Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


na dożynki?.. Warto ludzi poczciwych utraktować, bo pracowicie tego roku koło roboty chodzili.
— Wszystko gotowe — odparła marszałkowa wchodząc do salonu, a w jej głosie drgała dawna troska.
— Cóż to Marjo moja, pani moja kochana jesteś zasmucona? — zawołał niespokojnie marszałek i podniósł rękę żony do ust. — Co ci jest, moje życie?
— Eh! nic, mój drogi — odrzekła pani, zmuszając się do swobodnego uśmiechu — wydało ci się.
Mąż popatrzył badawczo w jej oczy, tak, że wzroku tego znieść nie mogła, uśmiech kłamany znikł natychmiast z twarzy, a z ust jej wyszło ciche pytanie:
— Nie spotkałeś Ludwiku gdzie Józia? Jadwisia powiada, że poszedł do stolarni kazać zrobić sobie jakieś narzędzia, potrzebne mu do fizycznych doświadczeń...
Na wspomnienie imienia syna znikła pogoda i z oblicza marszałka, zasępił się w jednej chwili zupełnie, z pod białych wąsów wyrwało się bolesne westchnienie i nie rzekłszy ani słowa, pocałował powtórnie żonę w rękę i wyszedł z pokoju.
Tych dwoje ludzi rozumieli się doskonale bez rozmowy; miłość i szczęście w pierwszych latach pożycia, boleści i troski w następnych złączyły ich dwoje w jednę niepodzielną istotę, czującą i cierpiącą jednako.

Do objadu w Uniżu usiedli w tym dniu tylko domowi.
— Panie kapitanie co to takiego, że dziś nikogo nie ma? — zwrócił się marszałek z zapy-