Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przy drugim stole, choć słyszano dobrze rozmowę hrabiego z Dolkiem, nie zwrócono na nią uwagi, tylko wspaniały amfitrjon zmarszczył brwi, rzucił w stronę hrabiego kilka spojrzeń, nacechowanych pogardą, i mówił dalej z powagą:
— Czyś czytał, Sławku — zwrócił się z zapytaniem do długiego, chudego, o głupkowatej twarzy młodzieńca, siedzącego obok niego po prawej stronie — tę poezję, którą napisał ktoś na tę pannę z Uniża?... Podobno bez grosza i bałamuciła naszego Michałka Wędzolskiego, a do innych paniczów słodkie oczy robiła...
Na dźwięk tych słów Zienwicz zbladł jak kreda, usta mu zaczęły drżeć konwulsyjnie, lecz nadludzką siłą woli opanował szalony gniew, który go porwał, wstał tylko i zbliżając się do jegomości o czarnych faworytach, przemówił doń powoli i z widocznem panowaniem nawet nad tonem głosu:
— Jestem Walery Zienwicz.
— Adolf Mebelski, do usług pana dobrodzieja! — odparł pospiesznie drżącym głosem zagadnięty i zrywając się z krzesła wyciągnął rękę ku Zienwiczowi.
Lecz Walery nie zauważył, czy nie chciał zauważyć tego ruchu, tylko patrząc na pachnącego eleganta piorunującym wzrokiem, mówił dalej:
— Czy pan wiesz, panie... Mebelski, kto napisał ten paszkwil na pannę Molską?
— Nie! Słowo panu dobrodziejowi daję, że nie, niech mnie zabiją, jeśli wiem! — mówił coraz ciszej i niewyraźniej Mebelski, zgnębiony wzrokiem i słowami Walerjana.