Klub nietoperzy/Tom I/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Abgar Sołtan
Tytuł Klub nietoperzy
Data wydania 1892
Wydawnictwo Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Drukarz Drukarnia nar. W. Manieckiego
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
IX.

Tego samego dnia, w którym Władysław w tak niecierpliwy i pośpieszny sposób wyjeżdżał z dziedzińca kamienieckiego hotelu — w Uniżu, wbrew zwyczajowi, nie było gości.
Marszałek Różycki, zaraz po kawie, nie spojrzawszy na plik listów i gazet, siadł na mierzyna i pojechał w pole do żeńców. Ważny to był dzień dla gospodarza: na łanach głównego folwarku w Uniżu ze czterystu robotników kończyło właśnie tego dnia zbiór pszenicy. Pan marszałek, który głównie swej sławie zawołanego gospodarza i administratora zawdzięczał swą popularność między szlachtą i tytuł marszałkowski, nie potrafiłby za nic w świecie tego dnia w domu usiedzieć, a tem bardziej gdzieś w sąsiedztwo wyjechać...
Marszałkowa, która dla miłości męża z taką samą troskliwością zajmowała się sprawami gospodarskiemi, również od rana była na nogach; odbyła już konferencję z klucznicą w celu naradzenia się nad przygotowaniem chleba, sera i ogórków dla całego tego tłumu robotników, który niechybnie przed wieczorem przyjdzie z łanu przed pałacowy ganek, mając na czele „pannę młodą,“ najpilniejszą tegoroczną żniwiarkę, niosącą na głowie wianek z pełnych kłosów pszennych. Pani Marja Różycka, pomimo że nad jej kołyską jaśniała mitra hrabiowska, pomimo że miała w swem drzewie genealogicznem i infuły i buławy, mimo tego wszystkiego nie zaniedbywała zajęć gospodarskich i była wskazywana przez mężów z trzech sąsiednich prowincyj — jako wzór do naśladowania; za to niektóre panie, należące do tak zwanego „wielkiego świata“ nie lubiły jej serdecznie, zwały ją — w poufnych gawędach — klucznicą, lub kwoką. Głośno jednak odezwać się z tem żadna nie śmiała, stanowisko bowiem społeczne pani marszałkowej było tego rodzaju, że stało wyżej wszelkich krytyk parafjalnych; górowała ona nad wszystkiemi choćby najbardziej eleganckiemi sąsiadkami — urodzeniem, stosunkami rodzinnymi, majątkiem olbrzymim i wreszcie tym cichym, nikomu nie narzucającym się rozumem polskiej matrony, który mimowolnie zmusza otaczających do szacunku i uwielbienia.
A jednak wieleż to przyczyn miały te panie do nielubienia pani marszałkowej!.. Wszak pamiętały one te czasy, kiedy pani Marja była jeszcze panną. Nadzwyczajnie piękną nie była ona nigdy; robiła wrażenie hożej, zdrowej, skromnie po bożemu wychowanej wiejskiej panienki; głośne jednak, senatorskie nazwisko którego była prawowitą a ostatnią dziedziczką i blask ogromnej fortuny sprawiały właśnie to, że wszyscy młodzi ludzie z tej epoki ubiegali się o rękę panny hrabianki...
Już wówczas wszystkie rówieśnice zazdrościły jej serdecznie; już wówczas bywała przedmiotem pokątnej uszczypliwej obmowy. Jednakże obmowa ta kryła się troskliwie, bo każda z tych pań, z tych panien miała brata, lub kuzyna, który ubiegał się o względy panny Marji, pochlebiały więc jej aż do znudzenia, i choć niechętne, w duszy kłamały przed nią przyjaźń i serdeczność.
Lecz była w życiu pani Różyckiej i taka epoka, w której głośno zaczęto ganić jej postępowanie i w której jednogłośnie powstały na nią wszystkie pseudo-przyjaciółki, wszystkie matki, siostry i kuzynki tych licznych konkurentów.
Było to wówczas, kiedy ona odrzuciwszy oświadczyny całego grona świetnych zalotników, idąc za radą mądrego, lecz za dziwaka uważanego ojca — zdecydowała się oddać rękę panu Ludwikowi Różyckiemu, najpospolitszemu — jak głoszono — jednowioskowemu szlachcicowi. Hałas ten jednak i jawna niechęć nie długo potrwały. Pan Ludwik od razu umiał zająć stanowisko, na jakiem go postawiło ożenienie z miljonową spadkobierczynią senatorskiego rodu.
