Jarema/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Chryzostom Zachariasiewicz
Tytuł Jarema
Rozdział VII. [Bez tytułu]
Pochodzenie Wybór pism Jana Zacharyasiewicza
Wydawca G. Gebethner i Spółka
Data wydania 1888
Druk S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skan na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VII.
T

Tego samego wieczora, kiedy na horyzoncie Nowéjwsi zaczęły gromadzić się chmury i już kiedy niekiedy jasna błyskawica po ciemném przemknęła niebie, zdążał ku Nowéjgórze samotny wędrownik szybkim krokiem.

Przelatujące błyskawice oświecały jego postać. Był to mężczyzna silnie zbudowany, mający barki szerokie, i lubo szedł pod górę, prosto się trzymający. Ubiór jego był dziwnego rodzaju. Na głowie miał czapeczkę niby urzędnika austryackiego, z daszkiem do góry zadartym. Surdut ciemnego jakiegoś koloru obciskał szeroką pierś jego, aż pod samą brodę. Krótkie nieco i zbyt wązkie rękawy wskazywały że pochodził z jakiejś tandety, albo był podarunkiem chlebodawcy. Spodnie z jasnym paskiem należały jakby do ubioru wojskowego. Tegoż samego rodzaju były i tak zwane ciżmy, na górze rzemyczkiem sznurowane. Na grubym kiju, opartym na ramieniu, wisiał niewielki węzełek, który prawdopodobnie mieścił cały majątek podróżnego. Na to wszystko zarzucony był płaszcz szary żołnierza piechotnego, ze świecącemi cynowemi guzikami.
Podróżny stanął pod górką, prawie na tém samem miejscu, na którem przed laty dwudziestu odbyła się scena w pierwszym rozdziale naszej powieści opisana. Ale jakże inaczej wszystko tu dzisiaj wyglądało!
Wtedy na pochyłości tego wzgórka świeciło jasne słońce. Trawa była bujna i zielona, ptaszki świegotały w poblizkich drzewach; pasące się trzody brykały wesoło, grono pastuchów zabawiało się różnemi figlami. A wśród nich byla dziewczynka z jasnemi, jak len włosami, czarująca oczyma i twarzą.. A między młodymi chłopcami był jeden, któremu serce rosło, gdy na nię patrzył. Dla niéj pobiegł on do dworu i wykradł żółtego ptaszka... Pan dworu chciał go za to ukarać, Szymek przyniósl już kij; ale dobra dusza, urzędnik obwodowy, ujął się za nim i wyjednał mu przebaczenie... Mój Boże, jak to wszystko inaczéj dzisiaj wygląda! Niéma ani śladu po owéj zielonéj błoni. Czarne widać skiby pług pański tu poorał, a trzoda gromadzka, która się tutaj pasła, zapewne gdzieś tam ryczy z głodu, w stajni zamknięta. Żaden ptaszek nie ozwie się z piosenką: wszystko ucichło, sposępniało, ogłuchło. Niéma ciepłego, bożego słonka, które wtedy tak mile przygrzewało. Tylko ciemne jakieś zarysy sterczą ku niebu, z ciemniejszemi pośrodku pasami; tylko wiatr gwałtowny tłucze po gałęziach drzew i łamie z łoskotem suche konary.... Jakże to wszystko się zmieniło!...
Podróżny ruszył daléj ku górze. Na samym szczycie stał duży, biały krzyż z kamienia, ogrodzony żelaznemi sztachetami. Za każdą błyskawicą świeciły się złocone na tablicy pod krzyżem litery. Widać było, że to krzyż nowy, i że go postawiło żyjące jeszcze pokolenie.
Gdyby podróżny chciał przy nocnéj błyskawicy przeczytać na czarnéj blasze złote, świecące litery, byłby wyczytał, że ten krzyż postawiono. „Na pamiątkę zniesienia pańszczyzny w r. 1848.“ Ale podróżny wiedział o tém i bez czytania. On znał już dobrze kształt tych krzyżów, widział ich wiele po drodze, a na każdym czytał prawie jedno i to samo. Wiedział, że lud wiejski tém świętém godłem Zbawienia dziękował Bogu za łaskę w tym roku pamiętnym doznaną!
I jakież wrażenie zrobił ten krzyż o krótkich, szerokich ramionach na naszym podróżnym, który stanął przy nim, jak posąg, oparłszy się ręką o żelazną balustradę?
Podróżny prawdopodobnie należał niegdyś, a może i teraz jeszcze, do ludu; wrażenia więc jego nie mogły się o wiele różnić od wrażeń, jakie zazwyczaj sprawiał na ludzie ten pomnik „zniesienia pańszczyzny.“
