Kamienie. Ciotka. Wpisany do heroldyi/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Kamienie. Ciotka. Wpisany do heroldyi
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1910
Druk W. L. ANCZYCA I SPÓŁKI.
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


BIBLIOTECZKA UNIWERSYTETÓW LUDOWYCH I MŁODZIEŻY SZKOLNEJ — 140


M. RODZIEWICZ

KAMIENIE ⚜ CIOTKA

WPISANY DO HEROLDYI
Gebethner i Wolff logo.png
WARSZAWA
NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA
KRAKÓW — G. GEBETHNER I SPÓŁKA
1910

KRAKÓW. — DRUK W. L. ANCZYCA I SPÓŁKI.






KAMIENIE.

Nie było na świecie kamienistszej drogi, niż ta, która wiodła z Woli do Wólki. Czart chyba tyle kamieni nasypał na utrapienie ludzkie. A nie tylko droga wśród pól, lecz i pole, i łąka, i wiejskie ogrody, i pastwisko najeżone było kamieniami. Były drobne i duże, gładkie i ostre, były takie, co łamią lemiesze, i takie, co szczerbią kosy, i takie, co kaleczą bose stopy, i takie, którymi się w kłótni kamienuje słabszego, a wszystkie były przeklęte po tysiąc razy.
Przeklęte były za jałowość ziemi, w którą rzucone ziarno obumierało pod ich ciężarem, przeklęte za poniszczone przez nie koła i narzędzia, za pokrwawione na nich stopy i okulawione bydlęta; mieszkaniec każdy Woli i Wólki, gdy mówić zaczynał, już umiał kląć kamienie i klął je aż do śmierci. Klął, narzekał, cierpiał, ale ich nie uprzątał. Ktoby tej klęsce poradził? — gdzie je podziać?
Nie miał na to nikt ani czasu, ani ochoty, ani sposobu — nad siły to było gromady. Gdyby za nie płacono, toby się kto połakomił na zysk; gdyby za to kto nagrodę obiecał, toby inny może na to się ułasił — ale wszyscy tylko narzekali, klęli i cierpieli, i tak trwało. Pole i łąka coraz mniej rodziły; podróżni omijali Wolę i Wólkę; naród ubożał, drobniał, smętniał — i tak trwało.
Aż się trafił z Wólczan jeden — inny. Jan się zwał, a Sokół po ojcach. Silny się udał — na głód i nędzę cierpliwości nie miał, wyrostkiem od tych kamienistych pól uciekł kędyś w świat, i lat dziesiątek wieści o nim nie było. Gdy wrócił, to znalazł te same kamienie, te same markotne, nędzne twarze, tylko nie zastał w chacie ojca, ni dobytku, ni sprzętu. Ojciec umarł, a co po nim zostało, rozgrabili swojacy, krewni i przyjaciele — jako zwyczaj jest. Mógł Jan po sądach chodzić, prawa i sprawiedliwości szukać, swoje odebrać; byli winni nawet w strachu, ale gdy słowa nie rzekł, poraźnieli, i nawet po pewnym czasie poszeptywali z sobą, że albo ich się boi, albo głupi jest. I tak się zostało.
A Jan ze świata przyniósł z sobą trochę grosza i jakąś nie tutejszą ochotę i siłę. I zaraz jął się do tych kamieni. Uprzątnął je z podwórza i z gumna i uczynił z nich sobie chatę; uprzątnął je z sadu i uczynił z nich płot wkoło swej osady. Uprzątał je z pola i z łąki, siał, zbierał, kosił i bogacił się.
Ludzie go znienawidzili z zawiści i ze wstydu. Nazwali chciwcem i skąpcem, posądzali o czary. On też z tej ciągłej zabiegliwości i pracy stał się milczący i zatroskany, pogardzał próżniakiem i ubogim, nieużyty był, sobą tylko, swą pracą i dobrem zajęty.
Zdało się, jakby z tej masy kamieni, które ściągnął, część mu duszę przywaliła i gniotła. Taką dostał szarą i twardą twarz, takie zimne oczy, takie milczące, zaciśnięte usta. Nikt jemu i on nikomu nie dał nigdy dobrego słowa. I tak trwało.
Jednej późnej, błotnej i zimnej jesieni wracał Jan z jarmarku do domu. Jechał powoli, bo w rozmiękłej ziemi wyszczerzyły się wszystkie drożne kamienie i trzęsły wozem okrutnie. I Jan, choć trzos miał pełen na sobie, klął w duchu i tę ziemię, i tych ludzi, a wszystko za owe kamienie.
Aż oto, gdy mijał figurę u rozstaju, wstała z głazu, który tam leżał, kobieta i zawołała na niego:
— Gospodarzu dobry, podwieźcie mnie krzynę!
Chciał minąć obojętnie, ale spojrzał na nią, i tak mu się jakoś litościwie zrobiło w duszy, że stanął.
Kobieta lekko skoczyła na wasąg, i ruszyli.
Konie parsknęły wesoło, zastrzygły uszami a wreszcie zarżał prawy kasztanek, jakby na ochotę, choć błota miał w kolana, a wyboje bezdenne.
Jan się obejrzał na kobietę; uczuł chęć do rozmowy.
— Z daleka wy? Nie tutejsza?
— Z dalekiej dali idę. Miejsca sobie szukam.
— Toście w złą stronę zaszli. Tu wam chleba nikt nie da, bo sami nie mają. Ot, nahodowali kamieni; nic tu więcej niema u tych hultajów.
— Niebożęta biedne! Twardy mają żywot — odparła litościwie kobieta. — Przecie i kamienie miłować można.
— A toć miłują, miłują, chowają i szanują. Żadnego nie uprzątną! — zaśmiał się gorzko Jan — chyba ukamienować brata, to ruszą kamień z miejsca.
— Wam to Bóg szczęścił!
— Pewno, że i Bóg, alem się na Opatrzność nie oglądał, tylkom ręce zakasał i robił. Ho, ho! żeby wszyscy tak robili, toby mieli; ale oni wolą kamienie gryźć, a próżnować, a ze mnie drwić, albo mi dokuczać. Takci i mają gałgany, jako są warci!
— Trza wam było ich uczyć, namawiać, pomagać!
— Aha, pewnie, a za co? Że mi ojcowiznę rozgrabili i pokradli! Jako warci, takci mają.
— Sprawiedliwie. Jak kto dla siebie robi, to wedle tego i ma — westchnęła kobieta.
Milczeli chwilę, aż Jana snadź myśl jakaś trapi, i rzecze:
— Tak mi się coś zdaje, jakbym ja was już widział niegdyś, i głos mi się zda podobny.
— Dobrą pamięć macie. Lat dziesiątek temu tośmy się spotkali na tejże drodze, jakeście z obczyzny do domu wracali. Szliśmy wpodle[1] aż do wsi i gadali z sobą. Chcieliście mnie ugościć w chacie, ale zaraz u karczmy ludzie wam powiedzieli, że ojciec umarł, dobytek zmarniał, więceście mnie nie prosili więcej, i rozstaliśmy się. Dobrą pamięć macie!
— A wyście też jednaka, jakby to wczoraj było.
— Aha, ja zawsze jednaka! — powtórzyła wesoło kobieta.
Wóz skręcił w zagrodę dostatnią, w bramę zamczystą, w podwórze gładko wybrukowane i stanął przed murowaną chatą. Czeladź wybiegła konie wyprzęgać. Weszli do izby. Jan zaraz parobka za jakąś opieszałość zestrofował, dziewkę do roboty napędził i żony jął rozpytywać o zajęcie dzienne, o pracę, o dochody, o bydło.
Żona, zapracowana, zmęczona, a niespokojna, czy rad będzie sprawom domowym, czy nie mało zrobione, odpowiadała zalękła, służba milczała, dzieci patrzały mu w oczy pokornie, a trwożnie.
Kobieta podróżna u progu na ławie pokornie usiadła i rozglądała się po izbie i ludziach.
Nikt nie śmiał spytać, ktoby była, czego chce, boć ją gospodarz przywiózł. Patrzali tylko na nią ciekawie. Oczy miała modre i słodkie, a wesołe, i twarz jako jakie kwiecie cudne, i szła od niej jakaś lubość i rozradowanie, jako od rozkwitłej na wiosnę czeremszyny. Dzieci wlepiły w nią oczy, a ona na nie skinęła, i jako słowo rzec, tak już przy niej były i na kolana się wgramoliły, i do piersi przypadły, śmiejąc się i świergocąc. A za dziećmi i matka podeszła, i poczęły z sobą coś szeptać. Dziewka, która przędła, opuściła wrzeciono i słuchała owych głosów i śmiała się, a parobek, który wszedł właśnie, konie oprzątnąwszy, dorzucił drew w komin i rzekł:
— Ogrzejcie się. Narąbię dla was cały sążeń!
Jan na nic nie zważał. Wysypał na stół pieniądze z trzosa i rachował.
A wtem drzwi skrzypnęły, i wszedł sąsiad. Popatrzał na białe srebro i westchnął, a pozdrowiwszy, zagaił:
— Wiecie, Janie, podatki zbierają.
— Wiem, co mi za kłopot! Na swoje mam.
— Wiadomo, i więcej macie. Pożyczcie mi, albo ostatnią krowę zabiorą.
— A tyś mi pomagał kamienie zbierać?
— Na swojem zbieraliście!
— I dla siebie. Było tobie także na swojem zbierać.
— Sprawiedliwie mówicie. Dał wam Bóg większy rozum i siłę, poratujcie głupszego i słabszego. Dobrem sercem wam odpłacę.
— A mnie poco twoje serce? Kamienie od was miałem i kamień każdemu z was dam!
— Gospodarzu, dajcie mu poratowanie! — odzywa się podróżna kobieta.
Obejrzał się na nią proszący i zapłakał.
A Jan, jakby nie słyszał, odrzecze:
— Co mam, dla mnie jest, nie dla hultajów i próżniaków. Idź precz i giń, boś tego wart. Onegdaj ukradłeś mi siano z łąki. Jeszcze cię za to w kryminale osadzę!
Sąsiad już więcej nie śmiał mówić.
A podróżna rzecze:
— Ubogi jest, darujcie, rozumu nie ma, w biedzie jest, nie dajcie mu zginąć. Miłościwy bądź, bogaczu mądry!
Jan srebro zgarnął i w tym szeleście nie dosłyszał, co mówiła, a sąsiad przekleństwo zamruczał i wyszedł. Ale wnet za nim wsunęła się stara kobieta.
— A czego znowu? — Jan ostro zagadnął.
— Sąsiedzką przysługę mi uczyńcie. Zaniemogła mi córka, w gorączce majaczy. Pożyczcie waszych koni po doktora pojechać.
— A gdzież wasze konie?
— Toć wiecie, że w lato klacz nogę złamała, i dobili. Nie mamy żadnego.
— A skądże ja mam? Czemu moje nóg nie kręcą po kamieniach? toć wasze pole z mojem o miedzę, i tyleż macie ziemi! Wy mi wydziwiali, jakem zbierał i uprzątał głazy, nie pomogli, nie skorzystali, jeszcze mi ze swego pola na złość podrzucali. To teraz do mnie o ratunek nie chodźcie. Co mam, dla siebie mam.
— Janie, miejcie-że Boga w sercu! Dziecko mi chore! Wasze konie, jak lwy, co im to znaczy ta trocha drogi!
— Wy ich nie karmili. Ja karmił, i dla mnie robić będą! Idźcie mi z oczu.
— Gospodarzu, pomnijcie na wasze dzieci, poratujcie! — rzecze wędrowna kobieta.
Ale Jan srebro do skrzyni chował i jakby nie słyszał, a sąsiadka, płacząc, wyszła.
— Wieczerzę staw! — zawołał Jan na żonę.
Poskoczyła do garnków, rozszedł się zapach dobrego jadła, zabrzęczały misy i łyżki.
A wtem w progu stanął chłop blady, z próżnym workiem pod pachą, rozejrzał się, przełknął ślinę i, podrapawszy się w głowę, rzecze:
— Przyszedłem do was pożyczyć pół korca żyta.
— Pożyczyć! — zaśmiał się Jan! — A z czegóż oddacie? Toć jeszcze nie zima, i już swoje zjedliście!
— A zjedli. Siedem gęb w chacie. Nie urodziło! Da Bóg lepiej na przyszły rok, to oddam. Tymczasem jeść trzeba — odparł chłop i stęknął. — Wy do zbycia macie, to wam nie bieda, jak mniej sprzedacie.
— Pewnie, ale, co zjem, to moje, co sprzedam, to też moje. Twoje u ciebie, nie u mnie. Idź, pożycz u tych, którzy rozgrabili moją ojcowiznę. Lekko im przyszło, pewnie zabogacieli.
— Dobrze wam drwić. Wiecie, że, oprócz was, nikt nie ma. Do kogóż pójdę? co jeść dam, jak wy nie poratujecie? U mnie w chacie już trzy dni nie jedli.
— A u mnie jedzą trzy razy dziennie to, com temi oto rękoma z tych kamieni, co wy hodujecie, krwawą pracą wydarł. Było tak samo robić, tobyście mieli, a nie chcieliście, woleliście spać i na mnie psy wieszać, to teraz żryjcie kamienie i idźcie do dyabła, który je wam nasypał.
— A pewnie pójdziemy do dyabła. Głód do nieba nie zaprowadzi! — burknął chłop.
— Do wieczerzy! — zawołał Jan, spojrzał na kobietę w kącie i wnet oczy umknął.
A ona wstała, pocałowała dzieci, skinęła głową wszystkim i rzecze:
— Żegnajcie, nie będę z wami wieczerzała, ni u was gościła. Nie mogę zostać. Mój brat tu przyjdzie do was.
— Zostańcie! — raptem zawołali wszyscy.
A ona nasunęła płachtę na oczy modre i łez pełne i rzekła:
— Nie mogę! Radabym! Żegnajcie, gospodarzu! Ja do was przyjdę jeszcze raz, kiedyś... Teraz wam mego brata trzeba, ale ja potem do was przyjdę, przyjdę! Żegnajcie, żegnajcie!
I przewinęła się wśród nich i przepadła w czarnej sieni.
A w izbie jakby pomroczało, poziębło, i zrobiła się cichość; tylko dzieci uderzyły w długi, żałosny płacz.
Ale wprędce wśród pracy i zabiegów zapomnieli o gościu, i nikt go więcej we wsi nie widział.
Nastała zima, i znowu raz, gdy Jan z miasteczka z targu wracał, przyplątał się do niego pies siwy i aż do chaty za wozem przybiegł i na podwórzu został.
Nikt go zrazu nie zauważył, bo w chacie było co niemiara niepokoju i trwogi o dzieci, które tegoż dnia pochorowały się na szkarlatynę. Zaznały wtedy drogi spasłe Janowe konie, poszło ze skrzyni sporo grosza, ale na darmo, bo jednego wieczora oboje dzieci pomarło. W izbie zawodziła matka ponuro, siedział milczący Jan, a za oknem pies przybłęda wył i skowyczał.
Wywieźli na cmentarz dzieci; do zarażonej chaty nikt nie wstępował; gospodarze jakby poniemieli; czeladź uciekła, bojąc się choroby. Wśród głuchej zimowej nocy czasem pies przybłęda zaskomlał żałośnie. Jan go przepędzał, kamieniami w niego ciskał, nikt go nie karmił, zimował na dworze, ale z osady nie było sposobu go się pozbyć. Podrzucał mu wreszcie Jan trutkę, na pętlę chciał pojąć: pies trutki nie brał, pętli uchodził, ale wracał i nocami skowytał.
W Zapusty wyprowadzono Janowi ze stajni konie wśród nocy. Gdy się rankiem obejrzał, popędził za śladem, poprzysięgając, że chyba padnie, a złodziei odszuka. Gonił ich mil kilkanaście, wreszcie dopędził w boru. Jednego konia ze złości zastrzelili, drugiego przecie odebrał, i napół żywy z męki wracał do domu. Czuł, że go niemoc dusi, że odchoruje, więc resztą sił do domu, do pościeli dążył.
O milę był, gdy mu przejeżdżający znajomy rzucił, mijając:
— Nie macie do czego wracać! Ogień wymiótł, co żyło i było.
Już Jan nie jechał i nie kierował, już go koń zaprowadził do owego — niczego.
Z osady zostało, czego ogień nie ima: ino kamienie.
A na zgliszczach pies siwy siedział, i wył, i zawodził.
Takci też do jego wtóru zawył Jan i padł, objęty rozpaczą, i żalem, i śmiertelną chorobą, i więcej nic nie pamiętał, ni czuł.
Objęły go ognie i paliły, aż zgorzał do cna, do głębokości duszy; smagały go bicze bólu, aż wysmagały wszystką krew, i gdy z owego ognia wyszedł, to był z niego ino popiół, ino zgorzel czarna. A na świecie właśnie uczyniła się wiosna. Przyleciał bocian do gniazda na Janowe gumno[2]: krążył, krążył i odleciał; przyleciały jaskółki pod strzechę chaty: szukały, świergotały i odleciały; zachodzili sąsiedzi, mówili do Jana, ale że im nie odpowiadał, odchodzili, ramionami ruszając.
I wreszcie tylko z nim na tych zgliszczach pies przybłęda został, naprzeciw niego leżał i patrzał. Jan już nie miał siły, ni woli, by go odegnać, i nie miał mocy od jego oczu swych oczu oderwać, i tak byli jakby skute z sobą niewolniki.
Aż raz coś stanęło między nimi, a Jan oczy zmrużył, coś mu zadrżało pod żebrami, załaskotało w gardle i zapłakał. Owa kobieta wędrowna do niego szła przez pogorzel i kamienie, i objęła go za głowę litościwie, i utuliła do piersi, a on ze wnętrza duszy szlochać począł. Na zgorzel duszy szły łzy, jako deszcze majowe na popielisko jałowe, by wskrzesić trawy i kwiaty.
A wreszcie z jękiem do niej mówi:
— Uczyń co, by ten pies tak nie wył.
— Pójdź stąd, od wszystkiego, co twoje było, i przeszło, od tego, coś dla siebie zdobył, i coś stracił. Pójdź.
I uprowadziła go, okrywszy mu oczy połą swej płachty, a on, ufny, szedł.
Za wsią daleko rozdół[3] pusty i jałowy był, cierniem porosły, piołunami i bylicą. Tam spoczęli we dwoje, i on odetchnął, bo zgliszcz osady stad widać nie było, ni wycia psa słychać. I zmożony, usnął.
A gdy się obudził, mocniejszy się poczuł i w sobie cichszy. Wokoło też wielka cichość pól była, i maił się świat. Poszukał oczyma owej kobiety-pocieszycielki i ujrzał ją, jak wśród niw szła i schylała się i coś zbierała w połę płachty. A ilekroć zbliżyła się do niego, to spoglądała litośnie i słodko i znowu z uśmiechem chyliła się do ziemi. Nie miał sił, by do niej iść, i z dziwem patrzał, że zbierała kamienie. A gdy płachtę miała pełną, rzuciła ciężar w ów rozdół jałowy, i znowu szła, chyliła się i brała kamień po kamieniu, każdy: i taki, co kruszy lemiesze, i taki, co tępi kosy, i taki, co kaleczy bose stopy, i taki, który się w gniewie na bliźniego ciska; wszystkie zbierała, uprzątała.
A gdy znowu była blizko Jana, spytał:
— Co czynisz?
A ona z uśmiechem odpowiada:
— Chcę z ziemi tej zebrać wszystkie kamienie.
— Jakto? Poco?
— Aby setne plony dały niwy, aby nie krwawiły się stopy, aby nie niszczał dobytek i narzędzie, i aby nie klątwy i narzekanie, jeno śpiew i śmiech od pól tych ku niebu szły.
I wyciągnęła szeroko ramiona, jakby niemi cały świat objąć i ogarnąć chciała, i cała w jasności, w rozradowaniu, w szczęśliwości patrzała w niebo.
A potem na Jana patrzy i mówi:
— Pamiętasz? takeś i ty chciał czynić, gdyś ze świata do dom wracał, gdyśmy to z sobą szli wpodle.
— Chciałem, z duszy chciałem, ale mi ludzie krzywdziciele, szyderce, wrogi nie dali! I ty też ustaniesz, jako ja.
— Nie ustanę, bo ni dla siebie czynię, ni dla kogo. Nie ustanę ja, nie ustanę!
I znowu śmieje się, i schyla, i zbiera, a im cięższa płachta, tem się radośniej uśmiecha.
A Jan oczyma za nią idzie, i myśli, i rozważa. A cicho jest bardzo, i czasem dolatuje go od czarnej plamy zgliszcz żałosne wycie, i wtedy szarpie go ból, krwawi się w nim pamięć.
— Uczyń, bym go nie słyszał, tego wycia — prosi.
— Nie słuchaj! Pójdź za mną, czyń za mną. Będziesz wtedy słyszał, jak ziemia gra, jak niebo śpiewa! Pójdź za mną.
— Niemocnym jest. Nie udźwignę!
— Spróbuj. Ze mną udźwigniesz i głazy węgielne!
Podniosła go, podparła ramieniem, poprowadziła; zaczął jej podawać do płachty kamienie zmocnił się, wyprostował, rozprężył ramiona.
Wtedy oddarła połowę swej płachty i opasała go nią, jako siewacze się opasują, gdy ziarno ziemi dać mają, i poszedł za nią.
A po znojnym dniu spoczęli na skraju owego rozdołu, od ludzi i gwaru dalecy, a on położył głowę na jej kolanach i słuchał, co ona mu mówiła.
Uczyła go słuchać, jako cisza mówi, jako ziemia gra, jako niebo śpiewa — i słyszał.
I mówiła mu, jako tu będzie, gdy nie stanie kamieni, i poczynał się tem cieszyć i poczynał zapominać, czyje to pole i komu je zbiera, jeno radować się, że ich, tych kamieni, nie będzie.
A wśród tych rozmów usnął i nie słyszał wycia psa przybłędy, ani wspomniał swej osady.
I oto rozeszła się po Woli i Wólce gadka, że Jan bogacz z nieszczęścia rozum stracił.
Osadę opuścił, wszystko swoje rzucił i oto jako obłąkany po polach chodzi, kamienie w płachtę zbiera i do wąwozu nosi. Ludzie patrzali na niego zrazu ze zgrozą i trwogą; myśleli, że co złego zamyśla i pojmali go raz i zaprowadzili do gminy.
Ale Jan, gdy go pytano: co robi i poco? — odpowiedział:
— Kamienie zbieram, by ich nie było. Nic więcej już robić nie będę.
Urząd go badał, doktór go badał, wreszcie puścili.
Naród się z nim oswoił, uspokojony, że nieszkodliwe ma szaleństwo; wprędce też zaczęli go prześmiewać, przedrzeźniać — wiadomo: jako obłąkanego, który obronić się nie chce, czy nie umie, a może i nie rozumie wyśmiewań. Dziatwa za nim biegała, jak za cudakiem; ludzie go nazwali »głupim«, mało kto podał mu chleba kawałek i dobre słowo.
Ale Jan, jakby jednakowo głuchy był na urągowisko, jak i na dobre słowo i posiłek. W ścianie wąwozu uczynił sobie schronisko, jak zwierz borowy; z nikim nie rozmawiał, o nic nie prosił.
On tylko zbierał kamienie. Schylał się, schylał, dźwigał, nosił, i zapatrzony w dal przed siebie, do kogoś się uśmiechał, z kimś bez dźwięku mówił, kogoś słuchał.
I tak czynił dni, miesiące, lata — całe życie.
W Woli i Wólce ubywało kamieni. Zauważyli to przejezdni i pytali, coby było.
— »Głupi« zbiera! — ze śmiechem odpowiadali miejscowi.
I ubywało z pola kamieni.
I sąsiad mówił do sąsiada ze śmiechem:
— Patrzaj-no, »głupi« teraz dla ciebie robi.
A wreszcie i do Jana zagadywali:
— »Głupi Janie«, toć zbierasz na polu owego, który ci ojcowiznę zagrabił.
Ale Jan na mówiącego patrzał jasnemi oczyma i odpowiadał bez związku:
— Z nią zbieram. Wszystkie zbiorę, by i głazy węgielne.
I zbierał. Aż wreszcie ludzi jakiś dziw ogarnął, i jakiś wstyd, i przestali się z niego śmiać.
I często patrząc na niego, niejeden stanął, i zadumał się, i schylił się, i pomógł mu kamień podnieść.
A kamieni ubywało i ubywało. Wieść się coraz szerzej rozchodziła, wreszcie ktoś możny zjechał, by się przekonać, co się tam stało.
Ale to było po wielu, wielu latach. I zdumiał ów możny — w Woli i Wólce nie było już kamieni.
Nie było ni takich, co szczerbią kosy i lemiesze, ni takich, co kaleczą bose stopy, ni takich, które się w złości na bliźniego ciska.
A naród wesoły, i zdrów, i dostatni, zawiódł owego możnego do rozdołu, a rozdół był pełen kamieni.
A na skraju, na progu schroniska, bo to wieczór był, siedział »głupi Jan«, latami stary, a prosty, krzepki, z jasnemi oczyma i pogodną twarzą.
— Tyś zebrał te wszystkie kamienie? — pyta z podziwem możny.
— Z nią wespół!
— Z kim z nią?
— A ot, z nią! — i pokazuje koło siebie.
— Toć tam nikogo niema.
— Dla was niema, i ze mną niegdyś nie była. Przeto kamienie były, a teraz ich niema.
— Głupi jest, — tłumaczą ludzie szeptem — ale dobrze czynił.
— Możebyś czego pragnął za to, coś uczynił? — pyta możny Jana.
— Cobym i wymarzył i wyśnił, to wszystko u niej jest, i wszystko mi daje.
— Jakaż ona jest? Opowiedz przecie.
— Nie widzisz to jej?.. biednyś ty, niebożę!.. to i nie zrozumiesz, co ci opowiem o niej. Biednyś ty, biedny!
I litościwie nad tym możnym pokiwał głową »głupi Jan«, który za cały majątek miał zebrane z dróg i pól ludzkich ostre kamienie.