Złośliwi a zawistni utrzymywali, że daje się zupełnie kierować i powodować młodej, a dziwnie cichej i słodkiej żonie i jej to przypisywali rychłe wyniesienie się pana Różyckiego nad ogół szlachecki. Wiele w tem było prawdy? Nikt na pewno nie mógł powiedzieć. To tylko wszyscy wiedzieli, że z chwilą ożenienia się pan Ludwik nabrał dziwnej powagi i obycia w towarzystwie; wieść mu się też zaczęło ogromnie, fortuny przysparzał, a w trzy lata po ślubie, szlachta powiatu, w którym leżał główny majątek pani Różyckiej — Uniże, i w którym młoda para stale mieszkała, wybrała go swoim marszałkiem.
Chociaż urzędowanie to było przyczyną wielu łez i zmartwień pani marszałkowej, chociaż skończyło się ono zdala od rodzinnego powiatu, jednak faktem jest, że było ono jedną z pierwszych przyczyn ogromnej popularności marszałka pośród współobywateli.
Przez urzędowanie to, połączone z wielu ofiarami, młody marszałek wyrósł w oczach sąsiadów, zmężniał jakoś dziwnie i otoczył swą wyniosłą postać niepochwytną aureolą — bohaterstwa...
Gdy urzędowanie i jego następstwa skończyły się, stanowisko marszałka było już takie, jakiem pozostanie do końca jego życia: został najpoważniejszym obywatelem w gubernji, stał się stałym członkiem wszystkich komisyj obywatelskich, mających na celu działy majątkowe; uważano go za niezbędnego superarbitra przy wszystkich kompromisach szlacheckich.
Wprawdzie złośliwy nad wyraz stary hrabia Sępiński, daleki kuzyn pani marszałkowej, mawiał, że Różycki posiada prawdziwie salomońską mądrość, bo w każdym kompromisie, bez względu na słuszność, każe się spornym przedmiotem podzielić obu stronom, roszczącym do niego prawo; żarty jednak starego jowialnego hrabiego przebrzmiewały bez echa, a taktyka marszałka widocznie musiała być wyższą po nad zarzut, bo adwokaci kamienieccy zaczynali już narzekać na tą działalność rozjemczą pana Różyckiego i głosili, że wkrótce będą się wynosić z tego miasta, bo stracili zupełnie wszelką szlachecką klientelę z powodu sądów kompromisarskich marszałka.
Jednem słowem państwo Różyccy byli szczęśliwi; majątek rósł, ludzie ich szanowali, na wszystkie uroczystości familijne w Uniżu zjeżdżali się z daleka nawet, marszałkowi zapomnieli jego jednowioskowego gniazda i słomianej strzechy, z pod której wyszedł; zazdroszczono im obojgu powszechnie... A jednak i oni mieli móla, który ich gryzł okrutnie.
Molem tym, zmorą tą była okoliczność ta, że dzieci się im nie chowały... Z czworga, które na świat przyszły, żyło tylko jedno: chłopak wątły i chorowity.
Józio marszałkowicz — tak go w sąsiedztwie nazywano — miał już obecnie dwadzieścia dwa lata, a robił wrażenie szesnastoletniego, nierozwiniętego chłopaka... Od najmłodszych lat było to dziecko chore, gdy miał dwa lata lekarze przepowiadali, że się nie wychowa — miał bowiem wodę w głowie i rozwijał się zupełnie nienormalnie, zachodziły nawet obawy, czy nie zostanie idjotą. Obawy nie ziściły się w całem tego słowa znaczeniu, w każdym razie jednak Józio nie zapowiadał, by kiedy potrafił zająć stanowisko społeczne przez ojca swego dzierżone.
— Już to synek się im udał — mawiał, śmiejąc się stary Sępiński, odrzucony niegdyś konkurent pani marszałkowej — wdał się zupełnie w arystokratycznych przodków matki, nie znać w nim świeżej, szlacheckiej rasy ojca... panicz... panicz, ma zupełnie burboński, barani wyraz twarzy.
Pociechą w strapieniu tem dla marszałkowej była wychowanica, córka dalekiej krewnej — Jadwisia Molska... Znalazła ją pani Marja przy umierającej, w ostatniej nędzy pogrążonej matce, gdzieś w Dreźnie na przedmieściu, przygarnęła ją do siebie, wychowała i pokochała biedną sierotę jak rodzoną córkę... Ludzie mówili, że chce z niej synowę swą uczynić; pan Wędzolski utrzymywał, że sama Jadwisia o tem marzy... Jak sprawa ta w rzeczy samej stała, nikt na pewno nie mógł wiedzieć.
Na wieży pałacowej oficyny wybiła właśnie dwunasta godzina, w chwili gdy marszałkowa, odbywszy przegląd całego domowego gospodarstwa i wydawszy klucznicy rozporządzenia, odnoszące się do dzisiejszej uroczystości, powracała do pokoi.
W gabineciku na pierwszem piętrze, sąsiadującym z recepcyjnym salonem, siedziała, zatopiona nad jakąś kanwową robotą, hoża, młoda dziewczyna. Teraz, słysząc zbliżające się kroki opiekunki, podniosła swe czarne, rozmarzone oczy i skierowała w stronę drzwi, w których miała się pojawić marszałkowa.
— Ty ciągle nad robotą ślęczysz — przemówiła, wchodząc i rzuciła na pracownicę spojrzenie, mające uchodzić za rozgniewane. — Ach, ty nieposłuszna dziewczyno! Co ja z tobą pocznę? Zdrowie sobie rujnujesz.
— Nie bój się, cioteczko! — zawołała zagadnięta, a zerwawszy się z krzesła podbiegła ku ciotce i zaczęła z czułością całować jej ręce.
— No! no! przymilajska, poczekaj, jak tylko nie będziesz mię słuchać, to powiem wujowi, a ten cię nauczy subordynacji — mówiła marszałkowa głosem, który chciała uczynić ostrym, w którym jednak dźwięczała cała czułość i bezgraniczne przywiązanie, jakiem otaczała ukochaną pupilkę.
— Wujowi! — zawołała z niepokojem dziewczyna. — Za nic, ciociu! Za nic! Nie można mówić wujowi, bo wszystko przepadnie.
— Cóż znowu tak strasznego? Skąd ta obawa przed marszałkiem? — zapytała, śmiejąc się pani Marja.
— Widzi ciocia — odpowiedziała jej Jadwiga — za trzy tygodnie św. Ludwika, imieniny wujaszka... Chcę.. chcę koniecznie skończyć moję robotę na ten dzień... przeznaczam ją na wiązanie dla wujcia... A jakby ciocia powiedziała — mówiła teraz grubszym głosem, udając niby rozkapryszenie — o tem słowo to wszystko przepadnie, wuj się naprzód o wszystkiem dowie i moja robota będzie na nic, a ja będę nieszczęśliwa...
— No! no! uspokój się moje dziecko, nie powiem nikomu, a szczególniej wujowi ani słówka — odrzekła ciotka całując ją w czoło, a później zmieniając temat rozmowy i jakby sobie coś przypominając, zapytała nagle: — Nie było tu Józia?
— Na usta dziewczyny wybiegł jakiś niepochwytny, mgnienie oka tylko trwający ironiczny uśmieszek, zgasł on jednak natychmiast a miejsce jego zajęła powaga i wyraz smutku.
— Był tu — odpowiedziała — siedział koło mnie z pół godziny, czytał jakąś książkę o doświadczeniach fizycznych, później zerwał się nagle i poszedł, mówiąc, że idzie do stolarni, kazać sobie przygotować jakieś aparaty potrzebne mu do doświadczeń...
Cień boleści prawdziwej złamał spokojne zazwyczaj oblicze marszałkowej, jakiś groźny fałd, zmarszczek jakiś podłużny zjawił się jej pomiędzy oczami, a oczy te słodkie i łagodne patrzyły obecnie przenikliwie na mówiącą dziewczynę, jakby pragnęły zajrzeć jej do głębi duszy. Zwolna jednak wyraz jej oczu złagodniał znowu, a miejsce przenikliwości zajęła teraz łza cicha, która niespostrzeżenie spłynęła po zwiędłym już policzku.. Cała jej szczupła, wyniosła i wiotka postać pochyliła się ku ziemi, a z zaciśniętych ust wyrwały się mimowolnie słowa:
— Biedne nieszczęśliwe dziecko!
W tej chwili do uszu rozmawiających pań doleciał odgłos zamaszystych kroków i urywane słowa wypowiedziane donośnym do rozkazywania przywykłym głosem.
— Ciociu! Ciociu, chodźmy ztąd — zawołała nagle Jadwiga — Chodźmy ztąd i zamykajmy drzwi za sobą... To wujaszek nadjechał i jak broń Boże przyjdzie tu szukając za nami, to wszystko przepadło..
Mówiła to bardzo prędko i przerażenie zupełnie niekłamane dźwięczało w jej przestraszonym głosie, malowało się na jej dziecięco pięknej twarzyczce. Nagłym ruchem chwyciła ciotkę za rękę i gwałtem prawie wciągnęła ją do drugiego pokoju, zamykając natychmiast drzwi od gabinetu.
