Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jadę do Uniża.
— Po co? Marszałkowa z panną pojechały już do Badenu... Sępiński mi mówił, był tam niedawno i nikogo w domu nie zastał.
— Jeszcze są, jadą dopiero za tydzień — odparł niechętnie Kierbicz i odwracając się, zapalił papierosa.
— A choćby i za miesiąc, to nie zmienia sprawy — wołał hrabia, unosząc się coraz bardziej. — Po co tam pojedziesz? Wiem, że ci ta Jadwiga zajechała w głowę, ale to na darmo: goły jesteś, a ona za gołego nie pójdzie, bo sama taka... A gdyby była przypadkiem taka głupia i zdecydowała się iść, to ty miej rozum i nie top się... Pamiętaj, że winniśmy na wspólne weksle do trzydziestu tysięcy rubli i tu i w Odessie i w Kijowie...
— Z tego moich jest tylko siedm — przerwał mu Władysław smutnym i przybitym głosem..
— Mniejsza z tem — mówił dalej, nie dając sobie przerwać Karol — miałem nadzieję, że ty się pierwszy bogato ożenisz i zapłacisz te długi, a ja ci oddam po śmierci moich rodziców... Żeniąc się z tą panną Molską, gubisz siebie i gubisz mnie... Żydzi dowiedziawszy się, żeś się ożenił bez grosza posagu, zwalą się wszyscy na mnie i będę zgubiony, rodzice moi dowiedzą się o wszystkiem... Brrr!... Choć w łeb sobie strzel... Władek, zastanów się! Opamiętaj się! Nie gub mnie i siebie... Ja ci nie mogę na to głupstwo pozwolić.
Ostatnie słowa wyczerpały do reszty cierpliwość Władysława, stuknął porywczo nogą i zawołał: