Klub nietoperzy/Tom I/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Abgar Sołtan
Tytuł Klub nietoperzy
Data wydania 1892
Wydawnictwo Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Drukarz Drukarnia nar. W. Manieckiego
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
VIII.

O pół do dwunastej obudził się Władysław. Czekający jego przebudzenia Żorż podał mu natychmiast herbatę i powiedział, że kozak pana z Zienpola dowiadywał się już dwa razy, czy pan wstał, a wreszcie sam pan przed kwadransem przychodził.
— Idź no zaraz do pana Zienwicza — zawołał porywczo Władysław — i powiedz mu, żeby był łaskaw zatrzymać się chwilę jeszcze w domu, bo mam ważny do niego interes, jak tylko się ubiorę zaraz tam przyjdę.
Chłopak wybiegł w celu spełnienia polecenia, a Władysław zaczął się myć i pospiesznie ubierać, nim chłopak wrócił był już prawie gotów.
— A co? — zapytał wchodzącego.
— Pan mówili, że poczekają ale prosili, żeby się pan spieszył, bo muszą wyjść za godzinę.
Skończył więc Władysław jak najspieszniej ubieranie i na wychodnem wyjął z pugilaresu dwa ruble, dał je chłopcu na strawne i obrok dla koni i obrachował znajdujące się tam jeszcze pieniądze; z wziętych za klacz od doktora sto pięćdziesięciu rubli zostało zaledwie trzydzieście kilka, reszta poszła na wczorajszą ucztę.
— Pal go tam sęk! — szepnął sam do siebie Władysław — to już ostatek. Więcej tego nie będzie! — I z temi słowami na ustach wyszedł z pokoju.
Pospiesznie zbiegł ze schodów, przeszedł dziedziniec i w kilka sekund później wchodził do numeru zajętego przez Walerego Zienwicza. Na jego widok piękny i młodo jeszcze wyglądający człowiek, siedzący dotychczas na kanapie i zajęty czytaniem jakiejś książki, powstał i odkładając książkę na bok, wyciągnął doń rękę na powitanie.
— Jak się miewasz Walery! — zawołał głośno Władysław, lecz uczuł nagle, że pod spojrzeniem przenikliwych a poważnych oczu starszego przyjaciela zarumienił się gwałtownie. — Mam do ciebie ważny interes, umyślnie aż tu za tobą z Zienpola przyjechałem — mówił coraz pośpieszniej, jakby dla dodania sobie odwagi. — No! jak się masz? Co porabiasz?
Walery wnet odczuł całe zmięszanie się Władysława i znał dokładnie jego przyczynę, żal mu się chłopca zrobiło i postanowił skierować z razu rozmowę na obojętne tory.
— Co porabiam? Czytam właśnie sławną powieść panny Rodziewiczówny „Dewajtisa“. Czy znasz ją?
— Tak! znam... to jest znam ją... przezierałem, nie miałem czasu dotychczas przeczytać od deski do deski.
Walery uśmiechnął się nieznacznie, lecz wnet zupełnie poważnie mówił.
— Szkoda, wielka szkoda, żeś ty powieści nie przeczytał. Ciekawa... bardzo ciekawa... Napisana z wielkiem ciepłem, ale jest tam pewne zapatrywanie się, pewien dogmat — na który ja zgodzić się nie mogę... I nie ona pierwsza wnosi go do naszej literatury. Zaczyna mi się już przez uszy przelewać to rozpowszechnianie bałwochwalczego przywiązania do ziemi... to ubóstwianie tej ziemi.
— Przecież w naszem położeniu — zaczął mówić Władysław i czuł, że coraz silniejsze rumieńce biją mu na twarz.
— Czy w naszem, czy nie w naszem położeniu — przerwał mu niecierpliwie Zienwicz — to zawsze jest jedno. Zapewne posiadanie ziemi daje narodowi pewną siłę odporną, pewny ciężar gatunkowy, że się tak wyrażę, ale są rzeczy, są uczucia, które na szali historji narodu zaważą dużo więcej, niż posiadanie samej martwej ziemi. Ja się boję, że nasi zmaterjalizowani dziś powieściopisarze podniosą w umysłach narodu pragnienie posiadania tej ziemi do tego stopnia, że ogółowi na inne uczucia miejsca już nie stanie... A jednak mamy w historji przykłady, że państewka małe, pozbawione ziemi, władały obszernemi zhołdowanemi dzierżawami, a nie mieliśmy jeszcze przykładu, ażeby naród posiadający choćby najobszerniejsze, najżyźniejsze role, a nie mający patrjotyzmu, poniewierający tradycją narodową — oparł się przemocy sąsiadów. Ale dość tego, za dalekobyśmy zajechali... Powiedz mi, jaki masz do mnie interes? Coś wczoraj robił? — Tu uśmiechnął się na pół żartobliwie, na pół smutno.
— Ah! Już ci pewno opowiadano o naszych wczorajszych historjach. Djabli mię ze złości biorą, żem się dał w to zamięszać... Kto ci mówił? Mechel?
— Nie! Na dziedzińcu, idąc rano do ciebie, spotkałem starego barona Möncha, zatrzymał mię i z ubolewaniem opowiadał mi o tem, że i ty do tej orgji należałeś. Stary gadał mi takie rzeczy, że pewny jestem, iż połowa co najmniej z tego jest nieprawdą... Zwykłe małomiejskie ploteczki! Opowiadał, że zapłaciliście za kolację i wino tysiąc z górą rubli, żeś się upił okropnie i... żeś obił na ulicy jakiegoś aktora w kłótni o aktorkę. Wiesz, że ja nie mam prawa potępiać nikogo za takie rzeczy, bo niezbyt dawno popełniałem takie same szaleństwa i znam tego szatana, który wówczas gnieździ się w duszy ludzkiej, ale zawsze ucieszyłbym się serdecznie, gdybyś raz porzucił te historje i to towarzystwo.
Choć słowom Zienwicza nic nie można było zarzucić, jednak w tonie, jakim wypowiedziane były, leżał jakiś dziwny chłód, coś, co zmroziło odrazu całą serdeczność, z jaką Władysław doń śpieszył.
— Eh! nie warto o tem mówić — odparł zlekceważeniem, uśmiechając się trochę ironicznie — najzwyklejsza, bardzo skromna kolacyjka z aktorkami, byłeś na stu pewno wspanialszych, a co do aktora... ah! prawda, kopnąłem jakiegoś tam kpa nogą przy wyjściu z restauracji, ale też był niemożliwie pijany i nudził mię okropnie... Zostawmy zresztą całą tę sprawę, nie ma o czem mówić. Ja mam inny, bardzo ważny interes do ciebie.
— Słucham cię! — odpowiedział Zienwicz, a w głosie jego czuć było coraz więcej wzbierający smutek.
Władysław opowiedział mu wszystko co wiedział od doktora o paszkwilu napisanym na pannę Jadwigę, Walery słuchał uważnie od czasu do czasu marszczył gniewnie brwi, czasem oko błysnęło mu dzikim jakimś połyskiem, ale ani razu nie przerwał Władysławowi opowiadania. Gdy ten skończył, Zienwicz zapadł w głęboką zadumę, głowę oparł na łokciach i milczał, a twarz mu się dziwnie mieniła i łamała pod wrażeniami różnych uczuć. Wreszcie podniósł głowę i patrząc przenikliwie w oczy Władysława, zapytał nagle:
— Właściwie o co chcesz się mnie poradzić?
— No! Oto czy wyzwać Wędzolskiego? Czy nie? — odparł niecierpliwie Władysław.
— Czy wyzwać Wędzolskiego? — powtórzył, namyślając się Walery. — Zapewne, że panna Jadwiga jest tego rodzaju kobietą, że warto w obronie jej dobrej sławy narazić nie jedno, ale trzy życia.. — Powiedział to z takim zapałem, że aż sam go się zawstydził, przerwał więc na chwilę i później mówił już zimno. — Lecz nim odpowiem ci na twoje pytanie, muszę postawić trzy inne... Mianowicie: Czy z Wędzolskim można się w ogóle bić?... Pamiętam jak twój dziad opowiadał o jego zacnym rodzicu, że był złapany jako ekonom w jednym z waszych folwarków na złodziejstwie, że został za to obity i haniebnie wygnany.
— To najmniejsze! — przerwał Władysław. — To był jego ojciec... Dziś z żydami nawet już się ludzie biją. Mów, co dalej.