separator poziomy

CIOTKA.

Zebranie koleżeńskie po dwudziestu latach. Dwadzieścia lat takich, od szkolnej ławy do czterdziestki — toć i całe życie. Co miało życie dać, nauczyć, co miało wziąć, co miało zniszczyć — wszystko w tej dwudziestce będzie. Bilans[4] zrobić można!
Przedewszystkiem obrachunek członków. Było trzydzieści pięć młodych dziewcząt wtedy — teraz stanęło piętnaście. Gdzie reszta?
Jest parę depesz, tłumaczących nieobecność niemożliwością przybycia, — daleka droga, choroba, stosunki rodzinne, — kilka i tego nie uczyniły, — »zapomniały« — ktoś mówi, »nie dbają« — inna dorzuca. Reszta odeszła w grób. Wspominki idą o nich — żal, opowieści, zasłyszane o doli; któraś kończy niemieckiem, nie dającem się lepiej wyrazić:
Verschollen![5]
A ktoś podchwytuje spokojnie.
— Kto: verschollen? One? A my?
Patrzą po sobie i czyni się milczenie.
Istotnie, kto rozbitkiem? Te zmarłe, czy te żywe? W tych piętnastu czterdziestoletnich kobietach są wszystkie typy. Są elegantki dostatnie, udające jeszcze młodość i wdzięki, śmiejące się za wesoło — jedne, bo nie myślą, inne, bo wyobrażają sobie, że je tak widzą, jak one chcą się przedstawić. Są matki i mężatki, dumne ze swego stanowiska. Są wdowy, obarczone dziećmi, znękane i wyczerpane. Są stare panny zgorzkniałe, chore. Są sterane pracą zarobkową nauczycielki, są fanatyczki feminizmu[6], o oczach gorejących, a poradlonych, zmiętych, jakby skwarem spalonych, twarzach. Są włosy czernione i wszelkie odcienie siwizny, są postacie zatyłe potwornie i wychudzone na suchy badyl, są oczy zgasłe, lub tlące złym ogniem histeryi[7], są zmarszczki śmieszne i tragiczne, i wszelkie odcienie brzydoty lat czterdziestu, od upudrowanej maski — do barwy i zwiędnienia liścia opadającego.
Patrzą po sobie, i w duchu każda mówi o każdej:
— Jakże zbrzydła, zestarzała!
Żadna nie podniosła refleksyi[8]. Zaczynają gwarzyć — atmosfera się ociepla, przychodzą zwierzenia, trochę blagi[9], chwalą się, więcej narzekają — powoli gwar przechodzi w autobiografię[10].
Mężatki wiodą rej w rozmowie. Już się skupiły, już opowiadają sobie poufnie domowe życie i stosunki, choroby, drożyznę życia, trudności szkolne, wstrętne nowe prądy wśród młodzieży, zanik posłuszeństwa dzieci, lekceważenie rodziców i tradycyi, trudność wydawania za mąż córek. Zapominają, że przecie chwaliły swój los — nikną udane uśmiechy i blaga — jest to litania skarg — obraz życia ciasnego, materyalizmu i powszedniości, jakiejś apatyi[11], bierności, nudy!
Verschollen! — odzywa się głos spokojny.
To ta, co rzuciła refleksyę: kto rozbitek?
Spojrzałam na nią. Stała pod lampą wiszącą, założywszy ręce na piersi, słuchająca, uważna, a mało dotąd mówiła.
Od szkolnej ławy ją pamiętam: jej brzydotę już nawet nie pospolitą, ale taką, którą się na zawsze zapamięta, jej niefrasobliwy humor, i dobre koleżeństwo.
Z tych wszystkich ona jedna najmniej się zmieniła, — nie mogła zbrzydnąć, a zachowała tę dawną niefrasobliwość. Zestarzała, rozumie się, ale inaczej, jak tamte. W świetle lampy srebrzyły się włosy bujne, niedbale skręcone, ramiona były szerokie, formy grube, ale pełne siły. Powieki były już ciężkie, ale z pod nich świeciły źrenice śmiało, prosto, wesoło. Uśmiechały się usta z dawnym niedbałym humorem.
— Ciotka! — zaśmiałam się i ja, zarażona.
Takeśmy ją zwali w szkole — przezwisko uczynione z tego, że tę jakąś ciotkę miała zawsze na ustach.
Nikt nie wiedział o jej rodzicach i rodzeństwie, nie opowiadała o domu i stosunkach — tylko zawsze: co ciotka powie, co ciotka pisała, co ciotka poradzi.
Spojrzała na mnie, potem po wszystkich, i ozwała się głośno:
— Słuchajcie-no, koleżanki. Otośmy życie przeżyły, i nie lekkie było. Przecie szczęście być musiało w doli. Ja proponuję, żeby każda powiedziała, jak ono się nazywało.
— Szczęście! — podniosło się kilka szyderczych głosów. — Szczęście to niedotknięcie do rzeczywistości. O tem roją pensyonarki — i tyle!
— Ejże — nie bluźnijcie. Szczęścia pełen świat.
— Gdzie? Jak? Przecie nie dla kobiety niewolnicy!
— Nie dla pracującej na chleb powszedni.
— Nie dla żony i matki, obarczonej obowiązkami!
— Nie dla pozbawionej opieki wdowy!
Każda energicznie, z oburzeniem protestowała.
— Nie udawajże ty i nie wmawiaj w nas, żeś ty taka szczęśliwa.
— Nie wolno mi!
— Kobieta, która zostanie samotną, jak ty, nie może czuć się zadowoloną i szczęśliwą.
— A przecież wy, nie samotne — powiadacie, że szczęście nie dla żony i matki, obarczonej obowiązkami.
— To co innego. Nie zrozumiesz naszych rozkoszy macierzyństwa.
— A skądże wy macie rozumieć moje rozkosze? Ja szczerze, otwarcie przyznają się do szczęścia, bo je odczuwam i posiadam.
— Samotność jest straszną rzeczą! Pustka! Zimno! Tylko egoiści mogą się w tem czuć szczęśliwi — westchnęła któraś ze starych panien.
— Kobieta, jeśli się czuje człowiekiem, przechodzi piekło, patrząc, czując, widząc naokoło krzywdę, ucisk, wyzysk i poniewierkę sobie podobnych.
