Jarema/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Chryzostom Zachariasiewicz
Tytuł Jarema
Rozdział VI. W piekarni
Pochodzenie Wybór pism Jana Zacharyasiewicza
Wydawca G. Gebethner i Spółka
Data wydania 1888
Druk S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skan na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VI.
W piekarni.
K

Kiedy zgromadzeni w saloniku, nastrojeni burzą nocną i dziwném, nieodgadnioném zjawiskiem za oknami, przeszli do rozmowy o smutnych wypadkach 1846, w małej oficynie naprzeciw dworu zebrała się czeladka i po pracy dziennéj obsiadła w koło ognisko, na którém pryskał ogień.

Po latach dwudziestu spostrzegamy i tutaj znajomych. Naprzód, kolo samego komina, siedzi kobieta o ładnych rysach twarzy. Jasne, jak len, włosy otaczają grubym warkoczem jéj białe czoło. Niéma jeszcze lat czterdziestu, a jednak na jéj bladéj twarzy: mnóztwo zmarszczek świadczy o nieszczęśliwych kolejach losu. Koło niéj, oparty o komin, siedzi chłopak kilkanaście lat mający, rosłéj, wysmułéj postaci. Z włosów i oczu podobny jest do kobiety, jakby był jéj synem. Daléj oparty o duży stół biały, stoi drugi parobczak, podobniusienki do pierwszego, jakby obaj byli bliźniakami.
W zagłębieniu za piecem siedzą dwaj mocno pochyleni staruszkowie. Jeden z nich jest ślepy, a drugi głuchy. Kłócą się obaj o wygodniejsze mieisce za piecem i dokuczają sobie, wzajem to słowem, to czynem.
Ślepy zwolna namacał żebra sąsiada, i niby od niechcenia uczęstował go kułakiem.
— Co to wy zawsze się pchacie i zawadzacie mi? — rzekł ślepy do sąsiada, gotując się do drugiego kułaka.
Czy was napadło, czy co? — zawołał głuchy, nadstawiając ślepemu łokieć.
— Po co tu do mnie przychodzicie, kiedy wiecie, że ja nic nie widzę wieczorem — gderał daléj ślepy, wymierzając z całą siłą szturchańca w sam kant muru od komina.
— Ozartabyście zjedli, Mateuszu! — krzyknął głuchy, ocaliwszy się od, vymierzonego ciosu
— Mówicie Jacenty, jak pies niedowiarek! — odfuknął ślepy, macając koło siebie — a tam na dvorze tak grzmi, aż strach!...
Głuchy nie dosłyszał słów sąsiada, ale usta jego szeptały już pacierz i litanią do Najświętszéj Panny, bo właśnie przy wspomnieniu czarta tak jasna błyskawica przeleciała po niebie, że prócz ślepego, wszyscy za oczy się chwycili.
— Módl się za nami, teraz i w godzinę śmierci naszéj!... — szeptał głuchy.
— Co, wy tam ciągle o téj śmierci gadacie? — gdérał ślepy. — Alboż to ludzie nie żyją po sto dwadzieścia lat, czy co?
Poniewaz głuchy dobrze sąsiada nie rozumiał, a ślepy nie widział ani jego twarzy, ani żeber nie mógł już namacać, bo głuchy znacznie od niego się odsunął, — więc nastała przez kilka chwil cisza w piekarni, wśród któréj słychać było pluskanie deszczu i grzmot tak głośny, jakby kto z bryką orzechów po próżnym strychu się przejeżdżał.
W obu za piecem siedzących, niezgodnych sąsiadach poznajemy kucharza i ogrodnika. Są to już niedołężni inwalidzi. Zgarbieni, jak grzyby, kalecy obaj, siedzą z łaski pani swojéj w piekarni i dokuczają sobie dla skrócenia czasu.
Biedna wdowa, idąc za dawnym zwyczajem dała obu inwalidom dworskim dożywotni kącik w piekarni razem ze strawą, chociaż położenie jéj, wcale nie było po temu aby wiele na uczynki miłosierne szafować mogła. Aże ona nie uważała tego za miłosierdzie, tylko za obowiązek, aby stéranym w jéj służbie ludziom nie dać umierać pod płotem.
Po długiéj chwili milczenia, kiedy już ogrodnik ukończył litanją do Najświętszéj Panny, ozwała się kobieta najbliżéj komina siedząca:
— Nie wiem, co to jest, ale coś bardzo ciężko mi dzisiaj na sercu.