— Po drugie czy gadanina lub pisanina takiego Wędzolskiego może zaszkodzić sławie panny Jadwigi? Co? A widząc, że Władysław nie odpowiada, mówił dalej. — Po trzecie, mój kochany, tu przychodzi najdrażliwsza kwestja ze wszystkiego. Czy ty masz prawo stawać w obronie sławy panny Jadwigi? Czy ona cię do tego upoważniła?
Słowa te mówił powoli, dobitnie, a zdawało się, że oczami pragnie przejrzeć do głębi duszy Władysława... Po chwilowem milczeniu rzekł znowu:
— Przed godziną był tu Karol, mówił mi, że ty kochasz pannę Jadwigę. Czy to prawda? Co do mnie...
Nie skończył, bo Władysław przerwał mu zrywając się nagle z krzesła i stając przed nim, był przytem dziwnie blady i drżał cały. Już zapał, z jakim mówił Walery o pannie Jadwidze, nie podobał mu się bardzo, zranił go boleśnie, a ostatnie pytanie, odkrycie tajemnicy — którą uważał za świętość, za skarb własnej tylko duszy — uznał za świętokradztwo. W tej chwili uczuł gwałtowną konieczną potrzebę ukrycia swych uczuć, choćby kosztem zaparcia się ich, choćby przyszło okupić mu to ukrycie ceną — kłamstwa.
— To nie prawda! — zawołał gwałtownie. — Skąd Karolowi mogła podobna myśl przyjść? Nigdy mu nic podobnego nie mówiłem. Sam wybudował w swej pustej głowie całą tę ramotę i nie dość, że mnie nią zamęcza, ale jeszcze i ludziom rozpowiada. Nie! nie! nie!.. — tu przerwał, bo z oburzenia głos mu tak drżał, że nie mógł słowa więcej wymówić. — Jeżeli nawet miałem zamiar wyzwania Wędzolskiego — mówił dalej — to tylko dla tego, że ta podła kreatura, którą marszałek rozzuchwalił do reszty, za wiele sobie pozwala. Chciałem go ukarać za to, że śmiał szczekać na wychowankę mojej ciotki, zresztą na moję daleką kuzynkę, na pannę bądź co bądź należącą do naszego towarzystwa... Żadnych innych ukrytych przyczyn nie miałem.
W miarę słów Władysława, zasępiona dotychczas twarz Zienwicza stopniowo rozpogadzać się zaczęła, a gdy skończył młody zapaleniec mówić, odetchnął pan Walery tak swobodnie, jakby mu jaki wielki ciężar spadł z piersi; z pięknych jego oczu strzelił jakiś dziwny promień zdradzający szczęście i wewnętrzne zadowolnienie.
— Mojem zdaniem mój drogi — przerwał Władysławowi Zienwicz — z takimi jegomościami jak ten pan porządni ludzie bić się nie powinni... Une belle épée monsieur Wędzolski!... Najlepiej ponoś kończyć podobne sprawy pogardliwem milczeniem... Ale, ale — dodał po chwilowym namyśle, jakby coś sobie nagle przypominając. — Czy będziesz u Möncha? Okrutnie się o ciebie dopytywał; siedzi tu już od trzech dni z oboma pannami. Młodsza wcale niczego, byłem wczoraj po obiedzie u nich i nie źle się bawiłem.
— Nie! nie pójdę do nich — odpowiedział niechętnie Władysław — stary jest to nieznośna nadęta purchawka, podszywająca się ponoś pod obce nazwisko i tytuł; cała ta ogromna fortuna djabli wiedzą skąd się wzięła; no, a panny są okropnie nudne z tem swojem bezustannem wzdychaniem i z całym tym sentymentalnym aparatem... Wyobraź sobie Nina zaczęła mi kiedyś czytać księgi Ga...bry...je...li... uciekłem natychmiast...
— Przepraszam cię Władziu — przerwał mu Zienwicz — ale ja muszę przed pierwszą być w banku... Punkt o pół do drugiej będę w restauracji, tu na dole. Przyjdź, to zjemy razem objad.
Władysław wziął za kapelusz i wyszli razem. Na dziedzińcu pożegnali się milcząco. Walery poszedł do miasta, a Kierbicz wrócił do swego pokoju.
— Żorż! — zawołał wchodząc — spakuj mi natychmiast rzeczy, Hryniowi każ, niech da dubeltowy obrok na południe, napoi i niech ma konie przygotowane, po objedzie wyjeżdżamy.
Żorż stanął zdziwiony i patrzył się na pana tak, jakby nie rozumiał słów, które słyszał.
