Jarema/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Chryzostom Zachariasiewicz
Tytuł Jarema
Rozdział V. Po latach dwudziestu
Pochodzenie Wybór pism Jana Zacharyasiewicza
Wydawca G. Gebethner i Spółka
Data wydania 1888
Druk S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skan na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
V.
Po latach dwudziestu.
W

Wiele, bardzo wiele lat upłynęło od owego czasu. Po świecie przeciągnęło kilka burz krwawych, a każda z nich pozostawiła ślady po sobie. Najboleśniejsze ślady wycisnął rok 1846. Sieroty kilkuset rodzin rozsypały się po świecie, jak czarne węgle spalonego gmachu.

W Nowéjwsi napozór nic się nie zmieniło. Ta sama sterczała górka wśród równiny, te same drzewa zielone, wysokie, ta sama wiła się rzeka błękitna. I alea prowadząca do białego dworku wyglądała tak samo, jak przed laty dwudziestu, i pastuchy tak samo bawiły się na pochyłości góry. A przecież nie było to już tak, jak dawniej!...
Biały dworek jakoś podupadł, ściany poodpadywały od słoty. Wszędzie widać było upadek i jakieś zaniedbanie, jakby gospodarza w domu nie było.
Bo gospodarz już dawno leżał na wiejskim cmentarzyku; cicho téż i spokojnie musiało być w grobie nieboszczykowi. Cztery drzewka rosły na tym grobie, a wśród drzewek stał biały krzyż z kamienia, na którym wyryto prośbę o „Pozdrowienie anielskie...“
I w dworku białym było cicho, i spokojnie. Nie słyszałeś w nim ani śmiechu, ani wesołéj zabawy, a nawet służby nie ujrzałeś. Ogródek tylko mały pod oknami, starannie kwiatami zasadzony, okazywał, że w tym dworku mieszka jakaś istota, która nie przestała jeszcze lubić kwiatów, albo która dopiero zaczyna kochać świat i życie, a zaczyna od kwiatów...
Z ganku wyszła matrona w czarném ubraniu. Na twarzy jéj były już zmarszczki, choć wyraz żywych oczu, okazywał jeszcze wiek dosyć młody.
Była to owa Zosia, którą widzieliśmy w pierwszym rozdziale tego obrazku. Za nią postępowała młodziutka, zaledwie piętnaście lat mająca dziewczynka, przecudnéj urody. Twarz jéj była świeża i uśmiechnięta, oczy jasne, szczere. Miała na sobie suknię, z białego perkaliku i stanik w czarne paski utkany.
Obie weszły do małéj altanki i z robótką w ręku usiadly przy prostym stole.
— Mameczka dzisiaj taka smutna! — ozwala się dziewczynka, a łzy zakręciły się w jéj oczach.
— Bo dzisiaj, moje dziecię, jest dla mnie dzień pamiętny — odpowiedziała matka; — dzisiaj poznałam po raz pierwszy nieboszczyka twego ojca.
Długi czas trwalo milczenie. Matka pogrążyła się w smutku i patrzyła przed siebie wzrokiem osłupiałym. U córki zwyciężyła młodość. Poświęciwszy chwilę boleści, pomyślała zaraz, kiedy to ona pozna i obaczy po raz pierwszy kogoś takiego, który jéj na zawsze zostanie!... I każdy pojmie, co po téj myśli zaczęło się roić w ładnéj główce. Ale matka przerwała te marzenia:
— Tego dnia właśnie po raz pierwszy ujrzałam nieboszczyka — mówiła, jakby do myśli swoich. — Któżby był przewidział, że szczęście moje, które mi wtedy całą duszę upoiło, będzie tak krótkie i tak boleśnie się zakończy?...
Po chwili milczenia mówiła daléj:
— Za rok pobraliśmy siei wyjechaliśmy w Tarnowskie. Jeszcze się nie ocknęłam ze szczęścia, gdy straszne widmo stanęło przedemną i na zawsze świat mi zakryło!... O, ja dzisiaj nic nie widzę, nic, prócz téj nocy okropnéj, gdy dom palił się nad moją głową, a u nóg moich leżał twój ojciec bez duszy!...