— Ot goni się na dworze, ta i cała rzecz — odparł parobczak, poprawiając drwa na kominie.
— Wy bo Nastko wtedy płaczecie, gdy się cieszyć trzeba — ozwał się ślepy kucharz z za pieca.
— A zkąd mi cieszyć się dzisiaj? — zapytała blada kobieta.
— Wszak konkurent do pannyY przyjechał — odparł kucharz — a w takim razie coś zawsze się liźnie.
Kobieta zwróciła oczy na ogień i zamyśliła się. Kucharz nadstawił do komina jedno, potém drugie ucho, ale w piekarni była cisza. Za oknami tylko pluskał deszcz, a wiatr skrzypiał bramą na zardzewiałych wrzeciądzach.
— A to kara boża z warmi, Nastko! — zawołał po chwili kucharz — jak tylko wspomniéć coś o żeniaczce, zaraz wam jakby gębę zamurował. W imię Ojca, Syna i Ducha świętego! a cóż tam takiego wam w głowie siedzi? Czy chcecie jeszcze iść za drugiego męża?
Oczy kobiety błysnęły światłem fosforyczném, a na twarz wystąpił wyraz cierpienia. Podniosła głowę, jakby ją kto nagle wśród snu przebudził, i powiodła okiem po piekarni. Ujrzawszy młodych parobczaków, rzekła do nich:
— Coś mnie dzisiaj strasznie niepokoi. Chroń Boże od jakiego nieszczęścia. Idźcie Walek i Szymek na oborę. Złodzieje mogą korzystać z burzy na dworze, a z gości u pani. Obejrzyjcie wszystko na około. I tak Zagraj szczekał na kogoś przed chwilą...
Młodzi wygarnęli z ognia po kilka ziemniaków, włożyli je w zanadrze i wyszli z piekarni. Kobieta wyprowadziła ich tęskném wejrzeniem, a zwróciwszy się do ognia, popadła znowu w zamyślenie.
Kucharz przechylał głowę to na prawo, to na lewo, a gdy się przekonał, że parobcy już wyszli i że zgoła nikogo z obcych nie było w piekarni, przysunął się bliżéj i rzekł do kobiety:
— Słuchajcie Nastko, czy niéma nikogo?
— Niéma, — odpowiedziała kobieta.
— Jabym z wami chciał raz przecie pogadać.
— O czémże chcecie gadać?
— Hm, hm, ot tak o różnych rzeczach, o dawnych, dawnych czasach — a możemy gadać bez obawy, bo Jacenty już na piękne ogłuchł. Strzelaj z armaty, a on nie słyszy.
— Pst — rzekła kobieta cichym głosem, przykładając palec do ust. — Jacenty to frant, wy go nie znacie. On więcéj udaje głuchego. Wprawdzie oddawna słyszy już tępo, ale przecież tak całkieln głuchym nie jest jak myślicie...
Kucharz zwrócił się ku stronie, gdzie siedział ogrodnik i czas niejaki nasłuchywał. Ale ogrodnik oparł się o mur komina i już chrapał na piękne. Po niejakiéj chwili rzekł kucharz:
— Że słyszy coś, o tém wiem, bo czasem nawet z nim się rozmawia. Ale trzeba mu w samo ucho krzyczéć. Teraz śpi.
Po chwili, gdy ogrodnik według wszelkich praw przyrodzonych chrapał, a nawet po niektórych ruchach jego widać było, że śni o czémś, ozwała się kobieta:
O czémże to Mateuszu chcieliście mówić ze mną?
Chciałem mówić o tém — odparł kucharz, przysuwając się bliżéj komina — że wy coś musicie mieć na sercu, o częm tutaj, we dworze nikt nie wie. Jak tylko kiedy mówi się o żenieniu, jak zagra muzyka do ślubu, to wy zaraz płaczecie, ale w smutku głowę zwieszacie.
Kobieta otarła łzy fartuszkiem i rzekła:
— Oj, Mateuszu, mam-ci ja wiele na sercu i nieraz myslałam sobie, gdyby to znaléźć człowieka, przed którym możnaby się wygadać, toby i sercu się lżéj zrobiło!