— Jak, jak proszę wielmożnego pana?... to my mamy dziś jechać?
— Jak słyszałeś! — krzyknął niecierpliwie Władysław. — Koniom dubeltowy obrok, rzeczy spakować, po objedzie marsz!
— Słucham! — odpowiedział bezdźwięcznym głosem chłopak, ale widocznie dyspozycja ta nie zrobiła mu przyjemności...
W tej chwili zastukał ktoś dwa razy systematycznie do drzwi i na głośno wymówione przez Władysława: proszę! wszedł do pokoju słuszny, suchy o siwych włosach, a czarnych farbowanych wąsach i faworytach staruszek; trzymał się prosto z żołnierską brawurą; chociaż nogami suwał już niezdarnie, to ogolona i wyświeżona twarz nie pozwalały jeszcze na zastosowanie doń nazwy starca.
— Kochanego pana Władysława! — zawołał rozkrzyżowując szeroko ręce — a w głosie jego brzmiał wyraźnie cudzoziemski jakiś akcent. — Nie chciała góra do Mahometa, to przyszedł Mahomet do góry... Jakże tam zdrowie?... Hi! hi! hi! figlarze... hi! hi!... wiem ja, jak to wy przepędziliście wczorajszą noc... No! no! To nic złego! Pamiętam.. hm! hm! nie jedną taką i w pruskich kirasjerach, pułk księcia Alberta i w rosyjskich kawalergardach.. Tak, tak, kochany panie Władysławie, w obu tych sławnych pułkach służyłem... Znam się na takich zabawach! Znam!.. No! ten hrabia Karol, to tęgi chłopiec, tak śmiałem się, gdy opowiadał mi, jak to wykierowaliście na dudka tego Mądrowskiego... Ha! ha! Po co jemu do panów się pchać!?
Władysław milczał ogłuszony, oszołomiony nieokiełznanym potokiem wymowy barona, a stary widząc, że gospodarz nie odpowiada mu, nie przerywał swej oracji.
— Panie Władysławie kochany — trzepał baron dalej — moje panienki wysłały mnie tu z prośbą do pana, ażeby pan z hrabią Karolem koniecznie dziś przyszli do nas na herbatę... i przyprowadźcie z sobą tego pana Sępińskiego.. to podobno bardzo przyjemny chłopiec.. Hrabiego, jego ojca, znam, ale nie bywamy u siebie..
Byłby tak trzepał bez końca, gdyby nie to, Władysław odpowiedział mu, iż przyjść dziś nie może, bo zaraz po obiedzie musi jechać. Później przypomniał sobie, że trzymał od kwadransa starego barona stojąc na środku pokoju, poprosił go więc, by usiadł, potraktował papierosem, usiadł naprzeciwko gościa i.. słuchał. I byłby go słuchał do wieczora, do późnej nocy może, gdyby nie wpadł do pokoju Żorż z doniesieniem, że pan z Zienpola poszedł do restauracji na obiad i prosi żeby i pan Władysław zaraz przychodził.
Wstał więc baron, wzdychając wyjawił Władysławowi swój żal, że nie będzie miał przyjemności widzieć go dziś u siebie i pożegnał go mówiąc, że musi iść do córek, które u siebie w numerze u „Narolskiego“ razem z ojcem obiadować będą. Pożegnali się więc bardzo czule i Władysław odprowadziwszy barona do bramy poszedł do restauracji.
W sali bilardowej zastał całe wczorajsze towarzystwo, zgromadzone koło bufetu i Zienwicz był z nimi, bawili się wszyscy wesoło nie wyjmując i Zienwicza i Dolka Rossochackiego, który wypijał szósty już z rzędu kieliszek wódki i opowiadał, że musi pocieszyć się po zawodzie, jakiego doznał po poznaniu się z klasycznie piękną Karwiną.
— Władek, miałeś nos! Powiadam ci, nos! — mówił zwracając się do wchodzącego w tej chwili Kierbicza — w twoje ręce Władek!
— Powiadam ci, rano nie mógł się chłopak doczyścić paletota, tak był z prawej strony zawalany blanszem. Pytał się bestja: com we młynie robił? Słowo wam daję! Zresztą wierzcie, lub nie wierzcie, wszystko mi jedno! Władek! Cóż ty nie pijesz?