— Jeśli kobieta człowiek — to nie sobie podobnych widzi poniewierkę. Kto człowiekiem być chce, być umie i jest — taka się poniewierce nie da!
— Frazesy, słowa! Zycie inaczej twierdzi.
— Co jest życie?
— Bagno, w którem się duch ubabrze lub utopi.
— Nieprawda! — zaprzeczyła »Ciotka«, a oczy jej strzeliły ogniem. Życie jest zdrojem, który ludzie zabagnili gnuśnością i egoizmem. Teraz możni — kładki dla siebie na niem ścielą i przechodzą, odwracając oczy od topieli, lub je mrużąc, bo im strach i wstyd. A nie możni — babrzą się, chorują od wyziewów, klną — i płytkie studzienki kopią do picia! A słabych zalewa szlam, i giną! A źródło w głębi jest!
— A to źródło jak nazywasz?
— Miłowanie!
Poszedł pomruk:
— Oklepany frazes! Utopia![12] Mrzonka!
Mężatki poczęły się uśmiechać:
— Słuchaj no, »Ciotka« — rzekła złośliwie jedna. — Wy wszystkie niezamężne wojujecie tym słowem. My coś wiemy o tem, jak to miłowanie wygląda w praktyce. Wy jesteście, jako te Nimfy[13], co karmią Chimerę[14]!
»Ciotka« zaczęła się śmiać.
— A wy: żony, matki negujecie[15] miłość?
Nie kochacie męża? dzieci? wleczecie życie, jak galernik kulę? Więc wy zabagniłyście zdrój rodzinnego życia.
— Nie my! Nie one! Mężczyźni! Mężczyźni! — powstał już ogólny chór. Zaledwie parę milczało.
— Patrzcie! Co się namnożyło feministek! — śmiała się »Ciotka«. — A wiecie, kogo mi żal? Tych waszych mężów właśnie. Jakie zimne, puste, próżne i nudne muszą być te gniazda wasze, jeśli oni z nich uchodzą. Jakie wy nieznośne, kiedy was opuszczają. Widzę w myśli wasze sceny zazdrości i spazmy, lub milczące odęcia, wasze flądrowate negliże, wasze narzekania na służbę i dzieci, wasze nieuctwo w pedagogii[16] i hygienie[17], wasze ciągłe cherlanie, waszą pasyę do zalotności z innymi, ploteczki i obmowę i wasze próżniactwo umysłowe.
A zresztą poprzysięgam wam: powiedzcie — czyście szły za mąż miłujące? czyście znały tego, z kim przysięgałyście życie przepracować? — czy też szłyście dla wygody, dla stanowiska, dla spokoju, dla tak zwanego zapewnienia losu, czyli, że mu dacie siebie — za utrzymanie, żeby używać i próżnować, i o bycie nie myśleć. Darujcie, taką dostawszy i tyle — mężczyzna krótko będzie rad. Ścisły jego umysł uczyni wprędce rachunek — i da wam w najlepszym razie to, o co wam w gruncie chodziło! Potępiajcie go, jeśliście bez winy!
Zgromadzenie przyjęło to obrażonem milczeniem i szeptami. Kilka wstało i zaczęło się żegnać.
— Proszę ciebie! Mówisz, jak ślepy o kolorach — nie można dysputować[18] z kimś, który wcale żadnej nie miał miłości w życiu! — rzekła jedna lekceważąco.
»Ciotka« rozplotła ręce i, oparłszy je na stole, przechyliła się do mówiącej, — twarz jej się mieniła.
— Ja nie znam miłości — ja! Dlatego, żem nie miała męża i dzieci! Kobieto! biednaś ty! Więc i ty nic więcej — i innej nie znałaś!
— A ty, prawda, kochałaś ciotkę! — ktoś ironicznie podchwycił.
»Ciotka« zwróciła się do siedzących opodal trzech.
— Słyszycie to i milczycie — wy, co walczycie dla kobiet o równe prawa. Toć one ciskają wam obelgę, toć nie mężczyźni, ale one ideę waszą podkopują. Toć one dowodzą, że nie potrafią utrzymać domowego szczęścia i miłości w rodzinie, a negują miłowaniu innemu. Więc one nie wiedzą, że można miłować bliźniego i kraj, sierotę i zbrodniarza, kobietę nieznaną i każdego mężczyznę z jednem pożądaniem — by razem bagno przekopać aż do zdroju, co daje wesele bez pijaństwa, szczęście bez samolubstwa, życie — bez strachu śmierci!
A oto ja wam powiadam, że jałowa będzie wasza praca i próżny wasz zapał, póki tych nie uczynicie ludźmi!
A co do mnie — zaprzeczam wam prawa mnie sądzić, bom właśnie szczęśliwa i miłująca, a jeślim taka — to ciotce zawdzięczam. Tej ciotce, co mnie wiodła przez życie i uczyniła mi je promiennem — aż po grób.
Byście ją miały — i wy byłybyście inne.
Wyprostowała się i spojrzała już serdecznie.
— Zezłościłam was! Wybaczcie! Gorącość już mam taką — bo mi was żal — taki straszny.
Żebyście wiedziały, jak mnie dobrze!
Zaczęła się żegnać.
— To już chyba na zawsze! — rzekła smutnie któraś. — Po dwudziestu jeszcze latach nie zostanie nikt z nas.
— Ha, trudno — miniemy! Byle zostało coś z nas. Bez śladu dobrego minąć — nie daj Boże. Ale spocząć, jak spracowany robotnik — dobra rzecz.
— Pójdę z tobą! — rzekłam. — Zaraz odjeżdżasz?
— Idę na dworzec. Chodź! Pogadamy!
Wyszłyśmy.
— Słuchaj no! Zapoznaj mnie z tą swoją ciotką. Gdzie ona? Jak się nazywa?
— Sofia! Zapoznać trudno. Mieszka to tu, to tam. Jak się kiedy trafi, będziesz u mnie, to cię do niej zaprowadzę! A chcesz ją przedtem poznać — przyślę ci moje notatki z różnych z nią rozmów. Chcesz — skorzystaj sama, chcesz — pokaż je tamtym — takim biednym!
— Naprawdę — przyślesz?
— Słowo! Dostaniesz za tydzień.
Byłyśmy na dworcu. Gdy pociąg ruszał — uścisnęłyśmy dłonie bardzo serdecznie.
— Czekam! — zawołałam.
— Dostaniesz! — odparła. — Daj i im przeczytać.

