Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Biedne nieszczęśliwe dziecko!
W tej chwili do uszu rozmawiających pań doleciał odgłos zamaszystych kroków i urywane słowa wypowiedziane donośnym do rozkazywania przywykłym głosem.
— Ciociu! Ciociu, chodźmy ztąd — zawołała nagle Jadwiga — Chodźmy ztąd i zamykajmy drzwi za sobą... To wujaszek nadjechał i jak broń Boże przyjdzie tu szukając za nami, to wszystko przepadło..
Mówiła to bardzo prędko i przerażenie zupełnie niekłamane dźwięczało w jej przestraszonym głosie, malowało się na jej dziecięco pięknej twarzyczce. Nagłym ruchem chwyciła ciotkę za rękę i gwałtem prawie wciągnęła ją do drugiego pokoju, zamykając natychmiast drzwi od gabinetu.
— A gdzie to moje panie pochowały się? — rozległ się w tej chwili głos marszałka, który wszedł już był do salonu — Co tam robicie? po całym domu szukam za wami.
Głos jego miał bardzo miłe, sympatyczne brzmienie, okrągła, od wiatru i słońca opalona twarz jaśniała zdrowiem i zadowolnieniem, a dziwnie od młodocianego tego oblicza prawie odbijały włosy i wąsy jak mleko białe; ubrany był w biały pikowy kitel; długie do konnej jazdy zastosowane buty okryte były kurzem; w jednej ręce trzymał nadstrzępiony szpicrut, a w drugiej okrągłą granatową czapkę.
— Piękny dzień mamy pani marszałkowo — mówił wesoło — czterystu dwudziestu żeńców.. Do piątej godziny nie będzie na pniu ani jednego kłosa pszenicy... Czy moja pani wydała już dyspozycje Baczyńskiej, ażeby przygotowała traktament