— A daj mi pokój! Cóż ty myślisz, żem taka nie możliwa do napełnienia kufa, taka beczka dziurawa, jak ty! — odpowiedział, witając się tymczasem ze znajomymi Władysław — Od tej waszej wczorajszej bachanalji jeszcze mię głowa boli i zgaga nieznośna piecze. Hej tam! — krzyknął do podchodzącego służącego — daj no mi Walek zaraz kwaśnego barszczu... Czy gabinet na prawo wolny?
— Nie, proszę jaśnie pana, oba zajęte, ale jest jeden stół w pokoju na prawo wolny, pan Zienwicz kazał tam dla panów podawać.
— Zostawcie tego opoja przy bufecie — zawołał Władysław, zwracając się znowu do towarzyszy, — chodźcie jeść, bo głodny jestem jak żbik.. Chodź Karlosie!.. Mam ja z tobą na pieńku, porozpowiadaliście już całemu światu o wczorajszej kolacji.. Dziś baron do mnie przyłazi i gada mi.. dziury w brzuchu świdruje opowieściami z wczorajszej nocy.
— Dolku! Viens vite! Słuchaj! — zawołał hrabia Karol na wypróżniającego już ósmy kieliszek Rossochackiego. — Twoje projekty w łeb wzięły, Władek pewno myśli o baronównej, bo łaje mnie za to, że zdradziłem przed baronem tajemnice wczorajszej nocy.
— Są dwie baronówny! — odparł flegmatycznie Dolko — można się podzielić. Garson, nalej mi jeszcze dziewiąty kieliszek wódki.. To już ostatni!..
W pokoju, do którego całe to towarzystwo weszło, było dwa stoły: jeden zupełnie wolny, przy którym rozsiedli się nowo przybyli, przy drugim zaś siedziało czterech mężczyzn zajętych jedzeniem i ożywioną rozmową. Zienwicz, wchodząc pierwszy, skinął lekko głową w stronę tych panów, na co odpowiedzieli mu oni jeszcze mniej znacznem skinieniem; hrabia Karol, Władysław, Wicio udali, że sąsiadów swych zupełnie nie widzą.
— Szaraczki się i tu już złażą — szepnął Karol do ucha Wiciowi i rzucił w stronę sąsiadów drwiące spojrzenie.
— Patrz! patrz! jaki krawat? niebotyczny, fioletowy w zielone grochy — odpowiedział mu głośniej już młody huzar — a co za łańcuszek. Zarazbym go odesłał do jakiego smoka na edukację, on by się talmudu poduczył, a ja zgarnął bym sporo mamony... To muszą być jakieś tantne kawalery.
— Śmiecie! — huknął na to przez zęby Karol i zabrał się do podanej zupy.
Towarzystwu przy drugim stole prezydował słuszny mężczyzna o dość przystojnej, ale pospolitej twarzy, okolonej bujnemi czarnemi faworytami, odziany był z pretensjonalną przesadą, więc nie smacznie; suknie jego choć z dobrego materjału zrobione, leżały na nim niezgrabnie jakoś i tak, jakby nie na niego były uszyte. Siedział na pierwszem miejscu i widocznem było, że trzej inni uważali go za wyższego od siebie, bo z widocznem uszanowaniem i pewną czołobitnością się doń zwracali. Od czasu do czasu rzucał ten pan niechętne i zawistne spojrzenia w stronę nowoprzybyłych, lecz robił to niespostrzeżenie i w ogóle starał się udawać, że nie zwraca na nich uwagi.
— Powiadam wam, panowie, nie ma jak Warszawa! — mówił podniesionym głosem — byłem tam w czasie wystawy, a choć równocześnie odbywały się i wyścigi, mimo tego nie czuć było tej nieznośnej, aroganckiej paniczerji.
Słuchacze kiwali potakująco głowami; Karol uśmiechał się złośliwie i ironicznie; Wicio to bladł, to czerwieniał, ale Zienwicz tak popatrzył nań, że przykuł go do krzesła.
— Pojadę i w czasie karnawału — mówił dalej pachnący paczulą kawaler — zabawić się można; nasza arystokracja nie bardzo spieszy do Warszawki, bo jej tam ciasno, ludzie nie pozwolą sobie imponować, tak, jak u nas się to robi.
