Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kategorycznej odpowiedzi... Zdawało się jej, że obaj są jej równie mili... Czasem znowu opanowywał ją smutek dziwny i zwątpienie jakieś bezgraniczne — niby rozpacz bezbrzeżna i zdawało się jej wówczas, że to złuda tylko, że obaj oni drwią sobie z niej — biednej dziewczyny, panny bez posagu, przyjętej z łaski przez bogatą, daleką ciotkę...
— A może choć jeden kocha prawdziwie? — zapytywała sama siebie, pocieszając się w strapieniu. Wówczas przed oczami wyobraźni zjawiała się pierwsza okrągła, poczciwa twarz Władysława, a jego błękitnawo-siwe oczy śpiewały jej cały cudowny poemat bezgranicznego przywiązania... A jednak nigdy słowem jednem nie potwierdził ten hulaka światowy, ten nieustraszony jeździec i zawadjaka — tego, co tak wyraźnie mówiły jego oczy.
— On podobno zrujnowany! — szepnęła w duszy smutnie dziewczyna — chociaż mnie kocha, nigdy tego nie powie, ożeni się zapewne z Niną Mönchówną dla poprawienia swoich interesów... Na tę myśl uczuła w duszy straszliwą niechęć, złość prawie do tego zrujnowanego junaka. Opiekunowie bowiem nauczyli ją szanować materjalną stronę życia; w oczach marszałka i całego jej otoczenia najstraszniejszą zbrodnią było — marnować odziedziczony po przodkach majątek; zresztą wiedziała sama dokładnie, że jest on w życiu potrzebny, że trudno się bez niego obejść.... Zapamiętała z dzieciństwa owe straszne dni, które przeżyła przy konającej matce w zimnej izdebce na poddaszu, w nędzy najokropniejszej; poznała wówczas, co to znaczy brak majątku i