— A cóż wam tak ciśnie? — zapytał rozciekawiony kucharz. — Mówcie przedemną, jak przed księdzem, ja nikomu nie powiem. To źle, że w sobie wszystko zamykacie, bo ludzie różnie zaraz mówią... a nawet mógłbym wam dziwne opowiedziéć rzeczy, chociaż temu wszystkiemu nie wierzę...
— Już to nigdy napróżno ludzie nie mówią — odparła smutno kobieta — ale na to nie zważało się, gdy się było młodą...
Kucharz poskrobał się za uszami. Coś strasznie ciekawego było w tych słowach kobiety. Poprawił się na miejscu, na znak ciekawości i wytężonéj uwagi, a kobieta zaczęła:
— Przypominacie sobie zapewne, jest temu więcej może, niż lat dwadzieścia, kiedy to do dworu przyszedł na służbę Jarema...
— A Jarema! Jarema! przypominam sobie doskonale. Wyście byli młodém dziewczęciem, świeżém, jak małgorzatka. A ten Jarema, to pasł krowy z wami, i zdaje mi się... lubił was bardzo.
Kobieta wstrząsła się, jakby ją cos ukłóło, i przejęta jakąś dziwną obawą, obejrzała się po kątach piekarni.
— Poczciwe było to chłopczysko — prawił dalej kucharz. — lubiłem go, jak własnego syna... A jaki usłużny, a jak dobre serce miał, to zukać dzisiaj ze świécą.
— Kobieta wlepiła oczy w ogień i zadumała się.
— Pamiętacie — mowił daléj gadatliwy gracyalista — jak to on razu jednego ukradł dla nas kanarka, i za to miał mu Szymek...
Kobieta wzdrygnęła się, jakby nagle w ogniu żmiję ujrzała, i głosno krzyknęła:
— Ja o Szymku nic wam nie mówiłam!
— Na to niby obudził się ogrodnik, przetarł oczy, a obejrzawszy się po piekarni rzekł do kucharza:
— Dziwna rzecz, Mateuszu, Szymek śnił mi się. Pamiętacie Szymka, co to go w nocy Jarema...
— Jarema mu nic nie zrobił! — zawołała Nastka i zbladła nagle jak chusta.
Ogrodnik przymrużył oczy i badawczo spojrzał na Nastkę. Potem uśmiechnął się i rzekł:
— Co to był za poczciwy człowiek ten Jarema! Żal mi go, gdy sobie przypomnę, jaki smutny los go spotkał. Pognali gdzieś biednego, że ani strzechy ojczystej, ani słowa po ludzku nie usłyszy! A może już zginął na wojnie! Mówią, że był kilka razy w ogniu.
— Tego się dosłużył u nieboszczyka; nie pamiętaj mu tego Panie! — przerwał kucharz.
— Oddali biedaka w kamasze! Przecież to była nieludzkość!
— A pamiętam prosiliśmy obaj mandataryusza za nim — mówił daléj ogrodnik, — ale co ci ludzie! Czy oni serce mają, czy co?... A to wszystko przez was Nastko: zawróciliście mu głowę, a potém mizdrzyliście się do Szymka.... I cóż, człowiek jeśli w gniewie, w złości... Święta Boża Rodzicielko, módl się za nami!... Naczynie duchowne... módl ię za nami!
Na dworze coraz więcej huczał grzmot, coraz silniéj szalała burza.
— W imię Ojca i Syna! — krzyknał kucharz do ucha sąsiada — wy bo Jacenty teraz kiedy grzmi, wspominacie o Jaremie, a wiecie, że się go strasznie boję, od téj nocy zwłaszcza, jak zniknął Szymek, a nad brzegiem znaleziono jego czapkę i chustkę.
— Jarema Szymkowi nic nie zrobił — zawołała znowu kobieta, a twarz jéj drgnęła nieprzyjemném uczuciem.
— Czy mu co zrobił, czy nie, o tem dzisiaj nikt nic wié bo już i ryb tych niéma. co pono Szymka zjadły, — wtrącil kucharz i przeżegnał się, bo mu nagle mrowie przez pacierz przeszło.
Kobieta otworzyła usta i chciała coś odpowiedziéć, ale konwulsyjny kurcz jakiś nie dał jéj słowa wymówić.