— Dołku! — zawołał, parskając śmiechem hrabia Karol. — Wiesz, że ja tego roku wybieram się na karnawał do Pacanowa. Do Warszawy i innych miast nie pojadę, bo tam taka moc sznapantów różnego rodzaju się ściąga, że wytrzymać trudno.
Bon! Nous allons partir a Pacanów — odpowiedział zgodny Dolko i kazał sobie podać drugą butelkę oporto.
Przy drugim stole, choć słyszano dobrze rozmowę hrabiego z Dolkiem, nie zwrócono na nią uwagi, tylko wspaniały amfitrjon zmarszczył brwi, rzucił w stronę hrabiego kilka spojrzeń, nacechowanych pogardą, i mówił dalej z powagą:
— Czyś czytał, Sławku — zwrócił się z zapytaniem do długiego, chudego, o głupkowatej twarzy młodzieńca, siedzącego obok niego po prawej stronie — tę poezję, którą napisał ktoś na tę pannę z Uniża?... Podobno bez grosza i bałamuciła naszego Michałka Wędzolskiego, a do innych paniczów słodkie oczy robiła...
Na dźwięk tych słów Zienwicz zbladł jak kreda, usta mu zaczęły drżeć konwulsyjnie, lecz nadludzką siłą woli opanował szalony gniew, który go porwał, wstał tylko i zbliżając się do jegomości o czarnych faworytach, przemówił doń powoli i z widocznem panowaniem nawet nad tonem głosu:
— Jestem Walery Zienwicz.
— Adolf Mebelski, do usług pana dobrodzieja! — odparł pospiesznie drżącym głosem zagadnięty i zrywając się z krzesła wyciągnął rękę ku Zienwiczowi.
Lecz Walery nie zauważył, czy nie chciał zauważyć tego ruchu, tylko patrząc na pachnącego eleganta piorunującym wzrokiem, mówił dalej:
— Czy pan wiesz, panie... Mebelski, kto napisał ten paszkwil na pannę Molską?
— Nie! Słowo panu dobrodziejowi daję, że nie, niech mnie zabiją, jeśli wiem! — mówił coraz ciszej i niewyraźniej Mebelski, zgnębiony wzrokiem i słowami Walerjana.
— Szkoda, że pan nie wiesz — przerwał mu Zienwicz — poprosiłbym pana, ażebyś raczył powiedzieć owemu szanownemu autorowi, że za takie dzieło można dostać kijami... A panu, szanowny panie Mebelski, radzę serdecznie na przyszłość nie wspominać w miejscach publicznych nazwisk mało znanych lub zupełnie panu nieznanych pań, bo tego nie robią nigdy dobrze wychowani ludzie, bez względu na to, czy są arystokratycznych, czy demokratycznych przekonań... Żegnam pana, panie Mebelski.
I kiwnąwszy głową, wrócił na dawne miejsce.
W całym pokoju zrobiła się cisza głucha, trwająca kilka minut; pierwsi przerwali ją Mebelski i jego towarzysze, którzy skończywszy już jeść wstali i ukłoniwszy się Zienwiczowi, wyszli do sali bilardowej, by tam przy bufecie zapłacić za obiad. Po ich wyjściu przemówił pierwszy Jaś Mądrowski, milczący dotychczas zawzięcie.
— Dobrze mu tak! — mówił zuchowato. — Nie mogę znosić głupiej facjaty tego Mebelskiego, przybiera to zawsze jakieś tony.
— Żeby był pan Walery nie dał mu tej nauki — przerwał Jasiowi dobrze podpity już Wicio Sępiński — to ja byłbym mu jej udzielił... Tylko po swojemu... po gwardyjsku, raz dwa w gębę, później nogą gdzie należy i fora za drzwi.. Swołacz kakaja[1].
— To źlebyś pan był zrobił, mości hrabio — odparł, surowo nań spoglądając Zienwicz. — Nikt z nas tu nie ma prawa wywoływać burdy, w którą byłoby wmięszane nazwisko panny Molskiej.. Zdaje mi się, że ten pan i tak dostał dostateczną nauczkę.
Hrabia Karol siedział milcząc uśmiechał się tylko ironicznie i spoglądał na przemiany to na Zienwicza, to na Władysława.