— A gdzie to moje panie pochowały się? — rozległ się w tej chwili głos marszałka, który wszedł już był do salonu — Co tam robicie? po całym domu szukam za wami.
Głos jego miał bardzo miłe, sympatyczne brzmienie, okrągła, od wiatru i słońca opalona twarz jaśniała zdrowiem i zadowolnieniem, a dziwnie od młodocianego tego oblicza prawie odbijały włosy i wąsy jak mleko białe; ubrany był w biały pikowy kitel; długie do konnej jazdy zastosowane buty okryte były kurzem; w jednej ręce trzymał nadstrzępiony szpicrut, a w drugiej okrągłą granatową czapkę.
— Piękny dzień mamy pani marszałkowo — mówił wesoło — czterystu dwudziestu żeńców.. Do piątej godziny nie będzie na pniu ani jednego kłosa pszenicy... Czy moja pani wydała już dyspozycje Baczyńskiej, ażeby przygotowała traktament na dożynki?.. Warto ludzi poczciwych utraktować, bo pracowicie tego roku koło roboty chodzili.
— Wszystko gotowe — odparła marszałkowa wchodząc do salonu, a w jej głosie drgała dawna troska.
— Cóż to Marjo moja, pani moja kochana jesteś zasmucona? — zawołał niespokojnie marszałek i podniósł rękę żony do ust. — Co ci jest, moje życie?
— Eh! nic, mój drogi — odrzekła pani, zmuszając się do swobodnego uśmiechu — wydało ci się.
Mąż popatrzył badawczo w jej oczy, tak, że wzroku tego znieść nie mogła, uśmiech kłamany znikł natychmiast z twarzy, a z ust jej wyszło ciche pytanie:
— Nie spotkałeś Ludwiku gdzie Józia? Jadwisia powiada, że poszedł do stolarni kazać zrobić sobie jakieś narzędzia, potrzebne mu do fizycznych doświadczeń...
Na wspomnienie imienia syna znikła pogoda i z oblicza marszałka, zasępił się w jednej chwili zupełnie, z pod białych wąsów wyrwało się bolesne westchnienie i nie rzekłszy ani słowa, pocałował powtórnie żonę w rękę i wyszedł z pokoju.
Tych dwoje ludzi rozumieli się doskonale bez rozmowy; miłość i szczęście w pierwszych latach pożycia, boleści i troski w następnych złączyły ich dwoje w jednę niepodzielną istotę, czującą i cierpiącą jednako.

Do objadu w Uniżu usiedli w tym dniu tylko domowi.
— Panie kapitanie co to takiego, że dziś nikogo nie ma? — zwrócił się marszałek z zapytaniem do staruszka, siedzącego po lewej stronie marszałkowej.
— Co? Co mówisz marszałku? — zapytał podniesionym głosem kapitan i zwrócił uszy w stronę mówiącego. Biedny stary kapitan już nie dosłyszał.
— Pyta się Ludwik wuja, czy wuj nie wie przypadkiem dla czego dziś nikt nie przyjechał? — powtórzyła marszałkowa pytanie męża, wymawiające każde słowo z osobna i bardzo dobitnie.
— Aboż stęskniłeś się marszałku za bracią szlachtą?.. Żniwa... żniwa... mości panie — prawił staruszek, potrząsając siwą głową, nagle zwrócił się w stronę Jadwigi, która siedziała obok marszałka. — Oho! A panna Jadwiga udaje, że jej to wszystko jedno, a ja wiem, że schnie z żalu z powodu dzisiejszego braku kawalerów... Przyzwyczailiśmy się do licznego dworu, cały sztab bywał i to różnej broni... Ten Wędzolski to chyba już od furwezów... He... Co?
— Nie wiedzieć co dziadzio wygaduje! — zawołała czerwieniąc się jak piwonja panienka. — Ciekawa jestem, co ja jestem winna temu, że podobałam się panu Wędzolskiemu?.. Ale prawda, że od razu powiedziałam dziadziowi, żeby mu to wyperswadował?.. Ah, Boże, jaki ten dziadzio dokuczliwy!
— Powiedziałem mu to detajlicznie — mówił dalej staruszek, który jakoś lepiej umiał słyszeć słowa Jadwigi niż zapytania marszałka — powiedziałem mu tak, że ponoś wyperswadował sobie zupełnie te uczuciowe projekta. Nie o nim jednak chciałem mówić, bywali tu i inni... Już coś dawno nie widzieliśmy tego kochanego szałaputa Władzia, ani naszego sensata Waleta! He! Cóż mościa panno? Źle!