— Ja wiem tylko, że Jarema był bardzo poczciwym człowiekiem — mówił dalej kucharz, i rzewnemi łzami płakałem, gdy go w rekruty wieźli... Przecież na innego pana, (świéć panie nad duszą jego), toby mu pomógł wydobyć się z biédy; ale tak!.. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata! Wysłuchaj nas Panie...
— Anioł Pański zwiastował Pannie Maryi! — zaczął ogrodnik, a kucharz, wtórował mu z całą pobożnością czystego serca.
I gdy tak pamięci poczciwego Jaremy i swemu własnemu sumieniu zadość uczynili, podniósł się ogrodnik z przypiecka i poszedł położyć się na tapczan, aby się snem spokojnym pokrzepić. I wkrótce, poleciwszy szczegółowo wszystkie członki swoje opiece Opatrzności Bozkiéj, zaczął chrapać według wszelkich praw przyrodzonych, jak to zwykł czynić człoviek głębokim snem zdjęty.
Słysząc to kucharz, przysunął się do komina i rzekł do Nastki:
— No, teraz możecie kończyć, coście zaczęli opowiadać, bo strasznie ciekawy jestem.
. Kobieta westchnęła głęboko, obejrzała się z jakąś bojaźnią po kątach piekarni i zaczęła po chwili:
— Przyznam się wam, że kiedy sobie przypomnę te czasy, jak to na cmentarzu koło cerkwi Jarema do mnie się zalecał, to bardzo smutno robi się na sercu. Wprawdzie nie był on tak ładny, jak inni, ale lubił mnie, a może lubił szczerzéj, niż inni...
Macie słuszność. On was lubił aż do waryacyi. Ztąd téż całe jego nieszczęście! — wtrącił kucharz.
— Ale młodemu zazwyczaj to się podoba, co się świeci i zgrabnie kręci.... a Szymek tak ładnie tańcował!...
— Oho, ho — mruknął kucharz — a w duszy szelma, pies! Znałem go dobrze i jego sprawki... Jarema był poczciwy, złoty chłopiec! Co za serce, co za dusza!... Anioł pański zwiastował...
Kucharz odmówił trzy razy „Zdrowaś Marya,“ bo nagle tak głośno zagrzmialo, jakby się dach walił. Po niejakim czasie mówiła kobieta:
— Otóż, co się daléj stało, to wiecie. Jaremę oddano w rekruty, a w miesiąc potém poszłam za Walka fornala ze dworu.
Westchnąwszy, rzekła po długiéj przerwie:
— Ale ja Walka nie lubiłam...
— Nie lubiliście Walka? — zawołał kucharz, a czegoście szli za niego?
— Poszłam dla tego, bo mnie namówił ten, którego lubiłam — odparła zcicha kobieta.
— Tak? — rzekl na to kucharz i rozdziawił gębę.
Czas jakiś trwało milczenie; poczém mówiła znowu kobieta:
— Ciężko za to pokutuję, bo we dnie i w nocy nie mam spokoju... W kilka miesięcy po ślubie, za moją namową, odprawił się Walek ze służby i poszliśmy oboje do miasta, gdzie Walek zgodził się za stróża do sklepu.
Kobieta otarła łzy fartuszkiem i mówiła po chwili:
— Ten, któregom lubiła, był wtedy w mieście. Ztąd były częste kłótnie między mną a Walkiem. W końcu rozchorował się Walek i umarł w szpitalu, a jam wyjechała z miasta z tym, któregom lubiła...
— I któż to był... Jarema? — zapytał z ciekawością kucharz.
Zdawało się kobiecie, że kucharz tak dziwnie wymówił imię Jaremy, jak jeszcze nigdy nie słyszała. I w saméj rzeczy tak szczególne jakieś echo odpowiedziało ze wszystkich kątów piekarni, że kobieta mimowolnie się wzdrygnęła, a ogrodnik, przebudziwszy się, stanął na ziemi równemi nogami i głośno zaczął odmawiać:
— Orędowniczko nasza! święta Boża Rodzicielko! módl się za nami!... Rószczko Aarona — wieżo z kości słoniowej...
I nie dokończył, bo właśnie w téj chwili jasna błyskawica przeleciała wzdłuż nieba, a na szybach okna odbiła się jakaś straszna postać.
Ogrodnik i kobieta krzyknęli z przerażenia; a tymczasem straszny grzmot zatrząsł dachem, aż krokwie zatrzeszczały!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Chryzostom Zachariasiewicz.