Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


i z ubolewaniem opowiadał mi o tem, że i ty do tej orgji należałeś. Stary gadał mi takie rzeczy, że pewny jestem, iż połowa co najmniej z tego jest nieprawdą... Zwykłe małomiejskie ploteczki! Opowiadał, że zapłaciliście za kolację i wino tysiąc z górą rubli, żeś się upił okropnie i... żeś obił na ulicy jakiegoś aktora w kłótni o aktorkę. Wiesz, że ja nie mam prawa potępiać nikogo za takie rzeczy, bo niezbyt dawno popełniałem takie same szaleństwa i znam tego szatana, który wówczas gnieździ się w duszy ludzkiej, ale zawsze ucieszyłbym się serdecznie, gdybyś raz porzucił te historje i to towarzystwo.
Choć słowom Zienwicza nic nie można było zarzucić, jednak w tonie, jakim wypowiedziane były, leżał jakiś dziwny chłód, coś, co zmroziło odrazu całą serdeczność, z jaką Władysław doń śpieszył.
— Eh! nie warto o tem mówić — odparł z lekceważeniem, uśmiechając się trochę ironicznie — najzwyklejsza, bardzo skromna kolacyjka z aktorkami, byłeś na stu pewno wspanialszych, a co do aktora... ah! prawda, kopnąłem jakiegoś tam kpa nogą przy wyjściu z restauracji, ale też był niemożliwie pijany i nudził mię okropnie... Zostawmy zresztą całą tę sprawę, nie ma o czem mówić. Ja mam inny, bardzo ważny interes do ciebie.
— Słucham cię! — odpowiedział Zienwicz, a w głosie jego czuć było coraz więcej wzbierający smutek.
Władysław opowiedział mu wszystko co wiedział od doktora o paszkwilu napisanym na pannę Jadwigę, Walery słuchał uważnie od czasu do czasu marszczył gniewnie brwi, czasem oko błysnęło mu dzikim jakimś połyskiem, ale ani razu nie