Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/149

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


taniem do staruszka, siedzącego po lewej stronie marszałkowej.
— Co? Co mówisz marszałku? — zapytał podniesionym głosem kapitan i zwrócił uszy w stronę mówiącego. Biedny stary kapitan już nie dosłyszał.
— Pyta się Ludwik wuja, czy wuj nie wie przypadkiem dla czego dziś nikt nie przyjechał? — powtórzyła marszałkowa pytanie męża, wymawiające każde słowo z osobna i bardzo dobitnie.
— Aboż stęskniłeś się marszałku za bracią szlachtą?.. Żniwa... żniwa... mości panie — prawił staruszek, potrząsając siwą głową, nagle zwrócił się w stronę Jadwigi, która siedziała obok marszałka. — Oho! A panna Jadwiga udaje, że jej to wszystko jedno, a ja wiem, że schnie z żalu z powodu dzisiejszego braku kawalerów... Przyzwyczailiśmy się do licznego dworu, cały sztab bywał i to różnej broni... Ten Wędzolski to chyba już od furwezów... He... Co?
— Nie wiedzieć co dziadzio wygaduje! — zawołała czerwieniąc się jak piwonja panienka. — Ciekawa jestem, co ja jestem winna temu, że podobałam się panu Wędzolskiemu?.. Ale prawda, że od razu powiedziałam dziadziowi, żeby mu to wyperswadował?.. Ah, Boże, jaki ten dziadzio dokuczliwy!
— Powiedziałem mu to detajlicznie — mówił dalej staruszek, który jakoś lepiej umiał słyszeć słowa Jadwigi niż zapytania marszałka — powiedziałam mu tak, że ponoś wyperswadował sobie zupełnie te uczuciowe projekta. Nie o nim jednak chciałem mówić, bywali tu i inni... Już coś dawno nie widzieliśmy tego kochanego szałaputa