Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mując i Zienwicza i Dolka Rossochackiego, który wypijał szósty już z rzędu kieliszek wódki i opowiadał, że musi pocieszyć się po zawodzie, jakiego doznał po poznaniu się z klasycznie piękną Karwiną.
— Władek, miałeś nos! Powiadam ci, nos! — mówił zwracając się do wchodzącego w tej chwili Kierbicza — w twoje ręce Władek!
— Powiadam ci, rano nie mógł się chłopak doczyścić paletota, tak był z prawej strony zawalany blanszem. Pytał się bestja: com we młynie robił? Słowo wam daję! Zresztą wierzcie, lub nie wierzcie, wszystko mi jedno! Władek! Cóż ty nie pijesz?
— A daj mi pokój! Cóż ty myślisz, żem taka nie możliwa do napełnienia kufa, taka beczka dziurawa, jak ty! — odpowiedział, witając się tymczasem ze znajomymi Władysław — Od tej waszej wczorajszej bachanalji jeszcze mię głowa boli i zgaga nieznośna piecze. Hej tam! — krzyknął do podchodzącego służącego — daj no mi Walek zaraz kwaśnego barszczu... Czy gabinet na prawo wolny?
— Nie, proszę jaśnie pana, oba zajęte, ale jest jeden stół w pokoju na prawo wolny, pan Zienwicz kazał tam dla panów podawać.
— Zostawcie tego opoja przy bufecie — zawołał Władysław, zwracając się znowu do towarzyszy, — chodźcie jeść, bo głodny jestem jak żbik.. Chodź Karlosie!.. Mam ja z tobą na pieńku, porozpowiadaliście już całemu światu o wczorajszej kolacji.. Dziś baron do mnie przyłazi i gada mi.. dziury w brzuchu świdruje opowieściami z wczorajszej nocy.