Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Kamienie. Ciotka. Wpisany do heroldyi.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


głowę na jej kolanach i słuchał, co ona mu mówiła.
Uczyła go słuchać, jako cisza mówi, jako ziemia gra, jako niebo śpiewa — i słyszał.
I mówiła mu, jako tu będzie, gdy nie stanie kamieni, i poczynał się tem cieszyć i poczynał zapominać, czyje to pole i komu je zbiera, jeno radować się, że ich, tych kamieni, nie będzie.
A wśród tych rozmów usnął i nie słyszał wycia psa przybłędy, ani wspomniał swej osady.
I oto rozeszła się po woli i Wólce gadka, że Jan bogacz z nieszczęścia rozum stracił.
Osadę opuścił, wszystko swoje rzucił i oto jako obłąkany po polach chodzi, kamienie w płachtę zbiera i do wąwozu nosi. Ludzie patrzali na niego zrazu ze zgrozą i trwogą; myśleli, że co złego zamyśla i pojmali go raz i zaprowadzili do gminy.
Ale Jan, gdy go pytano: co robi i poco? — odpowiedział:
— Kamienie zbieram, by ich nie było. Nic więcej już robić nie będę.
Urząd go badał, doktór go badał, wreszcie puścili.
Naród się z nim oswoił, uspokojony, że nieszkodliwe ma szaleństwo; wprędce też zaczęli go prześmiewać, przedrzeźniać — wiadomo: jako obłąkanego, który obronić się nie chce, czy nie umie, a może i nie rozumie wyśmiewań. Dziatwa za nim biegała, jak za cudakiem; ludzie go nazwali »głupim«, mało kto podał mu chleba kawałek i dobre słowo.
Ale Jan, jakby jednakowo głuchy był na urą-