— Mamo! — krzyknęła córka i objęła matkę rękoma, wiedząc, ile cierpi przy tych wspomnieniach.
Ale matka była dzisiaj mężniejszą. Jakaś myśl, błoga podtrzymywała wątłe jéj siły.
— Jakbym dziś na to wszystko patrzyła! — mówiła daléj.v W koło palącego się dworu stały tłumy ludu... Ale cyt — dodała, wychylając się z altanki — tam widzę idzie już kochany nasz proboszcz. Cieszę się, że w tym dniu coś dobrego uczynię dla ludu. Właśnie będziemy z proboszczem radzili o szkółce wiejskiéj.
— O szkółce? — zawołała córka z zadziwieniem.
— Cóż cię tak zadziwia, Jadwisiu? — zapytała matka.
— A jużcić zadziwia mnie, mameczko — odparła Jadwiga — że mamusia tyle robi dla tych ludzi.
Rzekłszy to, zakryła twarz rękoma i płakać zaczęła.
Wspomnienie ojca, rozraniło srodze jéj młode serce i przypomniało wśród marzeń złotych, że jest sierotą...
Matka z boleścią patrzyła na córkę, a potém rzekła:
— Otóż ksiądz proboszcz już w furtce ogródka. Niech on, jako kapłan, odpowie ci na to. W jego ustach nabędzie to dla ciebie innego znaczenia. Gdybym ja ci to powiedziała, byłyby to słowa słabéj kobiety, która zwykła wszystko zapominać...
Gdy ksiądz proboszcz zbliżył się do altanki, rzekła matka po serdeczném przywitaniu gościa:
— Mam wielki żal do jegomości, bo jakoś nienajlepiéj uczysz Jadwisię miłości chrześciańskiéj.
Staruszek zażył tabaczki i uśmiechnął się. Był on przygotowany na jakiś żarcik, który mu często płatała panna Jadwiga.
Wiec patrząc na lube dziecię z ukosa, rzekł znacząco:
— Pan Władysław lepszym będzie nauczycielem odemnie. Serce kobiety póty nie pojmie miłości chrześciańskiéj, póki wprzód z domowemi swemi sprawami się nie upora.
— Pan Władysław? — zawołała matka i spojrzała na córkę.
Jadwiga poczerwieniała aż po biały rąbek sukienki. Jéj oczy rozjaśniały się coraz więcé, aż wreszcie u jedwabnych rzęs zawisła świecąca perła.
— Cóż to jest, Jadwisiu? — zapytała z chmurką na czole matka.
— Ja o niczem, mameczko, nie wiem — odparła Jadwiga, a jasne dwie łzy stoczyły się po jéj ślicznéj twarzyczce.
Proboszcz puknął niby z gniewem w tabakierkę i rzekł:
— Tom źle zrobił, żem czas i wypadki wyprzedził, chociaż mówią, że ludziom genialnym często się to wydarza.
Żartobliwy zwrot mowy księdza proboszcza uspokoił matkę, a nawet i Jadwisia uśmiechnęła się przez łzy, które jeszcze ciągle jedna po drugiej z jéj ślicznych ocząt umykały.
Musiała uwierzyć matka w szczerość Jadwigi. Rumieniec i łzy były to tylko oznaki, że ksiądz proboszcz napomknięciem o Władysławie zeszedł ją niespodzianie. O żadnym Władysławie nie myślała ona wcale, a to z tej prostej przyczyny, że żadnego nie znała; ale myślała właśnie o kimś, który jeszcze nie miał imienia, a który, jak ongi jej ojciec nieboszczyk, ujrzy ją gdzieś, najprawdopodobniej w kościółku, poraz pierwszy, który ją, a ona jego, pokocha i pójdzie z nim na kobierzec ślubny... Tak to marzyło sobie piętnastoletnie dziecię, gdy nagle proboszcz wyjechał z jakimś panem Władysławem, jakby to już była rzecz skończona. I jakże tu nie spiec raczka aż po rąbek sukienki, jakże powstrzymać łez kilka tak przyjemnych, tak jakoś słodkich?
