Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Szkoda, że pan nie wiesz — przerwał mu Zienwicz — poprosiłbym pana, ażebyś raczył powiedzieć owemu szanownemu autorowi, że za takie dzieło można dostać kijami... A panu, szanowny panie Mebelski, radzę serdecznie na przyszłość nie wspominać w miejscach publicznych nazwisk mało znanych lub zupełnie panu nieznanych pań, bo tego nie robią nigdy dobrze wychowani ludzie, bez względu na to, czy są arystokratycznych, czy demokratycznych przekonań... Żegnam pana, panie Mebelski.
I kiwnąwszy głową, wrócił na dawne miejsce.
W całym pokoju zrobiła się cisza głucha, trwająca kilka minut; pierwsi przerwali ją Mebelski i jego towarzysze, którzy skończywszy już jeść wstali i ukłoniwszy się Zienwiczowi, wyszli do sali bilardowej, by tam przy bufecie zapłacić za obiad. Po ich wyjściu przemówił pierwszy Jaś Mądrowski, milczący dotychczas zawzięcie.
— Dobrze mu tak! — mówił zuchowato. — Nie mogę znosić głupiej facjaty tego Mebelskiego, przybiera to zawsze jakieś tony.
— Żeby był pan Walery nie dał mu tej nauki — przerwał Jasiowi dobrze podpity już Wicio Sępiński — to ja byłbym mu jej udzielił... Tylko po swojemu... po gwardyjsku, raz dwa w gębę, później nogą gdzie należy i fora za drzwi.. Swołacz kakaja[1].

— To źlebyś pan był zrobił, mości hrabio — odparł, surowo nań spoglądając Zienwicz. — Nikt z nas tu nie ma prawa wywoływać burdy, w którą byłoby wmięszane nazwisko panny Molskiej..

  1. Jaka lichotka.