Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/151

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Chodziłem do Jana stolarza — odparł, mięszając się chłopak — potrzeba mi było... takiego krążka... takiego małego.. Jadwisia wie jakiego, jej opowiedziałem wszystko.. Koniecznie go potrzebowałem do moich doświadczeń... Przecież dziaduś wie, że ja chcę być fizykiem.
— Fizykiem! fizykiem! — zawołał zirytowanym głosem kapitan. — Piękna szarża, nie ma to mówić... Ja ci powiem: czy zostaniesz fizykiem urzędowym, to jeszcze szeroko król Dawid o tem pisał, na to trzeba strasznie długo się uczyć i praktykować, ale, że staniesz kiedyś — „jak fizyk,“ gdy cię kto wyzwie — to pewna.. Pałasza wziąć w łapę nie umiesz, a nogami tak skaczesz, jak żaba.. Pfe! wstyd i obraza boska!
— Kiedy mnie to dziadziu męczy strasznie — odpowiedział cicho skonfundowany chłopak.
— He! Co! Co tam mówisz? Nie słyszę! Głośniej! głośniej! — i nachylił ku niemu lewe ucho.
Józio powtórzył głośniej poprzednio wyrzeczone zdanie.
— Męczy! — szepnął dziwnie gorzkim głosem starzec. — Was dziś już wszystko męczy. Męczy!.. Brzydkie czasy, plugawe czasy!.. Komu ja zostawię moję szablę, com ją po ś. p. panu regimentarzu, moim wuju, a twoim hebesie pradziadku odziedziczył?... Komu ją zostawię, żeby ją do czasu, kiedy będzie znowu potrzeba, przechował, żeby mi jej nie zohydził... Jeden Władek... on jeden!.. Cóż, kiedy i ten hultaj.
W całej postaci starego kapitana widniał teraz głęboki smutek, drżał on w jego głosie, który stawał się coraz to cichszy; wreszcie umilkł starzec, opuścił głowę na piersi i tak siedział bez