Płakała więc Jadwiga szczerze i serdecznie, bo z tym płaczem było jej jakoś tak dobrze, tak przyjemnie! Łez tych nie zamieniłaby dzisiaj za wszystkie skarby świata. Matka myślała, że te łzy odnoszą się wyłącznie do rocznicy śmierci ojca, że bolesne uczucie sieroctwa wycisnęło je z głębi serca. Więc téż nie wypytywała daléj jedynaczki, i uwierzyła na słowo, że Władysława żadnego nie zna. Całą więc historyą o jakimś Władysławie, zaimprowizowauą przez księdza proboszcza, wzięła za żarcik, i właśnie miała księdzu proboszczowi udzielić kilku myśli, co do urządzenia szkółki wiejskiej, gdy nagle spojrzawszy na córkę, i rzekła:
— Cóż to znowu, Jadwisiu, rozpłakałaś się na piękne? A coby to było, gdyby kto przyjechał?...
— Co bardzo łatwo być może — dorzucił filuternie ksiądz przoboszcz, zażywając tabaczki i spoglądając na zegarek.
— Toby było wielkie nieszczęście! — zawołała przestraszona Jadwiga, wyobrażając sobie, że już ktoś wchodzi do altany, i widzi jéj oczka czerwone i włoski na głowie w nienajlepszym porządku.
— Nieszczęście? — powtórzył proboszcz — nieszczęście? co za nieszczęście?... A prawda, prawda, panna Jadwiga ma słuszność, bo stoi napisano: „I porzuci ojca i matkę...“
— Ja mamy nigdy nie porzucę — rzekła Jadwiga, przytulając się do matki.
Ale wnet podniosła główkę, jak sarna spłoszona, i cała drżąca poczęła słuchać. A tam od alei lipowéj dochodził jakiś turkot głuchy, i coraz wyraźniéj słychać było stąpanie koni i trzask bicza. Jadwiga zaczęła zwolna czerwienieć na twarzy, rosło jéj serce, jak gdyby po za rąbek wychylić się chciało, gdy nagle służąca wpadła do ogrodu z oznajmieniem, że jacyś goście do dworu jadą.
Jadwiga zerwała się z ławki i znikła, jak biała chmurka wiosenna; matka zaś wpatrzyła się w proboszcza, który się uśmiechał, jakby kryl w sobie jakąś tajemnicę. Nie było jednak czasu do pytań, bo wlaśnie wszedł do ogrodu jakiś siwy, wysoki jegomość, ze sztywnym pod szyję halsztukiem. Za jego szerokiemi plecyma ukrywał się młody blondynek w czarném ubraniu.
— A! pan pułkownik! co za rzadki gość! — ozwała się gospodyni, wychodząc przeciw gościom z altanki. — To się doprawdy nie godzi pułkowniku. Tak blizkim być sąsiadem, a tak rzadko bywać w Nowéjwsi...
— Pozwolisz pani dobrodziejka — odparł pułkownik, poprawiając halsztuka, — że się jasno wytłumaczę. Jestem człowiekiem starej daty, kiedy to jeszcze przedewszystkiém lubiano wino, karty i kobiety. Dzisiaj zaś jesteśmy goli, jak święci tureccy, a więc wina niéma za co pić, do kart niéma w Nowéjwsi z kim zasiąść, co do kobiet, pani dobrodziejko, to właśnie dla mnie rzecz najniebezpieczniejsza, chociaż, jak to mówią: u wdowy chleb gotowy...
— Ale niezdrowy — dodała gospodyni.
— Dla tego, jako stary żołnierz — mówił daléj pułkownik — trzymam się dawnéj taktyki. Nie przyposzczam szturmu, jak to dzisiaj robią, wszystkiemi naraz siłami, ale wysyłam najprzód lekką konnicę i gęsty łańcuch tyralierów, a sam zostaję w rezerwie... Więc pozwoli pani dobrodziejka, że przedstawię jéj mego kuzyna, pana Władysława...
Gospodyni spojrzała na pana Władysława, potém na pułkownika i proboszcza, bo cała scena zdawała się jéj być naprzód ułożoną. Pułkownik wyprostował się w poczuciu swojej dowcipnie zaaplikowanéj przemowy, i podkręcał wąsy z zadowoleniem człowieka, któremu szczęście pełnemi policzkami uśmiechać się zdaje.
Pan Władysław, był to młody człowiek, mający zaledwo lat dwadzieścia kilka. Ubiór jego był skromny. Czarna suknia zapięta do góry uwydatniała piękny wzrost jego. Włos jasny leżał na głowie naturalnie, bez żadnych sztucznych kędziorów. Wejrzenie miał rozsądne, a cała twarz jego była ogorzała od słońca i wiatru. Przyjechał na bryczce pułkownika, nie miał nawet galonowanego służącego z sobą; trudno więc było, według wyobrażeń dzisiejszych matek wierzyć, że pan Władysław przyjechał w konkury. Nie zarekomendował się ani ekwipażem kupionym za wybraną naprzód trzyletnią arendę z karczmy, ani angielskiéj rasy kasztankami, na które zazwyczaj podpisuje sie u Icka przesolony weksel a conto posagu przyszłéj żony. Nie miał szkiełka w oku, ani bakenbardów á l’anglaise rozczesanych. I jakże to mógł być konkurent? A co najważniejsza, pan Władysław, usiadł skromnie na ławeczce z pułkownikiem, zamiast założyć z angielska nogę na nogę i gospodyni sprezentować podeszwy lakierowanych butów swoich. Nawet nie mieszał się gwałtem do rozmowy, tylko czekał, aż starsi się wygadają, bo starszym należy się pierwszeństwo. I gdzież to mógł być konkurent?...
Matka wszakże Jadwigi mimo to odgadła intencye starego pułkownika; ale trochę smuciła się na myśl która zazwyczaj matkom rozkosz sprawiać zwykła. Położenie jej było opłakane. Nagła zmiana stosunków włościańskich, oraz smutne późniejsze katastrofy, zniszczyły do szczętu mężowski majątek i jej własny posag mocno nadwerężyły. Jako kobieta, nie mogła sobie dać rady w gospodarstwie, a do tego, jakby na próbę jej cierpliwości, nawiedzały ją kolejno to wylewy, to grady, deszcze i posuchy. Potrzeba więc było poważnie myśleć o ratunku kilku włók ziemi ojczystéj, drogiej ziemi wspomnień i pamiątek. Zapobiegliwa kobieta ułożyła sobie plan ratowania majątku, do czego, prócz największej oszczędności, potrzeba jéj było najmniej czterech lat, aby się z biedy i z długów oczyścić. Postanowiła więc w tych latach żadnych nadzwyczajnych nie czynić wydatków, urządziła cały dom, jak zegarek i cieszyła się błogą nadzieją, że kiedyś będzie mogła dać Jadwidze cały swój po rodzicach zachowany mająteczek.
Jadwiga miała dopiéro lat piętnaście; za cztery lata mógł już być mająteczek czystym, a Jadwiga miałaby wtedy lat dziewiętnaście, to jest tyle, ile według zdania matki potrzeba jej było, aby rozsądnie i dobrze wybrać sobie dozgonnego przyjaciela. Kogóż jednak zadziwi, jeżeli piętnastoletnie serduszko Jadwigi nic a nic o tym rachunku matki nie wiedziało?
Ta myśl więc, że stary pułkownik coś na swata zakrawa, zatrwożyła gospodynie, a serce jéj ścisnęło się gwałtownie, gdy za altanką posłyszała szelest znamionujący kroki Jadwigi.
— Odrazu mu się spodoba, gdy ją zobaczy! — szeptało jéj serce matczyna. — Po co ona właśnie teraz tu przychodzi?
Proboszcz patrzał z uwagą w twarz gospodyni, a potém zdawało się, że pułkownikowi dał jakiś znak ręką. Poczém ozwał się ten ostatni:
— Nie lubię praktyk dzisiejszych, aby nieprzyjacela trwożyć i udanemi manewrami łudzić. A więc wprost uderzam na ostre.
Szelest za altanką ustał nagie. Matce się zdało, że słyszy oddech Jadwigi i przyśpieszone bicie jéj serca.
— Otoż wyjeżdżam wprost z interesem, w jakim przyjechaliśmy z panem Władysławem do Nowéjwsi — ciągnął daléj gadatliwy pułkownik, i znowu miał ochotę zrobić pauzę, lecz powtórny znak księdza proboszcza znaglił go do pośpiechu.
Szelest za altaną ustał zupełnie. Musiał tam jednak ktoś być, bo matka często tam oczy zwracała i pan Władysław ustawicznie spoglądał w tę stronę, skąd szelest słychać było.
Pułkownik odchrząknął, a chcąc jak najkrócéj się sprawić, bo proboszcz widocznie niekontent był z jego manewru, zaczął wprost o rzeczy:
— Musi pani dobrodziéjka naprzód wiedzieć, że pan Władysław, syn mego ciotecznego brata, jest sierotą, tak samo jak panna Jadwiga, z tą tylko różnicą, że panna Jadwiga ma tak godną matkę, a Władzio jak palec sam jeden na bożym świecie...
Pułkownik cierpiał na astmę; więc mimo najlepszych chęci, musiał tu spocząć choć dwie sekundy. Wspomnienie sieroctwa odwróciło na chwilę uwagę gospodyni od mniemanego niebezpieczeństwa, jakie zdawało się zagrażać jéj ułożonym naprzód rachunkom. Smutno spojrzała na młodzieńca, który w téj chwili rękę do oczu podniósł, bo tam poczuł ciepłą łzę... a nawet wydało się jéj, że za altanką ktoś zcicha gałąź odsunął, aby również popatrzyć...
Tymczasem pulkownik schwycił oddech i mówił daléj:
— Otoż Władysław chował się sierotą, i widać, że Bóg w niebie czuwał nad nim, bo wyrósł krzepko i zatrzymal zdrowe serce w zdrowém ciele.
Tu spojrzał z ukosa na niecierpliwiącego się coraz więcej proboszcza i tak mówil daléj:
— A kiedy już dzisiaj ma lat dwadzieścia cztéry, toż należy myśleć o sobie i stanąć do szeregu ludzi pracujących dla dobra swego i dla dobra drugich. Ażeby to jednak uczynić, trzeba miéć przecie grunt pod nogami. Wódz, który się gotuje do boju, patrzy naprzód na ziemię, gdzie bój staczać będzie. Nie lubię dzisiejszych ludzi, co to niby do wszystkiego byliby zdatni, gdyby tylko ktoś im dał pozycyą po temu. Jednym się zdaje, że mogą najmniej być mistrzami, nie aplikują nigdy i nigdzie. Inni już z urodzenia zdolni są dowodzić pułkiem, a nie wiedzą, co służba kapralska. Ci znowu byliby najlepszymi gospodarzami, gdyby mogli tylko dostać żonkę z majątkiem. Ja zaś inaczéj o tém wszystkiem sądzę, i dla tego to udaję się do pani dobrodziéjki, bo wiem, co za dom i co za ludzie.
Biedna wdowa była pewna, że nastąpi uroczyste oświadczenie, i już w głowie zbierała na prędce argumenta, aby pułkownika jakoś grzecznie odprawić, a przynajmniej całą sprawę puścić w odwłokę. Do tego jeszcze przyszło jej na myśl, że za kilka dni przypada termin wypłaty wekslu na dość znaczną summę. I jakże to w takiej chwili myśleć o konkurencie?...
Nie bez obawy więc patrzała na siwe wąsy pułkownika, które się znowu ruszać poczęły. Pułkownik mówił daléj:
— Jestem zatém tego zdania, aby Władzio zaczął gospodarować na swojém i powoli dorobił się lepszéj pozycyi w świecie i konsyderacyi u ludzi. A że dotychczas nie ma właściwie nic swego..
Proboszcz odchrząknął z widoczném niezadowoniem, puknął dwoma palcami w tabakierkę i przerwał gadatliwemu pułkownikowi:
— Krótko mówiąc: rzecz idzie, pani dobrodziéj, o kupno tutejszych tak zwanych pustek.
Wdowa widocznie ochłoneła z trwogi. Więc to chodziło tylko o kupno pustek...


Dla nieznających stosunków galicyjskich, winniśmy wytłumaczyć, co to są tak zwane „pustki.“
Pustki, są to grunta wiejskie, opuszczone przez włościan. We wsiach Galicyi jest mnóztwo takich pustek. Dawniéj można je było zdala rozpoznać. Gdzieś na uboczu, za wsią, pomiędzy parowem, zazwyczaj na złym gruncie, stoi mała, waląca się chałupa. Strzecha poczerniała, odarta, okna bez szyb, piec rozwalony i chwast bujnie na około rozrosły, znamionują, że mieszkańcy tego ustronia dawno ztąd ustąpili, bądź przez śmierć, bądź przez dobrowolne pójście na chleb tułaczy. Opuszczony tym sposobem grunt i chałupa stały najczęściej pusto, często zaś gruntu używał dziedzic na pastwisko, za co obowiązany był płacić podatek. Za czasów panszczyznianych nikt nie kusił się z pozostałych krewnych o taki grunt opuszczony. Do gruntu tego bowiem, jak do wszystkich innych włościańskich, przywiązaną była pańszczyzna, a dawny jego właściciel opuszczał go najczęściej z powodu, iż pożytek z tych pól jałowych nie wyrównywał włożonym na nie ciężarom.
Pustki te jednak po zniesieniu pańszczyzny większéj nabrały wartości, bo stanowiły własność. Z tego powodu powstało mnóztwo procesów między włościanami a dawnym panem, i obu stronom nie mało robiły klopotu. Że i z tego powstały zarody rozdwojenia włościan z dworem, nikt nie zaprzeczy.
Pustką posiadaną od czasów niepamiętnych, a więc prawnie należącą do majątku dominialnego Nowéjwsi, był to dość spory szmat ziemi, ale z glebą niezbyt urodzajną. Przy rozsądnej gospodarce, przy znacznych nakładach, można jednak było zaokrąglić sobie z tego ładny folwarczek. Ale na to nie miała biedna wdowa ani pieniędzy, ani konceptu, a długi pas ziemi okalający calą Nowągórę leżał odłogiem i zdziczał. Przyjemną więc dla niéj była propozycya pułkownika, a że ta propozycya na drugim planie miała coś innego, to przeczuło już serce matki. Uśmiechnęła się więc i rzekła:
— Ksiądz proboszcz ma lepsze serce od pułkownika. Nie dręczył on długo biednej wdowy. Pułkownik nie zawsze widać doraźnym atakiem zwalczal nieprzyjaciela.
— Fabius cunctator! szepnął zcicha proboszcz, zerkając na pułkownika.
Ten zaś musnął ręką po wąsach i rzekł zachmurzony:
— Jużcić każdy wódz ma swój plan, według którego szyki ustawia. Ksiądz proboszcz, jako chorąży gorąco kąpany, popsułeś mi atak, uderzywszy prost na kolumnę. Jakkolwiek to jest nadwerężeniem subordynacyi, jednak w chwili niebezpieczenstwa nic innego nie pozostaje, tylko iść za chorążym i atak wesprzéć. Oświadczam więc wprost pani dobrodziéjce, że wspomnione pustki już obejrzałem i oceniłem na pięset czerwonych złotych. Jeśli ta sumka pani akomoduje, to mam ją z sobą, i imieniem Władzia, jako jego opiekun, wypłacę.
Biednéj wdowie łzy stanęły W oczach. Był to dla niéj ratunek wcale niespodziewany. Nigdy na podobną pomoc nie liczyła. Pustki i tak leżały bez użytku, i nikomu nawet na myśl nie przyszło, aby je, drodze kupna nabyć, albo w drodze prawa o nie się upomniéć. Podziękowała więc w duchu Panu Bogu, a szukając na wszystko, co ją kiedy w życiu spotkalo, powodów w saméj sobie, pomyślała, że to nagroda Nieba zesłana na dzisiejsze jéj postanowienie, aby dla dzieci wiejskich szkółkę założyć.
Z rozpromienioną twarzą powitała Jadwigę, która w téj chwili weszła do altany. Na twarzy jednak Jadwigi malowało się nieukontentowanie. Niezawodnie musiała słyszeć z za altany rozmowę, z któréj dowiedziała się, że idzie tylko o prosty interes kupna pustek! Interes! a czémże jest podobny interes dla serca piętnastoletniego?... Mimo to znalazł się jakoś grześ raczek, jakby z pod rąbka wylazł, gdy pan Władyslaw jéj się kłaniał i pułkownik z pewną uroczystością przedstawiał go. Może serce szepnęło jéj wtedy, że z kupna tych pustek bodaj czy się co innego nie wykluje!...
