Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zdaje mi się, że ten pan i tak dostał dostateczną nauczkę.
Hrabia Karol siedział milcząc uśmiechał się tylko ironicznie i spoglądał na przemiany to na Zienwicza, to na Władysława.
Władysław był pochmurny, jak noc grudniowa; zachowanie się Zienwicza zaimponowało mu ogromnie, podziwiał go; podziwiał jego spokój, jego zimną krew; nie mógł sobie jednak darować, że nie on to zrobił, że nie on skarcił głupiego parafjalnego fanfarona; czuł jednak wyraźnie, że nie byłby potrafił zrobić tego tak — jak to zrobił Walery; że byłby się uniósł i zrobił awanturę. To przeświadczenie najbardziej go gnębiło. Milcząc, dokończył obiadu, duszkiem wypił czarną kawę, pożegnał się ze wszystkimi kiwnięciem głowy i wybiegł pośpiesznie z restauracji. Na dziedzińcu kazał Hryniowi zaprzęgać konie, a Mechlowi podać rachunek i poszedł do swego numeru. Żorż miał już rzeczy spakowane i wynosił je właśnie na wózek.
Władysław siadł ciężko na fotel i zamyślił się głęboko, był sam na siebie rozgniewany straszliwie, pogardzał prawie sobą Czuł, że popełnił dziś dwa błędy, których nie dopuściłby się nigdy prawdziwie odważny i rycerski człowiek: nasamprzód przed Zienwiczem — dawszy się unieść jakiemuś małodusznemu wstydowi — zaparł się swej miłości dla Jadwigi, a później temuż samemu Zienwiczowi dał się uprzedzić w obronie jej czci... jej honoru...
Nienawidził siebie, ale też uczuwał w głębi piersi rodzącą się nienawiść ku temu zimnemu, wyższemu ponad tłum zwykłych śmiertelników, bez wszelkiego zarzutu doskonałemu.. przeciw te-