Władysław był pochmurny, jak noc grudniowa; zachowanie się Zienwicza zaimponowało mu ogromnie, podziwiał go; podziwiał jego spokój, jego zimną krew; nie mógł sobie jednak darować, że nie on to zrobił, że nie on skarcił głupiego parafjalnego fanfarona; czuł jednak wyraźnie, że nie byłby potrafił zrobić tego tak — jak to zrobił Walery; że byłby się uniósł i zrobił awanturę. To przeświadczenie najbardziej go gnębiło. Milcząc, dokończył obiadu, duszkiem wypił czarną kawę, pożegnał się ze wszystkimi kiwnięciem głowy i wybiegł pośpiesznie z restauracji. Na dziedzińcu kazał Hryniowi zaprzęgać konie, a Mechlowi podać rachunek i poszedł do swego numeru. Żorż miał już rzeczy spakowane i wynosił je właśnie na wózek.
Władysław siadł ciężko na fotel i zamyślił się głęboko, był sam na siebie rozgniewany straszliwie, pogardzał prawie sobą. Czuł, że popełnił dziś dwa błędy, których nie dopuściłby się nigdy prawdziwie odważny i rycerski człowiek: nasamprzód przed Zienwiczem — dawszy się unieść jakiemuś małodusznemu wstydowi — zaparł się swej miłości dla Jadwigi, a później temuż samemu Zienwiczowi dał się uprzedzić w obronie jej czci... jej honoru...
Nienawidził siebie, ale też uczuwał w głębi piersi rodzącą się nienawiść ku temu zimnemu, wyższemu ponad tłum zwykłych śmiertelników, bez wszelkiego zarzutu doskonałemu.. przeciw temu dawnemu przyjacielowi, który go na każdym kroku przyćmiewał, na drugi plan spychał. Niewyraźnem jakiemś przeczuciem duszy był już teraz prawie pewny, że od tego doskonałego człowieka spotka go jakaś boleść wielka, że on mu odbierze skarb najdroższy. Zaciskał tylko pięści i drżał bezsilnym gniewem, tak, jak drżą dzieci i kobiety...
— Wyście wszyscy nie mężczyzni, wyście tkliwe kobiety — przypomniał sobie słowa Licharowej... Ten jeden tylko prawdziwy mężczyzna — szepnął sam do siebie — i tylko współzawodnictwa tego jednego się boję.
— Jaś, idź do swego numeru, doleciał go z korytarza głos hrabiego Karola — mam coś do pomówienia z Władkiem, czego ty słuchać nie masz potrzeby.
— Przecież i ja jestem nietoperz! — odparł mu zuchwało, należycie podpity Jaś — mam więc prawo być obecnym przy waszych naradach.
— Głupiś! Wracaj do pokoju. Wyłysiałeś już, a nie wiesz, że nietoperz nierówny nietoperzowi... tyś z drobnych nietoperzy.. No idź! Hrabia był zirytowany do tego stopnia, że zapomniał nawet o francuzczyznie, głos mu drżał i lada chwila można było spodziewać się wybuchu, zrozumiał to wreszcie Jaś i nie nalegając więcej zbiegł po schodach na dół; Karol wszedł do pokoju Władysława.
— Władek! — zawołał hrabia porywczo, wpadając do pokoju — Co ty najlepszego robisz? Es tu enragé? Gdzie jedziesz? Poco konie każesz zaprzęgać?
Władysław wstał i przeciągle spoglądając na wchodzącego rzekł:
— Jadę do Uniża.
— Po co? Marszałkowa z panną pojechały już do Badenu... Sępiński mi mówił, był tam niedawno i nikogo w domu nie zastał.
— Jeszcze są, jadą dopiero za tydzień — odparł niechętnie Kierbicz i odwracając się, zapalił papierosa.
— A choćby i za miesiąc, to nie zmienia sprawy — wołał hrabia, unosząc się coraz bardziej. — Po co tam pojedziesz? Wiem, że ci ta Jadwiga zajechała w głowę, ale to na darmo: goły jesteś, a ona za gołego nie pójdzie, bo sama taka... A gdyby była przypadkiem taka głupia i zdecydowała się iść, to ty miej rozum i nie top się... Pamiętaj, że winniśmy na wspólne weksle do trzydziestu tysięcy rubli i tu i w Odessie i w Kijowie...
— Z tego moich jest tylko siedm — przerwał mu Władysław smutnym i przybitym głosem..