separator poziomy

WPISANY DO HEROLDYI.[19]

— Sylwester Dubieniecki — masz list.
Stojący w progu kancelaryi Sylwester szybko podszedł, kopertę niezgrabnie adresowaną w rękę żywo pochwycił i cofnął się.
Podniósł z ziemi koszyk dość ciężki i wyszedł w milczeniu.
Na ulicy list w zanadrze schował i ruszył prędko, usuwając się każdemu z drogi, salutując bezustannie oficerów, w razie ścisku schodząc z asfaltu w śnieżne błoto ulicy.
Drab to był sążnisty, zbudowany jak atleta, o twarzy bez śladu zarostu, roztropnej, trochę ponurej.
Od dwóch lat, jak go do wojska powołano, służył u kapitana za kucharza, stajennego, lokaja, niańkę, praczkę i posłańca.
Minął ulic kilka, raz zbłądził, nie mogąc w swej głowie wieśniaczej zakarbować szachownicy miejskiej, wreszcie wszedł do bramy.
Stróż zamiatający rynsztok, zagabnął go:
— Ale, tu się jakieś żydzisko o was u mnie dopytywało.
— Dawno?
— Będzie chyba z godzina może, — gadał, co wieczorem będzie.
Żołnierz nieco wbok się zwrócił, purpurą nabiegły mu oczy. Prędko w podwórze wpadł i na schody kuchenne począł się drapać. Serce mu biło, jak na trwogę.
Wszedł do kuchni swojej, koszyk na stole umieścił, dobył list z zanadrza.
Poznał pismo matki starej i dziecinnie się uśmiechnął. Niezgrabnymi palcami kopertę przedarł, i rozłożywszy arkusz na stole, wziął się do czytania, pochylony, ze zmrużonemi oczami, palce pod wyrazem każdym wiodąc i półgłosem zgłoskując.
— Mój najmilszy synku Sylwestrze. Naprzód donoszę ja tobie, że cię świętami winszuję i błogosławię — Jezusowi Panu i Panience Przeczystej Kazimierzeckiej oddając pod obronę.
A do tego nie gniewaj się, synku, że my tu do ciebie, świątkując, żadnego pisma nie przysłali, ani nijakiego gościńca, ale wspominki byli o tobie i u nas w domu i na wszystkich Budkach; Marcysia też tobie pięknie się kłania, i Józia, i Oleśka, i Kazik, i Adolf, i Hipek Rudecki. Chrzestna twoja takoż, a stryj pomarł. Wielkie frasunki były, bo Bóg ogień dopuścił, i przez to odryna[20] z sianem się spaliła, i jałoszka też zdechła, a kasztanka nocą jakieś hycle z pod zamku wzięli.
Więc siana jako niema, Kazik i Adolf uradzili woły sprzedać, a pole na połowę Srulowi oddać, albo też procesu zaniechać i do domu z niczem iść.
Ja też zaniemogłam w adwencie, bo chusty nie było, i trzewiki się zdarły, i takim się wykosztowała na felczera złotych siedem i groszy dwanaście, za które Jenta chce wełnę wziąć, albo te dwie gęsi siwe, coś to dostał od chrzestnej, więc uradziliśmy...
— Sylwester! — rozległo się z głębi mieszkania.
Żołnierz ruchem maszynowym się wyprostował, rękawem oczy zaczerwienione otarł i wyszedł. Stąpał po wzorzystym chodniku, potem po lśniącej posadzce, aż stanął w drzwiach gabinetu, sztywny, z piersią naprzód podaną, z rękami przy lampasach.
Oficer bawił się z dzieckiem, które też wnet ręce do chłopaka wyciągnęło, wołając radośnie:
— Niania, niania!
— Konia mi osiodłaj, a żywo!
— Słucham!
Obrócił się na pięcie i wymaszerował według regulaminu.
Za chwilę był już w stajni, i konia siodłając, głowę miał pełną wzburzonych, dzikich myśli. Wirowało mu w mózgu od tego nawału wspomnień, które mu list narzucił.
Wieści z domu miewał rzadko, dwa, trzy razy na rok. A za każdą widział jak na dłoni swe Budki Mazurskie.
Widział osadę o bielonych ścianach, o dachach z dranic[21], rozrzuconą w wianek wkoło jeziorka, otoczoną sosnami wiecznie zielonemi; widział płoty i sadki wiśniowe i drogę i pólka, powydzierane z pod boru, i sznurki łąk, a na straży karczmę starą, w której Srul mieszkał i Jente.
Było w Budkach tych trzy rody, rozrodzone na piętnaście chałup: Dubienieccy, Łabędzcy i Marcinowscy, skoligaceni[22] i spowinowaceni ściśle. W jego chałupie matka wdowa wyhodowała chłopców trzech i dwie dziewczyny, rządziła dotąd, posłuch mając bezwarunkowy. Widział i ją żołnierz; kobietę siwą, wysoką, suchą, o twarzy surowej i nakazującej uszanowanie. Miłował on też ją dusznie, głęboko.
Kasztan oficerski kręcił się i swawolił; ułan zębami popręgi dociągnął, wygładził, munsztuk założył i podał przed bramą, trzymając cugle w jednej ręce, a strzemię w drugiej.
Oficer wskoczył na siodło i ruszył tęgim kłusem, szeregowiec w furcie pozostał, patrząc przed siebie, w jeden punkt, oderwany zupełnie od otoczenia.
— Mój ty Boże, mój ty Boże! a to ich opadło! Odryny niema, którą on sam z braćmi stawiał; kasztanka niema, białonogiego ulubieńca! Co to on się na nim do miasteczka najeździł. A teraz woły pójdą, i te pólka Żyd wyssie; a i stryj doradca pomarł, i gęsi się zwiodą czubate! Mój Ty Boże! za jedno półrocze. Pieniędzy im trzeba na siano!
Jeszcze, broń Boże, proces opuszczą, co go to tatuś pod błogosławieństwem nakazywał ciągnąć, o tę miskę półmorgową z dworskiego boru. Lepiej duszę dyabłu zastawić, a tego starego porządku nie zaniechać. Pomódz im trzeba koniecznie i radę dać.
Dwanaście rubli z chaty poszło na niego, teby oddać, parę dołożyć, przeciągnęliby do wiosny może. Z wiosną Bóg opatrzy. Dwanaście rubli trzeba.
Sylwester przez dwa lata żadnej zapomogi nie otrzymał z domu, ale na służbie u oficera miał dochody drobne i tymi to swe potrzeby opędzał. Sprawił sobie nawet dwie koszule z jaskrawem u szyi oszyciem, scyzoryk, woreczek na tytuń i tombakowy łańcuszek do jeszcze nieistniejącego zegarka.
Teraz różne plany i sposoby chodziły mu po głowie. Nie on je pierwszy powziął — podsunął mu je handlarz, który do kuchni często zachodził po wymoki z herbaty, pierze z ptactwa, skórki zajęcze i tym podobne specyały.