Jadwiga czerwieniła się coraz mocniej, czarne jej oczy nabierały metalicznego blasku, przyczyną, którego mogło być tak rozrzewnienie, jak też i podrażnienie nerwowe. Twarz pochyliła nad talerzem i milczała zawzięcie aż do ostatnich słów staruszka, dopiero po wymienieniu imion dwóch młodych ludzi, podniosła nagle głowę i zawołała porywczo:
— Ah! Dziadzio jest całkiem niegodziwy! Cóżem mu zawiniła, że się tak ze mnie wyśmiewa? Wiem przecież, że tak pan Władysław jak i pan Walery są światowcami, którzy z grzeczności tylko i przez wzgląd dla wujostwa rozmawiają ze mną... Nie, dziadziu!... Nie spodziewałam się tego po nim..
— Gadaj zdrowa, pliszko; gadaj! — przerwał jej śmiejąc się staruszek. Wiesz ty doskonale, że obaj ci panicze światowi poszli by w ogień, gdybyś tego zażądała.. Ale dajmy temu pokój, kiedy już tego twoja panieńska polityka wymaga...
Tu dziaduś przerwał, a przy stole zapanowało kłopotliwe milczenie; wszyscy mieli oczy wlepione w talerze i bezskutecznie starali się napełnić łyżki zupą, zaczerpując zaledwie ostatnie jej krople. Znać uczuł pan kapitan, że poruszył drażliwy i niemiły przedmiot, bo wnet rozpoczął inną rozmowę, jakby dla zatarcia wrażeń, wywołanych pierwszą.
— Józek! Ho! A gdzieś to waść rano bywał? — zwrócił się do młodego syna marszałkostwa, siedzącego tuż obok niego, po lewej stronie. — Gdzieżeś to bywał, żeś nie przyszedł do mnie na lekcję fechtunku?
— Chodziłem do Jana stolarza — odparł, mięszając się chłopak — potrzeba mi było... takiego krążka... takiego małego.. Jadwisia wie jakiego, jej opowiedziałem wszystko.. Koniecznie go potrzebowałem do moich doświadczeń... Przecież dziaduś wie, że ja chcę być fizykiem.
— Fizykiem! fizykiem! — zawołał zirytowanym głosem kapitan. — Piękna szarża, nie ma to mówić... Ja ci powiem: czy zostaniesz fizykiem urzędowym, to jeszcze szeroko król Dawid o tem pisał, na to trzeba strasznie długo się uczyć i praktykować, ale, że staniesz kiedyś — „jak fizyk,“ gdy cię kto wyzwie — to pewna.. Pałasza wziąć w łapę nie umiesz, a nogami tak skaczesz, jak żaba.. Pfe! wstyd i obraza boska!
— Kiedy mnie to dziadziu męczy strasznie — odpowiedział cicho skonfundowany chłopak.
— He! Co! Co tam mówisz? Nie słyszę! Głośniej! głośniej! — i nachylił ku niemu lewe ucho.
Józio powtórzył głośniej poprzednio wyrzeczone zdanie.
— Męczy! — szepnął dziwnie gorzkim głosem starzec. — Was dziś już wszystko męczy. Męczy!.. Brzydkie czasy, plugawe czasy!.. Komu ja zostawię moję szablę, com ją po ś. p. panu regimentarzu, moim wuju, a twoim hebesie pradziadku odziedziczył?... Komu ją zostawię, żeby ją do czasu, kiedy będzie znowu potrzeba, przechował, żeby mi jej nie zohydził... Jeden Władek... on jeden!.. Cóż, kiedy i ten hultaj.
W całej postaci starego kapitana widniał teraz głęboki smutek, drżał on w jego głosie, który stawał się coraz to cichszy; wreszcie umilkł starzec, opuścił głowę na piersi i tak siedział bez ruchu, bez słowa na ustach kilka chwil, wreszcie znać zwyciężył boleść, bo wzniósł spokojny już i swobodny wzrok na otaczających go i tylko ręką machnął niechętnie, jakby tym ruchem chciał zagłuszyć niemiłe myśli.
— Eh! mówmy mości dzieju o pszenicy, albo o burakach, to stosowniejszy dziś temat, niż szable — przemówił, udając wesoły ton. — Cóż tam, mój marszałku, dużo masz kóp pszenicy w tym roku?
Tem zapytaniem rozpoczął staruszek potoczną rozmowę o sprawach codziennego życia, która, dzięki przezorności marszałkowej trwała już nieprzerwanie aż do końca obiadu.
Po obiedzie gospodarz domu wyszedł do swej kancelarji dla załatwienia kilku naglących korespondencyj, kapitan wyciągnął Józia na przepiórki, pani Marja zaś wraz z Jadwisią przeszły do gabinetu.