On zapisał to tylko w swojéj pamięci, że w owym roku przybył do gromady urzędnik cesarski i przeczytał im z sinego papieru: „że cesarz pańszczyznę znosi, za co dziedzic z kasy państwa będzie wynagrodzony.“
Podróny nasz stał długo oparty o krzyż, na którym przy nocnéj błyskawicy błyszczały złote litery: Na pamiątkę zniesienia pańszczyzny!“ Deszcz rzęsistym strumieniem lał z nieba, wicher tłukł o konary drzew, grzmot huczał w górze, a jasne błyskawice przelatywały ze wschodu na zachód. Podróżny stał przy krzyżu, i na to wszystko nie zważał. Pogrązony w dumaniu, patrzył osłupiałém okiem przed siebie.
Ileż to myśli natrącał ten krzyż w jego głowie!
Tam w dolinie stoi dwór biały; widae go przy nocnéj błyskawicy. W jego oknach pali się jasne światło. Zapewne musi tam być wesoło. Na stole stoją misy z potrawami i różnemi bakaliami... A tam poniżéj czerni się szereg chat wieśniaczych. W żadném oknie światła nie widać, bo las zamknięty dla gromady, a oleju niéma za co kupić. Ognisko tam dawno wytlało, i ciepła strawa nie pojawi się na stole! Biedny chłop leży tam na gołym piecu; bezsenny przewraca się na wszystkie boki i prosi Boga, aby czémprędzéj zaświtała jutrzenka, aby przyszła godzina pracy, bo przy pracy zapomina się jakoś o biedzie.
Tak dumał podróżny, wsparty o krzyż kamienny, wystawiony ręką gromady. „Na pamiątkę zniesienia pańszczyzny.“
Cóż jednak mogło w jego głowie takie myśli poruszyć?
Dwadziescia lat minęło, jak wyszedł w świat z rodzinnéj wioski swojéj. Wyniósł z sobą boleść i gorycz, bo jakoś nieszczęśliwie powodziło mu się w téj wiosce. Źli ludzie, jak to mu razu pewnego powiedział Huber, nastali na niego, wzięto go przemocą i oddano w rekruty. A któż to byli ci źli ludzie? Oczywiście nikt inny, tylko mandataryusz z dziedzicem, bo bez wiedzy dziedzica, nic się nie dzieje w gromadzie, jak to powiedziano przy lampce wina u ślepego Joska, będzie temu lat dwadzieścia. I dla czegoż to tak mu jakoś źle poszło na świecie? Bo był ubogim, był sierota. A któż temu winien, że poddany we wsi ubogi, jeżeli nie dziedzic razem z swoim mandataryuszem?
Tak mu przynajmniéj nieraz mówiono przy szklance piwa u ślepego Jośka.
Dwór nie nauczył go niczego, a w kazarni nauczono go czytać i pisać. Biedne dziecię gromadzkie, po wypędzeniu ze dworu, nie miało gdzie głowy położyć, a w kazarni dano mu porządny sztrozak,[1] ciepły mundur, chleb i na rękę kilka krajcarów. Wprawdzie nieraz zapłakało się nad tym chlebem, nieraz krzyknęło z bólu, ale człowiek zapomina jakoś o tém, co czas zagoił, a pamięta tylko jasną stronę życia!...
A życie to pełne było najrozmaitszych przygód. Wysłano go w dalekie kraje, za rzeki i góry! Tam widział tyle nowych rzeczy, o jakich w gromadzie nie miał wyobrażenia!
Najprzód był on żołnierzem, a stanowisko właściwe, żołnierzowi austryackiemu, wpłynęło przeważnie na dzisiejsze jego usposobienie. Wysłano go do Włoch; potém był w Wiedniu podczas tamecznych wypadków; nakoniec odbył kampanią węgierską — a wszędzie znalazł żywioły podsycające tradycyjną niechęć syna ludu przeciw tym, w których uczono go widzieć ciemięzców.
Tę tradycyą z dalekich stron niósł z sobą nasz podróżny, oparty o krzyż, wystawiony przez gromadę.
Toż straszny był wzrok jego, gdy nim wiódł po dalekiej, plonem okrytéj dolinie, oświecanej nocną błyskawicą. I ten dwór biały, tam w uboczu między lipami: nie miałże dzisiaj dla niego żadnego innego wspomnienia?
Snadź coś znalazło się w głębi duszy, bo dwie łzy puściły mu się z oczu, które szybko otarł rękawem od płaszcza.
Długo patrzył na ten dwór, aż wreszcie dostrzegł światło w piekarni. Światło to zelektryzowało go. Poprawił węzełka na ramieniu, spojrzał jeszcze raz na światło i śród gromów i błyskawicy ruszył ku niemu najkrótszą drogą.
Był to Jarema.


Przypisy

  1. Siennik.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Chryzostom Zachariasiewicz.