Żyd pytał o owies, o tytuń, czyby kupić nie mógł. Dawno to już trwało. Żołnierz nie obiecywał wprost, ramionami wzruszał, coś mrucząc — nigdy w oczy kusiciela spojrzeć nie śmiał. Wreszcie mu obiecał, sam nie wiedząc, jak do tego przyszło, i odtąd po różnych kątach i schowankach zatykał rzeczy jadalne, ściągnięte z kredensu, czasami własne kęski. Od pewnego też czasu kasztan oficerski mniej dostawał owsa, a na strychu pęczniał worek z ziarnem!
Teraz Sylwester skarby te srocze obrachowywał z dziwnem biciem serca.
Zbierze się może osiem rubli, Żyd da na przyszłość zadatek, a resztę...
— Sylwester! — zabrzmiał obok niego cienki głosik. Zadrżał i odskoczył od furtki. Była to pani kapitanowa w powrocie ze spaceru.
— Pana niema?
— Tak! — odparł już służbowym tonem.
— A ty czego tutaj gawronisz się? Obiad nastawiony? Produkty przyniosłeś?
On szedł za nią, odpowiadając machinalnie — słucham! — na wszystko.
Teraz ani o dokończeniu czytania, ani o snuciu planów nie było co myśleć.
Węgiel rozgorzał pod maszyną, rozległo się tłuczenie, siekanie, szczęk rądli, syczenie pary, a nad tem dyszkant pani kapitanowej i płacz dziecka.
— Po obiedzie upierzesz trochę bielizny, wytrzepiesz dywany, firanki, i trzeba też oczyścić lampy, dziecko wynieść trochę na spacer. Potem z listem pójdziesz i kuchnię wyszorujesz przed świętem. No, no, tylko żywo z tym obiadem, pan za godzinę wróci.
Spocony, zdyszany żołnierz uwijał się z robotą. List go palił w zanadrzu, troska rozpierała piersi, ale ani przez myśl mu nie przeszło sekundę chociaż służby zmitrężyć.
A służba ta nie znosiła opieszałości. Krzątał się chłopak — od trzona do balii, od bufetu do pomyj, od trzepaczki do dziecka. Cały dzień mu tak zeszedł, za krótki ten dzień zimowy. Jeszcze i pół wieczora zeszło na szorowaniu podłogi, na noszeniu drzew, węgla, na posyłkach.
Wreszcie spokój powrócił. W kuchni czysto sprzątniętej, białej, pod lampą wiszącą, na stole znowu zabielał arkusz papieru i ostrzyżona przy skórze jasna głowa szeregowca.
Był bez munduru, w koszuli podartej, spocony, wciąż nasłuchujący jakby nowego rozkazu.
I sylabizował dalej list matczyny:
— Więc uradziliśmy Oleśkę też do dworu oddać, że to chleb drogi, a od tych deszczów nie obrodził. O Marcysię dobijał się jesienią Maciek Łużycki, ale tak się to obeszło.
W Bogu i Matce Najświętszej nadzieja, że może wiosną dobry numer wyciągniesz, i że cię zdrowego zobaczymy.
Ochfiarowałam się na to do Kazimirki i na Wniebowzięcie tam chodziłam ze swojemi, a jako moje stare nogi tam mnie doniosły, tak sobie suponuję[23], że i twoje młode ciebie nam rychło przyniosą.
Tedym ci z porządku doniosła już wszystko, co u nas słychać, a tylko ciebie, synku najmilszy, przestrzegam, abyś tam między narodem różnym duszy swojej nie zatracił, jako inni czynią. Żebyś, uchowaj, do wódki obyczaju nie nabrał, bobyś w piekle gorzał, i abyś cudzego niczego nie zagabnął, tyle co igła nawet, bobym ciebie za dziecko swoje nie przyznała, i o swej Marcysi, zmówionej, pamiętał!
Pacierza nie przepominaj i przykazania codzień odmawiaj, jakom ci przykazywała odchodzącemu. A tak sobie to w sercu miej, żeś nie byle świniarek, ani łapciarz, ale dworzanin[24] — więc ci się godzi między ludźmi honorność mieć, boś też i w heroldyę już wpisany za staraniem mojem i komornika Rzepeckiego, któremu nie pożałowałam dać za to rubli całych siedem, i tak w papierach stoisz zapisany z braćmi po porządku za ojcem i dziadem swoim.
To sobie pamiętaj, jakby cię co kiedy pokusiło, że ci w żaden sposób paskudnie czynić nie godzi się, co też tobie przypominam, i niech ci tak Bóg dopomoże, a odprowadzi zdrowego. A ja ciebie, synku mój Sylwestrze, błogosławię i uściskam. Amen«.
Skończyła się kartka, i palec żołnierza na ostatnim wyrazie pozostał, a oczy szeroko rozwarte utknęły na owem »amen«, które było całym podpisem i jakby listu pieczęcią. Potem chłopak list oburącz wziął i owe »amen« pocałował, i z długiem stęknięciem wyprostował się.
Na czole miał żyły nabrzmiałe i uszy krwią nabiegłe. Ze czcią i szacunkiem papier napowrót do koperty włożył, sięgnął do kąta, dobył swój worek, rękę do spodu zanurzył i wyjął coś, owiniętego w czerwoną chustkę. Była to stara książka — między jej kartki list wsunął i znowu, starannie zwinąwszy, do worka schował.
Potem na zydlu[25] usiadł, spracowane, niezgrabne ręce na kolanach złożył i zamyślił się.
Lampa rzucała nań blask w pełni, i twarz ta bezwąsa, bardzo młoda, nabierała wielkiej powagi.
Znał w kufrze, gdzie przechowywano domowe drogocenne pamiątki: korale, pieniądze i najcieńsze odzienie, zwitek papierów żółtych, na samym spodzie będący.
Raz na rok tylko matka je kładła na stole, na serwecie i pozwalała oglądać.
Był tam dokument ich rodowy, i drzewo genealogiczne[26], i herb jaskrawo malowany, i różne papiery z pieczęciami i z podpisami wielkich.
Przy tem oglądaniu oni trzej poważnieli bardzo, i oczy im błyszczały.
Głowami prawie dotykali sufitu swej chaty, a mieli szare koszule i spencery samodziałowe, te karmazyny herbowe, a czytać ledwie umieli na książce do nabożeństwa. Niczem prawie od chłopstwa się nie różnili z pozoru.
A jednak to zdanie listu: »wpisany do heroldyi« — uczyniło od razu z szeregowca wielkiego pana: martwa litera zaciężyła na nim, czyniąc w duszy jego ogromny przewrót.
Zdało mu się, że po sakramencie jest, tak uroczyście jakoś w nim było, tak cicho!
Siedział i dumał, uniesiony precz z tej izby, w której jego wieśniaczym piersiom tak bardzo było duszno i ciasno.
Drzwi od schodów rozwarły się cicho, a w szparze ukazała się czapka kolegi i śmiejące się oczy.
— Sylwester!
— Aha!
— Chodźmy. U stróża muzyka i dziewki. Pohulamy!
— Nie moja kompania.
