nam rogi?
Porcya. Mów waćpan skromniej. — Wszyscyście zdumieni.
Oto list, panie mężu: w wolnym czasie
Przejrzyj go, jest on z Padwy, od Bellarya:
Znajdziesz w nim, że doktorem była Porcya,
A dependentem Neryssa. Lorenco
Może zaświadczyć, żeśmy zaraz po was
Stąd wyjechały i wróciły nazad
Przed chwilą: jeszcze mię dom mój nie widział.
Panie Antonio, mam dla ciebie lepszą,
Niż się spodziewasz, wiadomość w zapasie:
Dowiesz się z tego listu, że trzy twoje
Galery nagle wpłynęły do portu,
Obładowane bogatym pakunkiem:
Nie powiem, panie, jakim trafem list ten
Doszedł do moich rąk.
Antonio. Niemieję.
Bassanio. Tyżeś
Była doktorem i jam cię nie poznał?
Gracyano. Tyżeśto była tym piszczykiem, który
Ma mi przyprawić rogi?
Neryssa. Nie inaczej;
Który jednakże tego nie uczyni,
Aż wtedy, kiedy dojdzie do lat męskich.
Bassanio. Musisz mi swoje otworzyć objęcia,
Piękny doktorze, a gdy wyjdę z domu,
Wolno ci miewać sam na sam z mą żoną.
Antonio. Tyś mię, o pani, obdarzyła życiem,
A teraz darzysz tem, z czego żyć mogę;
Bo wyczytuję tu z wszelką pewnością,
Że moje statki przybyły szczęśliwie
I stoją w porcie.
Porcya. Teraz na was kolej,
Mości Lorenco: ma tam mój dependent
I dla was pewien gościniec w kieszeni.

Neryssa. I da go bez żądania honoraryum.
Oto doręczam wam i waszej żonie
Akt darowizny, którym wam bogaty
Ojciec Jessyki przeznacza legalnie
Po swojej śmierci wszystko, co posiada.
Lorenco. Boskie niewiasty! Wy głodnym po drodze
Sypiecie mannę.
Porcya. Już dzień prawie, przecież
Jeszcze wam nie dość jasno się przedstawia
Bieg tych wypadków. Wnijdźmy więc do domu;
Tam z nas ściągniecie śledztwo i na wszystko
Protokularną znajdziecie odpowiedź.
Gracyano. Zgoda. Najpierwszą kwestyą, jaką zadana
Mojej Nerysie, będzie ta, czy woli
Do przyszłej nocy wstrzymać się ze wczasem,
Czy pójść spać zaraz, chociaż dzień za pasem?
Co do mnie, niechby do jutra wieczora
Trwał mrok, gdy będę z piszczykiem doktora;
Bądź jednak pewna, że nie zgrzeszę śpiączką,
Czuwając, luba, nad twoją obrączką.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Shakespeare i tłumacza: Józef Paszkowski.