Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Na wieży pałacowej oficyny wybiła właśnie dwunasta godzina, w chwili gdy marszałkowa, odbywszy przegląd całego domowego gospodarstwa i wydawszy klucznicy rozporządzenia, odnoszące się do dzisiejszej uroczystości, powracała do pokoi.
W gabineciku na pierwszem piętrze, sąsiadującym z recepcyjnym salonem, siedziała, zatopiona nad jakąś kanwową robotą, hoża, młoda dziewczyna. Teraz, słysząc zbliżające się kroki opiekunki, podniosła swe czarne, rozmarzone oczy i skierowała w stronę drzwi, w których miała się pojawić marszałkowa.
— Ty ciągle nad robotą ślęczysz — przemówiła, wchodząc i rzuciła na pracownicę spojrzenie, mające uchodzić za rozgniewane. — Ach, ty nieposłuszna dziewczyno! Co ja z tobą pocznę? Zdrowie sobie rujnujesz.
— Nie bój się, cioteczko! — zawołała zagadnięta, a zerwawszy się z krzesła podbiegła ku ciotce i zaczęła z czułością całować jej ręce.
— No! no! przymilajska, poczekaj, jak tylko nie będziesz mię słuchać, to powiem wujowi, a ten cię nauczy subordynacji — mówiła marszałkowa głosem, który chciała uczynić ostrym, w którym jednak dźwięczała cała czułość i bezgraniczne przywiązanie, jakiem otaczała ukochaną pupilkę.
— Wujowi! — zawołała z niepokojem dziewczyna. — Za nic, ciociu! Za nic! Nie można mówić wujowi, bo wszystko przepadnie.
— Cóż znowu tak strasznego? Skąd ta obawa przed marszałkiem? — zapytała, śmiejąc się pani Marja.
— Widzi ciocia — odpowiedziała jej Jadwiga — za trzy tygodnie św. Ludwika, imieniny wujaszka... Chcę.. chcę koniecznie skończyć moję robotę na