Ponieważ się już ku wieczorowi skłaniało, a z za Nowéjgóry jakieś podejrzane wymykały się chmurki, wstała gospodyni i wszystkich gości zaprosiła do pokoju.
Mówiono o tém i owém, a tymczasem matka z córką postarały się o herbatę i przekąskę. Na dworze było coraz chmurniéj, wicher zerwał się i tłukł nielitościwie po wierzchołkach drzew ogrodowych.
Przysunięto bliżéj krzesełka, a rozmowa stawała się coraz głośniejszą.
Kiedy pułkownik, wracając do interesu, znowu o pustkach mówić zaczął, a nawet w kieszeni dukatami brzękał, podniosła rękę gospodyni i rzekła głosem uroczystym:
— Na sprzedaż pustek jaknajchętniéj przystaję; wymawiam tylko sobie, aby pułkownik i pan Władysław kilka dni dobrze tę rzecz rozważyli, czy grunta warte tych pieniędzy, i czy zdadzą się na co. Nie taję się z tém bynajmniej, że sprzedaż tych pustek pod tak korzystnemi warunkami jest dla mnie w téj chwili dobrodziejstwem. Ponieważ jednak we wszystkiem upatruję zrządzenie Boże, pytałam więc w duchu siebie, za jaki dobry uczynek, za jaką poczciwą myśl Bóg mnie wynagradza?! I oto przypomniałam sobie, że powzięłam dzisiaj myśl założenia szkółki dla ludu, i właśnie z proboszczem chciałam się rozmówić o potrzebne do tego fundusze. Dla tego więc, dziękując Bogu za ratunek w potrzebie, przeznaczam z góry sto czerwonych złotych na założenie szkółki z saméj sprzedaży pustek!... Dzisiaj rocznica dnia, w którym nieboszczyka męża swego po raz pierwszy ujrzałam...
Długi czas trwało milczenie. Wdowa i córka oczuły łzy w oczach. I pan Władysław odwrócił się od stołu. Pułkownik wstał tymczasem, i widocznie zburzony zaczął przechadzać się po pokoju.
Proboszcz patrzał smutno za biegającym coraz prędzéj pułkownikiem, a gdy ten z powodu swego astmatycznego usposobienia na chwilę stanął, aby odechu nabrać, pochwycił go proboszcz za połę i rzekł:
Pułkowniku, słuchaj! bo częściej przez kobietę mówi Bóg do ludzi, niżeli przez wodza w zbroi!... Słuchaj, a potém będziesz biegał, ile zechcesz.
Pułkownik stanął i wpatrzył się w księdza, który podniósł rękę do góry i zawołał:
— Twój wzrok, pułkowniku, nie sięga daléj od twojéj odwagi; ale instynkt kobiety może dojrzeć rzeczy, których zwykle oko nie widzi!...
— Ja bo już stary na to wszystko — odfuknął zgromiony pułkownik, i sapał z gniewu, że proboszcz na polu dysputy zawsze górę nad nim bierze.
Proboszcz mówił jeszcze daléj w duchu miłości chrześciańskiéj, która nam każe równą miłością kochać maluczkich, jak i wielkich.
Wtém nagle czerwony blask błyskawicy przeleciał po niebie, a w oknie pokoju zaczerniała jakaś straszna postać.
Wszyscy pobiegli do okna, i wpatrywali się w widmo złowieszcze.
Był to jakiś człowiek w dziwnym, obdartym ubiorze. Stał naprzeciw okna i miał pięść do góry wzniesioną, jakby groził. Potém obrócił się zwolna i zniknął za figurą.
— To przywidzenia i nic więcéj — rzekł pułkownik.
— Mówiliśmy poprzednio o krwawych wspomnieniach, dorzucił proboszcz.
A na dworze zawrzała burza, pioruny uderzały co chwila.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Chryzostom Zachariasiewicz.