— Mniejsza z tem — mówił dalej, nie dając sobie przerwać Karol — miałem nadzieję, że ty się pierwszy bogato ożenisz i zapłacisz te długi, a ja ci oddam po śmierci moich rodziców... Żeniąc się z tą panną Molską, gubisz siebie i gubisz mnie... Żydzi dowiedziawszy się, żeś się ożenił bez grosza posagu, zwalą się wszyscy na mnie i będę zgubiony, rodzice moi dowiedzą się o wszystkiem... Brrr!... Choć w łeb sobie strzel... Władek, zastanów się! Opamiętaj się! Nie gub mnie i siebie... Ja ci nie mogę na to głupstwo pozwolić.
Ostatnie słowa wyczerpały do reszty cierpliwość Władysława, stuknął porywczo nogą i zawołał:
— Proszę cię, nie mięszaj się do moich spraw! Prawda, że winien jestem na nasze wspólne weksle siedm tysięcy rubli, ale zapłacę je przed ślubem jeszcze.. zapłacę z tegorocznej krestencji.. A teraz daj mi pokój!
— Władziu! nie bądź warjatem — przemówił doń hrabia innym już tonem i zbliżając się ku niemu wziął go za rękę. — Ty wiesz, że ci najlepiej życzę. Nie gub się! Ożeń się z Mönchówną. Nina szaleje za tobą.. Pewno, że ten Mönch, to taki Mönch, jak ja Hamilton, ale dziwament nie zbyt szpetny, a stary baron każdej z córek daje w dzień ślubu trzykroć sto tysięcy blatów w doskonałych akcjach cukrowarnianych i w chersonesach[2]. Jeżeli już koniecznie masz się żenić, to żeń się z Niną, nie zła dziewczyna.
— Karolu! — przerwał mu Władysław, a wyrazista jego twarz przyoblekła się niezwykłą powagą — Ty mnie znasz od dziecka i wiesz, że tylko ożeniwszy się z kochaną kobietą mogę stać się porządnym człowiekiem. Nawet gdyby Jadwiga nie zechciała pójść za mnie, to... przebolałbym ten cios, ale nie straciłbym przynajmniej szacunku dla siebie samego. Sprzedawszy się takiej Ninie za jej akcje, od razu zrównałbym się z takim Dolkiem, z takim Jasiem Mądrowskim, z takim Sępińskim...
— A żeniąc się z Molską — zawołał Karol, unosząc się znowu — zrównasz się z takim Ursyńskim i żydzi cię rozdrapią, staniesz się parobkiem Fiksa, Gitli et consortes. Zastanów się tylko, co ty poczniesz? Znam cię lepiej, niż ty sam siebie. Konie lubisz i musisz ich mieć zawsze więcej niż potrzeba; służby starej, której oddalić nie możesz, masz bez końca; musisz się ubierać u najlepszego krawca, mieć doskonałą kuchnię, pić wyborne wina... Cóż więc poczniesz? Będziesz kręcić światem tak, jak Ursyński, tu pożyczać, tam oddawać.... aż wreszcie przyjdzie katastrofa.... bo przyjść musi i wraz z żoną, znajdziesz się bez dachu.
— Nie marnuj, Karolu, słów nadarmo i wiedz, że wolałbym nawet znosić los takiego Ursyńskiego i wyżej go cenię, niż tę całą hałastrę, która się nas czepia... Te Dolki i Jasie, to wszystko zera... Prawda, że Ursyński ma więcej długów, niż włosów w swej bujnej czuprynie, że ma ciągle nowe romanse, ale z tem wszystkiem jest w nim coś poetycznego, coś wyższego, niż nasze hulanki i orgje; on sam przed sobą udaje przynajmniej uczucie, okpiwa sam siebie — my zaś i tego trudu nie zadajemy sobie... Nie! nie! Mam tego po same uszy i muszę raz z tem życiem skończyć.. Bądź zdrów!
I podawszy mu rękę na pożegnanie, wyszedł z pokoju, zbiegł śpiesznie po schodach, wsiadł na wózek i tak gwałtownie chwycił lejce w ręce, że aż klacze spięły się dęba.
Karol zamyślony zszedł za nim; z uśmiechem popatrzył na szalony wyjazd i mruknął z cicha:
— Figa z tego będzie! Już ja w tem!
Spytawszy Mechla o mieszkanie barona, poszedł do Mönchów z wizytą.





Przypisy

  1. Jaka lichotka.
  2. Papiery chersońskiego banku ziemskiego.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kajetan Abgarowicz.