— Phi! Podoficerem ciebie zrobili! Mańka jest. Chodź! W orlankę zagramy.
— Idź do czorta! Nie pójdę.
Drzwi się zamknęły, i cisza zapanowała znowu. Nie na długo jednak. Ciche kroki rozległy się znowu na schodach i skrobanie do drzwi. Żołnierzowi twarz zapałała, zerwał się na równe nogi i stanął u drzwi zadyszany. Naprzeciw niego z ciemności sieni wysunął się Żyd chudy, z workiem pustym pod ręką. Obleciał oczami kąty i podniósł je na Sylwestra...
— Nu? — zagadnął cicho.
— Czego?
— Nu, ja przyszedł. Może co jest?
— Jest... Masz herbatę, ot, i pierze! Bierz!
— Nu, może cygara są? — rzucił, zagarniając podawane przedmioty i mnąc w ręku woreczek z pieniędzmi.
— Niema! Zapłać za to i wynoś się!
— Zaraz, co ty taki gorący?
— Ja tobie nie żaden »ty«; nie kradł ja z tobą!
— Ny, niech będzie »wy«! Może wypić chcecie! Mam żytniówkę fajn!
— Ja nie cham, żeby wódkę chlać. Oddawaj pieniądze i idź do dyabła!
— Ach, wy dziś skręcili się! Oddam. Co tam, pogadać nie można? Jaby tego owsa chciał zobaczyć; może cukier jest?
Żołnierz milczał, rachując miedziaki, brwi mu się zbiegały groźnie.
— Nu? to i wszystko już? Więcej nic?
— Nie — pomyślał chwilę i worek wydobył z kąta.
— Kupcie te dwie koszule i tę dewizkę! Co za to dacie?
— To? — żyd oglądał, miął, ważył.
— Dam rubla.
— Dziesięć złotych.
— Nie. Chyba co dodacie... Owsa!
— Dodam scyzoryk; dajcie dwa ruble!
Żyd czuł, że dla dalszych interesów twardym być nie można. Dobył pieniądze, potem, zgarniając koszule do worka, szeptał zcicha:
— Nu? a coście obiecali, jak będzie? Jutro?
Sylwester sapać zaczął. Ręce mu się mimowoli składały w pięści.
— Ni jutro, ni kiedy. U nas w rodzie złodziei nie było. Won, ty!
Zapałały mu tak złowieszczo oczy, że Żyd od progu się cofnął, drzwiami do połowy zasłonił.
— Wy teraz bez humoru... Ja tu jutro przyjdę — rzekł.
— Ni jutro, ni kiedy! — powtórzył żołnierz — a jak mi się nawiniesz jeszcze z pokusą, Judaszu, to, jak Boga kocham, klnę się, w tym twoim worku zęby i brodę poniesiesz! Won! słyszysz!
Postąpił krok naprzód — drzwi się zamknęły.
Chłopak na środku kuchni pozostał, cały dyszący. Krew mu grała po żyłach, i serce biło mocno.
Mundur włożył i do mieszkania wszedł. Przymaszerował do pani i na stole przed nią położył miedziaki.
— Co to?
— Żyd dał za wymoki herbaty i pierze!
— Weźże to sobie!
— Dziękuję. Przyszedłem też oznajmić panu, że owsa jeszcze jutro brać nie trzeba. Zbiegło na trzy dni pewnie.
— Toś zuch! Dostaniesz jutro urlop za to!
Cofnął się do drzwi, ale nie odchodził.
— Co tam jeszcze?
— Pokornie proszę pana o arkusz papieru i kopertę.
— Na list? Masz.
— Tak jest, do matki.
Wycofał się wreszcie zupełnie, ale go zawołano po chwili.
— Dorożkę nam sprowadź i dziecka dopilnuj. Wrócimy późno.
Cisza zapanowała w mieszkaniu. Sylwester dziecko do snu kołysał i tam przy niem zasiadł do pisania:
Sapał i potniał, krzywe litery stawiając i mażąc bezustannie.
»Najukochańsza mamo i wy mili bracia i siostry! Donoszę, żem zdrów, czego i wam z duszy życzę, i w jednej służbie zawsze zostaję u kapitana, i żem dotąd karany ni razu nie był i wymówki też nie miałem, ani w pysk nie wziąłem. Koszule mi się tylko do cna zdarły, ale to fraszka, bo co chleba oszczędzę, to sobie sprawię.
A owe dwa ruble to niech mamie służą na trzewiki, a dwa złote takoż mamie, na co niebądź, a więcej, to już nie mam.
Pozdrówcie też ode mnie chrzestną, i Hipka Rudeckiego, i Makarewiczów, i stryjnę, a stryjowi wieczny odpoczynek — Amen.
Frasunki wasze całkiem mnie zgryzły, a już ten Srul to najgorszy hycel.
Mili bracia i siostry, radby ja wam z duszy pomódz, ale chyba Bóg za mnie was poratuje. Na Wielkanoc może znowu trochę wam grosza przyślę, a dopokąd sił mam, starać się będę.
Marcysię też pozdrawiam i proszę, żeby mnie sobie pamiętała, boć wrócę ja do niej i nijakiego łajdactwa nie czynię.
A o jedno was, najukochańsza matko i mili bracia, proszę i zaklinam, to, abyście procesu, broń Boże, tylko nie rzucali.
Boć tatuś tak przykazał, i honor nasz szlachecki uczy, i gańba by była, i wstyd, abyśmy ustąpili. — Więc ten ambit miejcie i zawsze trwajcie w swem prawie.
Że ja teraz »wpisany do heroldyi«, to za to mamie nogi całuję, i swój honor ja znam, i nikomu się posponować nie dam, ani też co chamskiego uczynię, tak mi, Panie Boże, dopomóż. A teraz wam zdrowia życzę i pomyślności wszelkiej, i świętami winszuję na wieki wieków...
Miłujący was brat i syn
Sylwester Dubieniecki«.
Dzieciak poruszył się w kolebce, więc żołnierz nad nim się pochylił, poruszając i mrucząc:
— Luli, luli, luli!
Zpośród koronek czarne oczęta patrzyły ku niemu wpółsennie.
— Caca niania, caca niania! — zaszemrała, usypiając, dziecina.
Żołnierz uśmiechnął się jasno i tak pozostał u tej kołyski, coś zcicha sobie nucąc.

separator poziomy


Przypisy

  1. Obok siebie
  2. Stodoła
  3. Miejsce zapadłe między wzgórzami
  4. Obrachunek.
  5. Stracone, rozbitki.
  6. Dążenie do równouprawnienia kobiet.
  7. Choroba nerwowa.
  8. Uwaga, sąd, rozmyślanie.
  9. Udawanie, przechwałki.
  10. Opowiadanie o życiu własnem.
  11. Zniechęcenie, obojętność.
  12. Rzecz niemożliwa, złudzenie.
  13. Boginki.
  14. Potwór mitologiczny, nienasycony.
  15. Zaprzeczacie.
  16. Nauka o wychowaniu.
  17. Nauka o zachowaniu zdrowia.
  18. Rozprawiać.
  19. Instytucya, potwierdzająca dowody szlachectwa.
  20. Szopa.
  21. Desek nieheblowanych.
  22. Spokrewnieni.
  23. Przypuszczam.
  24. Szlachcic.
  25. Stołek bez poręczy.
  26. Rysunek, przedstawiający w postaci rozgałęzionego drzewa początek i kolejny rozwój jednego rodu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna .