Jarema/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Chryzostom Zachariasiewicz
Tytuł Jarema
Rozdział VIII. W karczmie
Pochodzenie Wybór pism Jana Zacharyasiewicza
Wydawca G. Gebethner i Spółka
Data wydania 1888
Druk S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skan na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VIII.
W karczmie.
D

Dwadzieścia lat minęło, jak Jarema wyszedł ze swojej wioski rodzinnéj. Widzieliśmy go na wstępie nowéj jego karyery, słyszeliśmy, jak wielkie u ślepego Jośka rokowano mu nadzieje, i jak chętnie przylgnął rekrut do tych różowym kolorem malowanych nadziei.

Zkądże powraca dzisiaj? Cóż go przywołało do wioski rodzinnéj. Czegóż się dorobił po latach dwudziestu? Jarema służył w wojsku lat czternaście. Jednę kapitulacyą wysłużył za siebie, drugą za jakiegoś Niemca, który za to dał mu kilkaset reńskich. Nauczono go czytać i pisać, ale po za te hieroglify ducha ludzkiego nie wyszedl nigdy. Znał tylko onych dwadzieścia kilka znaków, któremi posługuje się duch ludzki, i umiał je nawet we wskazanej permutacyi napisać a napisane odczytać; ale użyć ich za narzędzie własnych myśli i uczuć nie umiał Jarema. Mógł więc tylko według danéj formułki napisać raport i należycie wypełnić drukowane rubryki. Stosownie téż do téj swojéj nauki otrzymał stopień i dosłużył się rangi kaprala.
W tym nowym dla niego zupełnie świecie nie miał Jarema zbyt wielkich pretensyj, a stopień kaprala zadawałał najbujniejsze jego marzenia. Miał kilkunastu żołnierzy pod swemi rozkazami, a to napełniało pierś jego dumą, że przecie w świecie do czegoś przyszedł. W piekarni Nowéjwsi on musiał wszystkich słuchać!
Nie zapomniał on rad swego dawnego przyjaciela Hubera, który mu mówił, że jako żołnierz wysłużony może dostac urząd z pensyą przyzwoitą. Skończywszy więc dwie kapitulacye, począł szukać urzędu i pensyi przyzwoitéj i znalazł jedno i drugie. Ponieważ żadnéj nie posiadał nauki, umieszczono go, więc jako kopistę za dzienném wynagrodzeniem w jakiéjś kancelaryi wojskowéj. Dano mu kilka liber siwego papieru, tuzin piór i ogromny kałamarz. Jarema ułożył to wszystko symetrycznie przed sobą na czarnym stole i rozkoszował się w duchu, że jest, jakby kancelistą.
Ale natura ciągnie wilka do lasu. Gdyby Jarema był Niemcem albo przynajmniej Czechem, byłby przyrósł do swego stołka przy czarnym stoliku, siedziałby długie lata, ażby, wysechł, jak pergamin i zgiął się, jak obręcz we dwoje.
Ale Jarema był członkiem naszéj gromady. Odwieczna ta instytucya była zawsze potęgą;, obejmująca szerokiém ogniwem wszystkich, co do niéj należeli. Toż w każdym innym narodzie widzimy wydzielające się z gromady pojedyncze indywidua, które rade do innych sfer przechodzą, jeśli te sfery, według ich mniemania, leżą wyżéj gromady. Chłop zaś nasz, jeśli w wykształceniu swojem pewnéj wyższéj nie przekroczy linji, prędzéj lub późniéj wraca zawsze do swojéj gromady. Ma on pod tym względem coś z natury jelenia, który spłoszony z legowiska, gnany przez psy po różnych parowach i wertepach, wraca napowrót do miejsca zkąt go spłoszono.
Silném uczuciem ciągniony do gromady, chłop nasz uważa wszelkie wypadki swego życia, które go od miejsca urodzenia oddalały, za niefortunne, jak jeleń szczekanie psów, a wróciwszy do chaty ojczystéj pozbywa się czémprędzéj wszelkich nabytków, które do niego przylgnęły w oddaleniu od gromady.
Jarema żadnéj nie posiadał własności w gromadzie nowowiejskiéj, a przez dwadzieścia lat powinien już był przywyknąć do życia po za gromadą. Miał wszystko, do czego niegdyś wzdychał: stolik czarny, siwy papier, pióra i inkaust, a do tego jeszcze kilka reńskich miesięcznie. Miał także i pozycyą, mógł z długiém piórem za uchem, chodzić po długim korytarzu i przychodzących do kancelaryi chłopów z góry traktować.
Po kilku jednak latach nie wystarczało to wszystko Jaremie. Naprzód nudziła go ta ośmiogodzinna pisanina, ta ustawiczna permutacya dwudziestu czterech znaków pisemnych. On był machiną, niczém więcéj, a kiedy z Wiednia sprovadzono machinkę do kopiowania korespondencyi kancelaryjnéj, Jarema widział cały byt swój zagrożony i musiał chcąc nie chcąc o swojéj dalszéj doli na seryo pomyśléć. Do tego jeszcze przyłączyły się różne inne potrzeby. Jarema, jako dziecko gromady, musiał zawsze żyć pewném wspólném życiem, jakiém żyje gromada.
W wojsku szło to jeszcze jako tako. Były pewne surrogata, które temu uczuciu mogły zadość uczynić. Była kompania, był batalion, wreszcie regiment. W kancelaryi zaś był on sam jeden, jak palec. Wprawdzie gryzmoliło tam kilku innych jeszcze pismaków, ale każdy żył dla siebie, pił swoję własną szklankę piwa i za nią sam płacił. Pić ze wspólnego dzbanka, jeść ze wspólnéj miski, częstować swoim groszem przyjaciół i zapłacić za nich jednę lub dwie koleje, a za to serdeczne, braterskie otrzymać ściśnienie ich ręki — o tém wszystkiem nie wiedziano w kancelaryi, w któréj siedział Jarema.
Ozwała się więc w Jaremie potrzeba życia w gromadzie, między swymi, a gdy nad tém rozmyślać począł, przypomniał sobie rozmowy u ślepego Jośka, które miewał z amtsdinerem Huberem i owym mecenasem gromadzkim, co to uskarżał się, że w gromadzie nowowiejskiéj nie było porządnego gospodarza, z którymby o procesie gromady ze dworem coś pomówić można. I przyszło mu na myśl, że on w téj kancelaryi jest ostatnim, a w gromadzie nowowiejskiéj, przy dzisiejszém swojém doświadczeniu, mógłby być pierwszym. Jakże serce jego rosło, gdy sobie zamarzył, jak to on karczmie będzie na pierwszém miejscu siedział, jak to będzie miał w skrzynce wielką pieczęć gromadzką... bo niezawodnie będzie wójtem... jak gromadzie wyprocesuje różne jéj uroszczenia, a gdy tego potrzeba będzie, pójdzie i do Wiednia, bo zna doskonale drogę!
Tak i podobnie marzył sobie Jarema, a siwy papier stawał się mu z każdym dniem nieznośniejszym.
Jego wzrok pastuszy potrzebował szerokich zielonych łanów, potrzebował drzew i licznych stad ptaków, a tu zaledwo o kilka łokci przed nosem wznosił się mur wysoki, a tam na oknie wisiał w klatce tylko jeden osowiały ptaszek.
On pragnął życia czynnego i ruchu, a tu potrzeba było ośm godzin siedziéć i nic przytém nie myśléć, nie roić.
Prócz tego powrót jego do gromady opierał się jeszcze na czémś realniejszém: miał on w węzełku na piersiach pół tysiąca reńskich, które wziął od Niemca za drugą kapitulacyą, a z taką sumką mógł śmiało przyjść do gromady, kupić sobie grunt i chałupę i z dumą zaspokojoną zająć piersze miejsce tam, gdzie mu niegdyś urągano...
I jeszcze coś ciągnęło go do gromady. Dwadzieścia lat życia w obczyznie nie zatarło w jego sercu Nastusi o jasnych, jak len włosach. Mianowicie w kancelaryi często przychodziła mu na myśl. Chciał się dowiedziéć, co się z nią stało, a gdyby ją zastał żoną drugiego, chciał jéj okazać, że on mógłby jéj może lepsze zgotować szczęście, gdyby nie była, nim wzgardziła.
Takim to był Jarema, gdy od krzyża ze szczytu Nowéjgóry, ujrzał światło w piekarni i do niego wprost dążył. Dla czego szedł za tém światłem? Co go ciągnęło w téj chwili do piekarni? o tém nie wiedział i nawet siebie w téj chwili nie pytał.
Ale w połowie drogi, vychyliła się z po za drzew ogrodu karczma nowowiejska. W oknach karczmy było jasno, w koło stołu widać było siedzących włościan.
Karczma ta miała dla niego tyle pamiątek! Tu odbywały się tańce, tu przychodziła Nastusia jasnowłosa, tu z nią zabawiał się Szymek...
Na wspomnienie Szymka ścisnął obie pięście stanął. Zdawało mu się, że na jasném tle jego marzeń osiadła nagle jakaś czarna, brzydka plama...
Z karczmy słychać było głośne rozmowy i brzękanie szklanek. Tam siedzą niezawodnie dawni jego towarzysze, którym przywodził. Zapewne dzisiaj są gospodarzami, mają żony i dzieci...
A wzrok jego znów zwrócił się do światła w piekarni...
I coraz więcej ciągnęło go do karczmy. Jasna błyskawica wskazała mu wlaśnie ścieżkę.


W karczmie za stolem siedziało kilku chłopów. Wszyscy podparli brody na opalonych, nagich rękach, i słuchali z uwagą siedzącego naprzeciw człowieka.
Człowieczek ten był siwy, jak gołąbek, a zeschły, jak śliwka węgierka. Usta miał szerokie, zawsze śliną okryte, w gębie nie było widać żadnego zęba. Gadał prędko i nieustannie i ruszał się, jak kosz we młynie. Miał na sobie stary, wytarty frak granatowy i nankinowe pluderki. Przed nim stał inkaust, leżały papiery i długa linia.
Koło niego siedział drugi, podobniuteńki do niego jegomość. Różnił się tylko czapeczką, która niegdyś urzędnika oznaczała, i twarzą trędowatą, pośród któréj wyrastał siwy nos o trzech konarach.
Gdyby w téj nizkiéj, zadymionéj izdebce żydowskiej zdołały widomie pozostać myśli i słowa biesiadującéj w niedzielę gromady, moglibyśmy odrazu zapoznać czytelnika z usposobieniem dawniejszych poddanych dworu nowowiejskiego.
Możnaby sądzić, że po „zniesieniu pańszczyzny“ ustał w Galicyi między dworem a gromadą wszelki nieprzyjazny stosunek. Tak jednak, niestety, nie było. Pańszczyznę wprawdzie zniesiono, ale natomiast wystąpiła potworna kwestya, tak zwanych „serwitutów,“ kwestya dokuczliwsza jeszcze dla stron obu od pańszczyźnianéj.
Dawniej robił chłop kilka dni pańskiego na tydzień, ale za to wiedział, że miał prawo paść swoję chudobę na łanie pańskim i z pańskiego lasu miał drzewo na opał i do gotowania strawy. Po zniesieniu pańszczyzny dwory zaprzeczyły prawa gromadom do pastwisk swoich i zamknęły lasy swoje.
Tym sposobem naprężyły się jeszcze więcej stosunki między dworem a gromadą, która wyprowadzać poczęła prawa swoje do lasów i pastwisk.
Była to sobota, lecz w karczmie mimo to zgromadziło się kilku włościan, aby o lasach i pastwiskach między sobą pogadać.
Nie brakło im téż pobudek do niechęci z innéj jeszcze strony.
ÓW człowieczek w nankinowych pluderkach, to dawny nasz znajomy. Był on niegdyś jakimś urzędnikiem, ale coś zmalował, za co przesiedział parę latek w kryminale. Dziś pisze gromadzie prośby i prówadzi jéj procesa.
Jego sąsiad, z sinym nosem o trzech konarach, wspiera go w tém rzemiośle radą i czynem, i zdaje mu się, że wielkie będzie miał kiedyś za to uznanie, choć teraz niewdzięcznie z nim się obeszli w urzędzie obwodowym i za jakąś sprawkę odebrali mu tekę amtsdinera, zostawiając go własnemu przemysłowi.
Mecenas w nankinowych pluderkach mówił właśnie:
Posłuchajcie Hrebory! Ja wam mówię, tylko niech gromada złoży się po jednym guldenie, a ten pan, wszak znajete go, Frydrych August Huber, zaniesie waszę skargę do Lwowa, do rąk samego gubernatora.
Wysoki barczysty chłop kiwał głową to w tę, to w owę stronę, ale mecenasowi nic nie odpowiedział.
W téj chwili wszedł Jarema do izby. Siedzący za stołem rzucili okiem ku drzwiom, a obaczywszy jakiegoś podróżnego wojskowego, wrócili do swojéj rozmowy.
Nikt Jaremy nie poznał. Nie poznał go arendarz, ani gromada. Na ławkę przy progu zrzucił swój węzelek i usiadł, jak długą podróżą zmęczony wędrownik. Nikt na niego nie zważał.
— Musicie wiedziéć Hrehory, — mówił daléj mecenas, — że przed dwudziestu laty pisał ja już gromadzie o te łany nad rzeką, co to dwór przywłaszczył je sobie — a cóż z niemi?
— A co ma być? — odparł najwyższy chlop — abo to z nimi kto wygra, czy co? Łany są dworskie, jak przed laty dwudziestu.
— A dla czego wy o tém staroście albo komisarzowi nic nie powiecie? Wszak wiecie, że nasz starosta i komisarz bardzo lubią chłopów.
Chłop poskrobał się w głowę i rzekł po chwili:
Że pan w cyrkule je dobry, to wszyscy wiemy, ale... hromada zawsze przegra.
W téj chwili zerwał się podróżny ze stołka, przybiegł z hałasem do rządzących, a uderzywszy w stół pięścią, aż się szklanki powywracały, krzyknął wsród powszechnego popłochu:
— Alboż to hromada sem nie wie, gde pójść? verflucht! teremtete!
Wszyscy skołowacieli z przestrachu. Tak nagle zjawiła się ta dziwna figura wśród nich, tak strasznie zabrzękły szklanki, rozlatujące się w tysiączne kawałki!...

’Kilka chwil trwało głębokie milczenie. Potém krzyknięto chórem:
— Jarema! Jarema! Jegomość z sinym nosem o trzech konarach wytrzeszczył bure ślépie, a Jarema tymczasem palnął go w plecy, aż mu dech zaparło i krzyknął nad nim:
— Huber! Dreinos!
Mecenas potarł ręką czoło i wołał:
— Jarema?... Jarema?... przypominam sobie... u Jośka... będzie temu lat dwadzieścia... Co to tego strzelca tak dusił za gardło.
I przypomniawszy sobie rzeczywiście tę scenę,.. skurczył kark i zgiął się pokornie, w obawie ażali Jarema nie zechce siły swojéj na nim spróbować, któréj świetne dowody dał właśnie przed chwilą.
Wysoki barczysty Hrehory wstał z za stołu i wyciągnął rękę do towarzysza młodości, ale z pod krzaczystych jego brwi strzelił jakiś złowrogi promień na przybysza. Ostrożnie wziął go za dłoń i obmacał ją, czy w saméj rzeczy jest tak silna, jak to przed chwilą się okazało.
Przeczucie mówiło mu, że widzi przed sobą współzawodnika. Tak silnéj pięści i tak szerokich bark nikt nie miał w całéj gromadzie. I głosu tak pewnego i stanowczego nikt nie posiadał, jak przybyły, a wyzywająca jego postawa oznaczała człowieka, który nienadarmo wraca po dwudziestu latach do gromady.
Hrehory spuścił głowę i zamyślił się. On był wójtem...
Tymczasem inni chłopi podawali koleją rekę Jaremie i witali się z nim. I mecenas ośmielił się i podał mu suche swoje palce, które w dłoni Jaremy zatrzeszczały, jak chrust trzyletni.
Jarema przerzucił płaszcz na lewe ramię i nasunął czapeczkę na ucho.
— No jak tu sem u was? — rzekł po chwili, siadając śmiało naprzeciw Hrehorego — pańszczyzna weg!
— O tak — pochwycił Dreinos — i wszystko byłoby dobrze; ale ciężko zawsze z dworami.
Jarema wzniósł duży, sękaty kij do góry i puścił go młynka między palcami, aż kaganek omal nie zagasł od prądu powietrza. Chłopi z uwielbieniem spojrzeli na niego, podziwiając jego siłę i zręczność. Tylko Hrehory zachmurzył się.
— Co to sem dwory! — krzyknął Jarema — hromada to wielki człowiek! Kreutzdonnerwetter! Czy to sem w hromadzie nie ma hospodara, coby znał gde Kreisamt, a gde Apelation? Teremtete! Cor petto di Baccho!
Chłopi uśmiechnęli się na te mieszaninę języków wszystkich ludów Austryi, jaką chciał się przed nimi — popisać wysłużony zołnierz. Hrehory spostrzegł to, pomyślał chwilke, a potem rzekł:
— Dla czego z nami po ludzku nie mówicie Jarema? Chcecie mówić po polsku, to wszyscy rozumiemy. Ale po niemiecku i z węgierska to nie pięknie. Tak mówi tylko rekrut, kiedy chce, aby mu baba zgotowała pirogów z serem. A nasi ludzie mówią: „Koyś ne pyroh, ne pyrożysia!“
Chłopi zaśmiali się na, całe gardło, wtórując najrozmaitszemi gestami konceptowi wójta. Hrehory rozweselił twarz, widząc, że mniemanego współzawodnika śmiesznym uczynił.
Zrozumiał to wszystko Jarema. Rzucił wściekłe wejrzenie na wójta i zacisnął zęby. Spostrzegł, że gromada, to jak stado ptaków: wszyscy są sobie równi i żadne pióra nie odróżniają ich. A jeśli jaki ich brat z klatki ucieknie i z czerwoną pod szyją wstążeczką do nich przyleci, wszyscy z hałasem rzucą się na niego i nieswojską oznakę wyskubią mu do szczętu.
Naturalnym rozsądkiem Jarema poznał odrazu swój błąd i że przeciwnik z niego skorzystał. Przymuszając się więc do największego puryzmu, do jakiego tylko był zdolen, ozwał się po chwili:
— Nie gniewajcie się, jeśli po dwudziestu latach, gdy wracam do was, zapomniałem mówić z wami, jak to dawniej mówiłem. Ale bo to człowiek kawał świata zeszedł! Był w Wenedyku i w Majlandzie, w Italii i u papieża... Modena, Cremona, Bergamo, Solferino, Przeworsk... Pesth, Weiskirchen, Łańcut... Deutschkopiec, Melkojed, Klausenburg, Radymno... i Bóg wie, jak się te miasta wielkie nazywają, a o lograch to już nic nie mówię.
Chłopi rozdziawili gęby i w głębokiém milczeniu podziwiali gromadzkiego turystę. Najmniej o dwa cale wyrósł w ich oczach. Hrehory zasmucił się.
— Sluchajcie Jarema — zawołał były amtsdiner o troistym nosie — czy przypominacie sobie tego pana komisarza, co to ze mną jechał jest temu lat dwadzieścia, na komisyą i gdy was dziedzic chciał bić za głupiego kanarka?...
— Aha, przypominam sobie — odparł Jarema, zasępiając czoło, bo w tej chwili stanęła mu Nastka przed oczyma.
— A przypominacie sobie — mówił daléj Dreinos —jak to pan komisarz przyrzekł was wziąć na służbę, gdy będzie starostą?
— Aha, prawda — mruknął Jarema.
— Otóż ten komisarz jest dzisiaj naszym starostą — zakończył Huber.
Jarema pomyślał chwilkę, a potém ozwał się:
— Że ten pan komisarz jest naszym starostą, to bardzo dobrze, bo wypadnie czasem do Kreisamtu interes. Ale służyć Jarema nikomu nie będzie!
Tu wyjął z zanadrza spory węzeł cwancygierów i dukatów, rzucił je na stół przed zdziwionych chłopów i zawołał:
— Jarema nie jest biedny. Gdybym chciał, mógłbym sam zostać komisarzem, ale ja wolał wrócić do gromady, kupić sobie grunt i chałupę, być porządnym gospodarzem i nie dać krzywdy robić gromadzie!
Wszyscy chłopi wpatrzyli się w Jaremę. W ich oczach widać było radość. Oto ich brat gardzi dostatkami świata i wraca na zagon ojczysty, aby z nim dzielić dolę i niedolę. I podnieśli się wszyscy z ławy i podali mu ręce; Hrehory tylko nie wstał, a podając mu rękę, mruknął:
— Tylko Jaremo, pamiętajcie o tém, że teraz nie wolno tak robić, jak to bywało. A Szymka niéma...
Jarema spojrzał ukośnie na wójta, ale nic na to nie odpowiedział. Zresztą nie każdy to dosłyszał, co wójt powiedział, bo kilku naraz mówiło do Jaremy.
A gdy się nieco uciszono, zaczął im Jarema długo i szeroko opowiadać swoje różne koleje żywota. Prawił im o bitwach i o ryżu z baraniną, jak razu pewnego samego Napoleona już za poły kabatu ułapił, jak go cesarz prosił o ogień do fajki, jak w burgu stał na warcie, a cesarzowa rzekła do niego: Jarema, ty krasny żołnir! Daléj opowiadał, jak będąc kapralem, wprost poszedł do cesarza i wyprosił u niego łaskę dla swago kolegi, który miał dostać pięćdziesiąt kijów, jak przy téj okazyi pytał go cesarz, co tam gromada Nowéjwsi porabia i czy się jéj dobrze dzieje? Późniéj wystąpił z wojska, poszedł do kancelaryi i tam pisał i pomagał chłopom, którzy stadami, jak dzikie kaczki, do niego się zlatywali. I zakończył tém, że już był blizkim znakomitego urzędu, ale przypomniał sobie gromadę Nowéjwsi, któréj zapewne nienajlepiej się powodzi, i postanowił wrócić do niej. Sam minister, z dużym harcapem na głowie, pochwalił go za to i przyrzekł mu pomoc, jeśli kiedy do niego się uda.
Wszystko to w formie jakuajprzystępniejszéj opowiadał chłopom Jarema. Chłopi kiwali głowami i nie wierzyli oczom swoim, a siedzący naprzeciw nich Jarema rósł coraz bardziéj, aż pod powałę izby żydowskiéj.
Największy jednak efekt sprawiły cwancygiery i dukaty, które przez dziurawą szmatę przeglądały. Toż wysłuchawszy całéj Jaremy historyi, w zamian opowiadali mu szeroko o biedzie swojéj. Mówili mu, że chudoba ich poschła z głodu, bo zabrano im pastwisko i część tylko dano na ich uzytek; że strawy nie ma przy czém ugotować, bo do lasu ani nogą nie wolno im stąpić, a ten, co im dała dziedziczka, to już dawno wycięli.
Jarema uderzył pięścią o stół i rzekł:
— Musi to być wszystko inaczéj! Niechno ja gospodarzem będę! Sprowadzę ja komisyą na grunt!
— Och! komisya już była — ozwał się jeden z gromady — ale tak jakoś zrobiła dziedziczka, że pastwiska i las przyznano dworowi.
Jarema spojrzał na mecenasa i Hubera. Huber uśmiechnął się i mruknął:
— Wiem ja, jak to się dzieje w kreisamcie. Gromada była głupia i dała się oszukać.
— Musicie wiedzieć, moje dzieci — wtrącił suchy mecenas — że gromada czyli chłopi, są w obec prawa małoletni i mają obronę fiskusa za sobą. Niech tylko będą jakie takie dowody, a nawet tego tak bardzo nie potrzeba, to można cały proces odnowić, renovatio.
— Gdyby tylko kto za tém umiał pochodzić — dodał ex-amtsdiner.
— Ja mówię, złóżcie się po jednym guldenie zaczął mecenas — ja napiszę, a za parę tygodni...
— Co pisać? — krzyknął Jarema — to trza pójść samemu do kreisamtu, a jeźli to nie pomoże, do Wien!
— Pan Huber zna w cyrkule wszystkie drogi mówił daléj mecenas.
— Ale trzeba zawsze miéć pismo w ręku — dodał ex-amtsdiner — bo ja znam starostę.
— No, no, o tém będziemy jeszcze radzili — zakonkludował Hrehory, i tak niéma całéj hromady.
— Niechno ja gospodarzem zostanę! — mruczał Jarema, chowając cwancygiery w zanadrze.
— Gospodarzem chcecie zostać? — ozwał się siwy, zgarbiony włościanin, toż macie swoję dziadowiznę.
— Dziadowiznę? — podjął Jarema — ja nic tutaj nie mam.
— Jakto? a Stefanówka? dzisiaj pustka.
— Pustka? — zapytał mecenas — a to zawsze będzie proces.
Gdy się chłopi uciszyli, ozwał się siwy, zgarbiony staruszek: — Na cóż tu procesu? Ja znam całą tę sprawę. Stefan Magdziak kupił ten grunt za figurą i postawił chałupę. Potém oboje zmarli nagle. Różnie mówili ludzie o tym gruncie, dla tego nikt z krewnych nie chciał tam osiąść, i zrobiła się z tego pustka. Dwór siał tam koniczynę i kosił trawę. Opiekun wasz wiedział o tém, ale był z dziedzicem ręka w rękę, i dla tego nic mnie nie mówił, że wy Jarema jesteście stryjecznym wnukiem po Stefanie i że wam należy się Stefanówka.
Jarema przyłożył rękę do czoła i zamyślił się.
— Kto płacił podatek z tej pustki? — zapytał mecenas.
— Dwór — odpowiedziano.
— To źle! — mruknął prawnik. — Ale jest jeszcze nadzieja. Naprzód, czy ta pustka, czyli grunt rustykalny zapisany w księgach z r. 1820, jako grunt dominialny, a powtóre, czy dominium podało tę pustkę, przy indemnizacyi, za grunt rustykalny?... Oho, ho! ze dworem to trzeba prawo znać na palcach, tak, jak ja znam. Dwór ma sposoby, że gromada zawsze przegra.
Jarema oderwał dłoń od czoła i spuścił ją z taką siłą na stół żydowski, że aż nogi w nim zatrzeszczały. Już samym instyktem, jaki zazwyczaj ma każdy biedny człowiek na widok bogatego, przeczuwał on, że dwór wyrządza gromadzie wielkie krzywdy, a różne doświadczenia i rozmowy, w czasie nowej jego karyery, nauczyły go, że tylko ochronna ręka władzy najwyższej odpiera te krzywdy, aby gromady do szczętu nie zgniotły. Teraz zaś miał on oczywisty dowód tych krzywd, a najboleśniéj uczuł je sam na sobie. On niegdyś był sierotą w gromadzie. Urągano i śmiano się z niego. Jasnowłosa Nastka odepchnęła go. A przecież wszystko to nie byłoby się stało, gdyby mu dwór nie był wziął jego dziadowizny...
Zerwał się z ławy Jarema, zarzucił swój węzełek na plecy, pożegnał wszystkich i wyszedł z karczmy.
Hrehory wyjrzał przez okno za nim i widział, że prostą drogą do dworu.
— Coś z tego będzie, — rzekł do towarzyszy.
— Bezemnie dziadowizny nie wydrzem — mruknął prawnik, mrugając do przyjaciela o troistym nosie.
A w téj chwili zagrzmiało strasznie nad kárczmą, aż stary Icek omal się nie przeżegnał. Błyskawica oświeciła pola, przez które przedzierał się jakiś cień czarny.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Chryzostom Zachariasiewicz.