Panienka zrazu zatopiła się pilnie w swojej krosienkowej pracy, a pani marszałkowa rozcinała i przeczytywała przyniesione dziś rano z poczty pisma, których spory plik leżał przed nią na stole. Pilność panny Jadwigi nie długo jednak trwała; myśli jakieś nurtujące po jej pięknej główce, wywołujące rumieńce na jej twarzyczce i powodujące zmięszanie przy słowach kapitana, owładnęły znać obecnie całą jej istotę, bo zwolna ręce jej opadły bezwładnie na zahaftowaną zaledwie w połowie kanwę, małą, ślicznych kształtów główkę oparła na poręczy wysokiego krzesła, a oczy czarne zamglone dziś jakąś marzycielską mgłą, patrzyły wprost przed siebie, lecz zdawało się, że nie spoczywają one na malowidłach, zdobiących ściany gabinetu, ale spoglądają dalej po za te grube mury starego dworca, gdzieś w dal, w nieokreśloną, niezbadaną przestrzeń... Wbrew własnym chęciom i postanowieniom dziewczyna — marzyła.
Któż jest w stanie opisać dokładnie dziewczęce marzenia?
Otoczył ją w koło rój znajomych postaci; starsze panie nie szczędziły jej uwag i nauk; przyjaciółki, rówieśnice kłamały jej serdeczność i przywiązanie, a w głębi duszy zazdrościły jej: czarnych, gwiaździstych oczu, hołdów składanych jej, opieki wszechwładnej marszałkowej; widziała się okrążoną całym legionem młodych ludzi, wszystko to dobrzy znajomi, ludzie obdarzeni dowcipem salonowym, bawiący ją ciętą, francuskiemi słowami naszpikowaną rozmową — o niczem.
Postacie te zmieniały się, przesuwały i kształtowały w najrozmaitsze grupy, niby ruchome szkiełka w kalejdoskopie... Wreszcie tłum zrzadł, usunął się gdzieś w dal, a na pierwsze miejsce, na czoło, przedarły się dwie męskie głowy, dwie pary oczu.. Różniły się one między sobą zupełnie, a jednak coś je z sobą jednoczyło, coś niepochwytnego czyniło, że mimo różnic zasadniczych, oczy te dla niej miały podobny wyraz; — tem czemś niepochwytnem było uwielbienie, które ona dla siebie w obu parach tych oczu widziała wyraźnie.
Odgadła wybornie — jak każda zresztą kobieta odczytała wyraźnie w spojrzeniach tak Walerjana jak i Władysława, że obaj oni mają w sercach dla niej uczucie prawdziwe i nie udane, nie kłamane...
— Czy ona którego z nich już kocha? Czy wybrała już? — Sama nieraz zadawała sobie to pytanie, lecz nigdy nie znajdywała w głębi serca kategorycznej odpowiedzi... Zdawało się jej, że obaj są jej równie mili... Czasem znowu opanowywał ją smutek dziwny i zwątpienie jakieś bezgraniczne — niby rozpacz bezbrzeżna i zdawało się jej wówczas, że to złuda tylko, że obaj oni drwią sobie z niej — biednej dziewczyny, panny bez posagu, przyjętej z łaski przez bogatą, daleką ciotkę...
— A może choć jeden kocha prawdziwie? — zapytywała sama siebie, pocieszając się w strapieniu. Wówczas przed oczami wyobraźni zjawiała się pierwsza okrągła, poczciwa twarz Władysława, a jego błękitnawo-siwe oczy śpiewały jej cały cudowny poemat bezgranicznego przywiązania... A jednak nigdy słowem jednem nie potwierdził ten hulaka światowy, ten nieustraszony jeździec i zawadjaka — tego, co tak wyraźnie mówiły jego oczy.
— On podobno zrujnowany! — szepnęła w duszy smutnie dziewczyna — chociaż mnie kocha, nigdy tego nie powie, ożeni się zapewne z Niną Monchówną dla poprawienia swoich interesów... Na tę myśl uczuła w duszy straszliwą niechęć, złość prawie do tego zrujnowanego junaka. Opiekunowie bowiem nauczyli ją szanować materjalną stronę życia; w oczach marszałka i całego jej otoczenia najstraszniejszą zbrodnią było — marnować odziedziczony po przodkach majątek; zresztą wiedziała sama dokładnie, że jest on w życiu potrzebny, że trudno się bez niego obejść.... Zapamiętała z dzieciństwa owe straszne dni, które przeżyła przy konającej matce w zimnej izdebce na poddaszu, w nędzy najokropniejszej; poznała wówczas, co to znaczy brak majątku i obawia się teraz, by kiedyś znowu nie znaleźć się w podobnem położeniu....
Brrrr!... Dreszcz ją przejmuje na samo wspomnienie.
Dreszcz ten odegnał sylwetkę Władysława z przed oczu jej wyobraźni... Chwilę nie było nikogo, chaos i próżnia, wkrótce jednak z próżni tej wychyliła się inna twarz, podłużna, smagło biała, a tak delikatnych rysów, że możnaby sądzić, że ją rzeźbiarz jako model wykuł z marmuru.. Twarz to zmęczona już trochę życiem, które wyżłobiło nie jednę bruzdę na tem wyniosłem czole; oczy jednak płoną jak niewygasające nigdy ogniska, jak drogocenne brylanty w jarzącem oświetleniu balowej sali. I w tym iskrzącym, złotawym blasku czarnych oczu dojrzałego, z życiem obeznanego męża zdawało się jej, że czyta czaru pełne słowo: — kocham! Zdawało się jej, lecz nie była jeszcze tego pewną.. Postać „pana“ Walerego otaczała w jej oczach taka aureola, że nigdy nie śmiała odważnie zajrzeć w głębię jego czarnych oczu i czytać, co w nich spoczywa; lęk jakiś ogartywał ją wówczas, gdy on do niej się zbliżał, drżącym głosem odpowiadała na jego grzeczne zapytania i uważała go w marzeniach swych dziewiczych za jakiś niedościgniony, nadziemski ideał, za bohatera z podań bajecznych. Instynktem kobiecym wiedziona, przeczuwała, że i ten „doskonały“ kocha ją, a jednak i on milczał i uczuć swych nie zdradzał..
W tej chwili marszałkowa poruszyła się na kanapie, odsunęła dzienniki i bacznie spojrzała na Jadwigę, która uczuła, że mimowolnie cała jej twarz pokryła się gwałtownym, ciemnym rumieńcem. Pochyliła więc — złapana na gorącym uczynku marzycielstwa — zarumienioną twarzyczkę nad krosienkami, siłą woli przerwała na chwilę uparcie wracające marzenia i zaczęła pospiesznie gorączkowo pracować.
— Możebyś się przeszła, Jadwisiu — zagadnęła ją opiekunka — nie dobrze tak siedzieć ciągle, szczególnie po obiedzie.
— Nie, ciociu! Zostanę, chcę koniecznie skończyć przed naszym wyjazdem, mam już tylko tydzień czasu — odrzekła, nie podnosząc oczu od roboty.
— To rób, jeżeliś taka uparta — rzekła, grożąc jej marszałkowa i równocześnie powstała, zbierając się do wyjścia. — Ale pamiętaj, nieposłuszna panno, że jeżeli mi choć trochę pobledniesz, to ci zaraz naszego doktora sprowadzę i żelazne pigułki będą w robocie.. Zobaczysz! Doktor Kocowski nie lubi z takiemi pannami żartować.
— Dobrze, cioteczko! Dobrze! Gotowam umyślnie zacząć chorować, lubię ogromnie z naszym doktorkiem rozmawiać, tyle zawsze ciekawych rzeczy ma do opowiadania...
— Czy może zajęłaś się doktorem? — zapytała, wpadając w dobry humor i śmiejąc się serdecznie marszałkowa. — Nic nie mam przeciw temu, doktor jest bardzo porządny człowiek.
— Nie, ciociu! Nie! — zawołała, wybuchając srebrnym śmiechem dziewczyna. — Doktor łysy i nie zawsze mu wierzę.. Ot, tak go lubię...
Pogroziła ręką jeszcze raz pani Marja figlarnej dziewczynie i wyszła z pokoju.
Wnet potem marzenia opanowały znowu wyobraźnię Jadwigi. Na liljowej kanwie nie przybywało ani jednego ściegu, za to w główce zaniedbującej się hafciarki czarne oczy staczały walkę z niebieskiemi... Nie wiedziała, które jej milsze, choć w duszy pragnęła ujrzeć te i te co najrychlej. W zadumie pogrążona przesiedziała sama nie wiedząc jak długo i byłaby tak siedziała do zmroku, gdyby nie wejście służącej, która przerwała marzenia, wołając pełnym przejęcia głosem:
— Jaśnie pani prosi panienkę na dół, już państwo stoją przed gankiem, już czekają, nawet pan kapitan z panem Józefem z polowania wrócili, tylko co nie widać jak z wiankiem nadejdą, już słychać jak śpiewają za ogrodem.. Proszę panienki iść zaraz, bo inaczej panienka nic nie zobaczy.. Nastce Filemonowej dali wianek, a drużkami Frosyna Mielnikowa i Hańdzia Pałamarowa — same nasze ogrodowe dziewczęta...
Potok wymowy gadatliwej pokojówki byłby płynął jeszcze długo, gdyby nie przerwała go Jadwiga, powstając nagle i wychodząc z gabinetu. Gdy zeszła na dół, ujrzała już marszałka, ciotkę, kapitana z Józiem i całą dwornię zgromadzoną u niezbędnej pałacowej kolumnady. Twarz marszałka przybrała dziwny jakiś wyraz niezwykłej powagi; przygotowywał się do przyjęcia wianka z tegorocznej pszenicy z takiem namaszczeniem, jakby dawny kapłan pogański, druid jakiś mityczny do złożenia symbolicznej ofiary bogom przyrody, siłom dającym urodzaj i obfite zbiory. Piękny był ten siwy szlachcic zasłuchany w nutę pieśni dożynkowej, która płynęła powietrzem i łamiąc się o mury dworca pańskiego i rozbrzmiewała kilkakrotnem echem pomiędzy zabudowaniami gospodarczemi.

„Wyjdy pane z pokoju
Meży hromadu swoju;
Newełyka hromada,
Koły w polu porada“.

Brzmiały słowa pieśni, która pewno wieki przeżyła, którą śpiewały liczne, liczne pokolenia spoczywające już hen tam na mogiłkach, pod darnią zieloną, pod próchniejącymi dębowymi krzyżami.

Tęskna nuta pieśni podziałała na słuchaczy: ustały wszelkie szepty pomiędzy służbą, chłopcy kredensowi i dziewczęta garderobiane z natężoną uwagą i tłumionem westchnieniem przysłuchiwali się tej nucie, która i do ich serc drogę znaleźć umiała, wszak i oni z pod tej słomianej strzechy wyszli, pod którą mieszkają dzisiejsi śpiewacy.
— Maryniu — szepnął do żony marszałek takim przyciszonym głosem, jak mówi się w kościele podczas nabożeństwa — żytni wianek ja odbiorę, ty zaś weź pszenny... A ty Józiu — zwrócił się do syna — odbierz „kwiatki...“[1] Czy masz rublowe banknoty?
— Mam! — odpowiedział tak samo przyciszonym głosem chłopak i cisza zupełna zapanowała znowu.
W bramie wjazdowej ukazał się już tłum włościan. Przodem szła słuszna, silna, rumiana dziewczyna, o krągłej, opalonej twarzy i wydatnych, bujnych piersiach; odziana była w zwykłe ubranie, to samo, w którem pracowała cały dzień, gruby tylko biały wieniec z kłosów żytnich był oznaką dzisiejszego jej dostojeństwa. Tuż za nią postępowała druga smagła, bardzo piękna dziewczynka z wiankiem pszennym na głowie. Obok nich szły cztery drużki mniejsze wzrostem i widocznie młodsze wiekiem, kandydatki na przyszłość do godności „panny młodej“... A po za niemi tłum ludu, wesoły, śpiewający, rozochocony. Teraz każde słowo pieśni dokładnie słyszeli zgromadzeni przed pałacowym gankiem. Żniwiarze śpiewali:

„Wyjdy panoczku do nas,
Wykupy winok wid nas...
Winoczok na kiłoczok
Czerwończyk na tanoczok“.

Cała ta fala ludu wtargnęła już była na dziedziniec pałacowy, gdy nagle coś zamąciło ich pochód; tłum się rozskoczył na strony; jakiś obcy dźwięk przygłuszył nutę tęsknej pieśni... I wnet z po za tłumu żniwiarzy wysunęły się dwa piękne łby rasowych klaczy, które idąc szalonym kłusem ciągnęły mały wózek wprost pod ganek.
Na ten widok twarz marszałka zmarszczyła się nagle, a w oczach błysnął wyraz gniewu.
— Kto to taki? — zapytał nagle, zwracając się do Jadwigi.
Zapytana dziewczyna zarumieniła się gwałtownie, lecz nic nie odrzekła.
— To nasz kochany szaleniec!... To Władek! Nie poznajesz go marszałku? — podchwycił, widząc zmięszanie Jadwisi stary kapitan. — O wilku mowa, a wilk tu! — i podbiegł na powitanie gościa, który zatrzymał w tej chwili spienione konie u samego podjazdu.





Przypisy

  1. Bukieciki z kłosów, które niosą na głowach drużki dożynkowe.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kajetan Abgarowicz.