Hania (Sienkiewicz)/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Hania
Pochodzenie Pisma Henryka Sienkiewicza tom I
Wydanie trzecie
Data wydania 1884
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz S. Niemiera
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Całe opowiadanie
Pobierz jako: Pobierz Całe opowiadanie jako ePub Pobierz Całe opowiadanie jako PDF Pobierz Całe opowiadanie jako MOBI
Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
VII.

Łatwo się domyślić jak przepędziłem noc po owych całodziennych zmartwieniach. Położywszy się w łóżko, przedewszystkiém zapytałem sam siebie, co się stało i dlaczego wyprawiałem takie awantury przez cały dzień? Odpowiedź była łatwa: nic się nie stało, t. j. ani Selimowi, ani Hani, nie mogłem zarzucić nic takiego, coby nie dało się wytłomaczyć, badźto uprzejmością obowiązującą wszystkich jednakowo, bądź ciekawością, bądź wzajemną sympatyą. Że Selim podobał się Hani, a ona jemu, to było więcéj niż pewne; ale jakież miałem prawo burzyć się z tego powodu i mącić spokój wszystkim. Nie oni więc zawinili, tylko ja: ta myśl powinna była mnie uspokoić, ale stało się przeciwnie. Jakkolwiekbądź tłómaczyłem sobie wzajemne ich stosunki, jakkolwiek powtarzałem sobie, że istotnie nic się nie stało; jakkolwiek uznawałem, że niesłusznie wyrządziłem niejedną przykrość obojgu, przecież czułem jakąś niewyraźną groźbę zawieszoną nad sobą w przyszłości: to zaś, że groźba owa była niewyraźną, że nie dała się uchwycić w formę zarzutu Mirze lub Hani, czyniło ją dla mnie tém dotkliwszą. Prócz tego pomyślałem sobie jeszcze jedno. Oto, że nie mając prawa nic im zarzucić, mam jednak dostateczny powód być niespokojnym. Były to wszystko subtelności, rzeczy prawie nieuchwycalne, w których umysł mój, do téj pory prosty, plątał się i męczył, jak wśród ciemności i manowców. Czułem się poprostu zmęczony i przybity, jakby po odbyciu długiéj podróży, a oprócz tego jeszcze jedna myśl najgorsza i najboleśniejsza wracała mi ustawicznie do głowy, że to ja sam, wyraźnie ja, przez swoję zazdrość i przez swoję niezręczność popycham fatalnie ku sobie tych dwoje. O! na tyle świadomości zdobyłem się już wówczas, jakkolwiek nie miałem żadnego doświadczenia. Takie rzeczy się odgaduje. Co więcéj: wiedziałem, że wśród owych błędnych ścieżek będę i daléj szedł nie tam, gdzie zechcę, ale tam, gdzie popchnie mnie uczucie i inne nieraz chwilowe i nieznaczące okoliczności, które jednak bywają ważne i od których nieraz szczęście zależy. Co do mnie, byłem bardzo nieszczęśliwy, a chociaż komuś umartwienia owe moje mogą się wydawać błache, to jednak powiem, że wielkość każdéj niedoli nie zależy od tego jaką ona jest sama w sobie, ale jak ją ktoś odczuwa.
A jednak nic się nie stało! nic się jeszcze nie stało! Leżąc w łóżku powtarzałem sobie te słowa dopóty, aż zwolna myśli poczęły mi się mącić, rozpraszać i wpadać w zwykły bezład senny. Rozmaite obce pierwiastki poczęły mi się pod nie podsuwać. Opowiadania ojcowskie, osoby i wypadki tych opowiadań łączyły się z chwilą obecną, z Selimem, z Hanią i z moją miłością. Może i miałem trochę gorączki, témbardziéj żem się potłukł. Knot wypalonéj świecy zapadł nagle w lichtarz: pociemniało, potém znów wyskoczył błękitny płomień, potém mniejszy i jeszcze mniejszy, aż wreszcie jeszcze raz konające światło błysnęło potężnie i zagasło. Musiało już być późno; za okiennicą piały koguty: usnąłem ciężkim i niezdrowym snem, z którego rozbudziłem się nieprędko.
Nazajutrz, pokazało się, że zaspałem porę śniadania, a zatém i sposobność widzenia Hani, aż do obiadu, bo do godziny drugiej miała lekcye z panią d’Yves. Ale zato, wyspawszy się dobrze, nabrałem otuchy i nie spoglądałem na świat tak czarno. Będę dla Hani dobry, uprzejmy i tém nagrodzę jéj wczorajszą moję opryskliwość: myślałem sobie. Tymczasem nie przewidziałem jednéj okoliczności: oto, że Hani nietylko dokuczyły ostatnie moje słowa, ale, że ją także i obraziły. Gdy Hania zeszła wraz z panią d’Yves na obiad, porwałem się ku niéj żywo i nagle, jakby mnie kto wodą oblał! Cofnąłem się napowrót w siebie, razem ze swoją serdecznością niedlatego żebym chciał to zrobić, ale dlatego że zostałem odepchnięty. Hania powiedziała mi bardzo grzecznie: „dzień dobry!“ ale tak zimno, że odrazu odeszła mnie ochota do serdecznych wylewów. Poczém siadła obok pani d’Yves i przez cały obiad nie zdawała się już więcéj dostrzegać mojej egzystencyi. Wyznaję, że w téj chwili egzystencya owa wydała mi się tak marną i tak opłakaną, iż gdyby mi ktoś dawał za nią trzy grosze, powiedziałbym mu, że przepłaca. Cóż jednak miałem robić? Obudziła się we mnie chęć oporu i postanowiłem odpłacić Hani takąż samą monetą. Dziwna to rola względem osoby, którą się kocha nad wszystko. Prawdziwie mogłem powiedzieć: „bluźnią ci usta, choć płacze serce!“ Przez cały obiad nie mówiliśmy ani razu ze sobą wprost, tylko za pośrednictwem osób trzecich. Gdy Hania naprzykład mówiła, że nad wieczorem będzie deszcz, zwracała się z tém do pani d’Yves, na co ja również pani d’Yves, a nie Hani, odpowiadałem, że deszczu nie będzie. To dąsanie się i przekomarzanie wzajemne, miało nawet dla mnie pewien draźniący urok. Ciekawy jestem, moja panienko, jak my to będziemy obchodzić się ze sobą w Ustrzycy, bo przecie mamy jechać do Ustrzycy, myślałem sobie w duchu. Naumyślnie w Ustrzycy spytam ją w obec obcych o coś, ona musi przecież odpowiedzieć i tak te lody pękną! Obiecywałem sobie wiele po téj bytności w Ustrzycy. Wprawdzie miała jechać z nami pani d’Yves, ale co mi to szkodziło! Tymczasem szło mi daleko więcéj o to, żeby nikt z obecnych przy stole nie spostrzegł naszych gniewów. Jeśli ktoś spostrzeże, myślałem, spyta: czy się gniewamy; zaraz wszystko wyjdzie na wierzch i wszystko się wyda! Na samą myśl o tém, rumieniec bił mi na twarz, a obawa ściskała serce. Ale, o dziwo! spostrzegłem, że Hania daleko mniéj się tego boi, niż ja; daléj, że widzi moję bojaźń i w duszy sobie z niéj dworuje. Z kolei czułem się tém upokorzony, ale na razie nie było co robić. Czekała mnie Ustrzyca, więc uchwyciłem się téj myśli, jak deski zbawienia.
Ale widocznie myślała o niéj Hania, bo po obiedzie, przyniósłszy ojcu kawę czarną, pocałowała go w rękę i rzekła:
— Proszę pana, mogę ja nie jechać do Ustrzycy?
Ach! jaka niegodziwa! jaka niegodziwa! ta ukochana Hania, pomyślałem sobie w duszy.
Ale ojciec, który był trochę głuchy, nie dosłyszał odrazu, tylko ucałowawszy dziewczynkę w czoło, rzekł:
— Czego tam chcesz kobietko?
— Mam jedną prośbę?
— Jaką?
— Mogęż nie jechać do Ustrzycy?
— A cóżto, czy chora jesteś?
Jeżeli powié, że chora, pomyślałem znowu, wszystko przepadło, témbardziéj, że ojciec jest w dobrym humorze.
Hania jednak nie kłamała nigdy, nawet niewinnie i dlatego, zamiast spędzić ów brak chęci na ból głowy, odrzekła:
— Nie: zdrowa jestem, ale niémam ochoty.
— A no, to pojedziesz do Ustrzycy, bo trzeba żebyś jechała.
Hania dygnęła i nie rzekłszy ani słowa odeszła. Co do mnie byłem uradowany z całej duszy i gdyby tylko uchodziło, jakżebym chętnie był pokazał Hani na palcach: zyg, zyg, zyg!
Po chwili jednak, kiedy zostaliśmy z ojcem sami, spytałem go, dlaczego kazał jéj jechać.
— Chcę, żeby sąsiedzi przyzwyczaili się widzieć w niéj naszą krewnę. Hania jadąc do Ustrzycy, czyni to niejako w imieniu twojéj matki: rozumiesz?
Nietylkom rozumiał, ale chciało mi się ucałować za tę myśl poczciwego ojca.
O godzinie piątéj mieliśmy wyjechać. Hania i pani d’Yves ubierały się tymczasem na górze, ja zaś kazałem zaprządz do lekkiego na dwie osoby wolanta, bo sam miałem zamiar jechać konno. Do Ustrzycy było półtoréj mili, przy pięknéj więc pogodzie mieliśmy przed sobą przejażdżkę nader przyjemną. Gdy Hania zeszła z góry, przybrana wprawdzie czarno, ale starannie, a nawet ozdobnie, bo taka była wola ojca, nie mogłem oczu od niej oderwać. Wyglądała tak ślicznie, że natychmiast uczułem jak mięknie mi serce, a chęć oporu i sztuczny chłód ulatuje gdzieś za dziewiątą granicę. Ale królowa moja przeszła koło mnie prawdziwie po królewsku, nie spojrzawszy nawet na mnie, choć także wyświeżyłem się jakem umiał. Mówiąc nawiasem, była trochę nadąsana, bo rzeczywiście nie miała ochoty jechać, choć nie było to z chęci dokuczania mi, ale dla innych słuszniejszych, jak się późniéj przekonałem, powodów.
Punkt piąta siadłem na koń, moje panie do karykla i ruszyliśmy razem. Przez drogę trzymałem się od strony Hani, chcąc wszelkiemi sposobami zwrócić jéj uwagę na siebie. Jakoż spojrzała raz na mnie, gdy koń mój wspiął się dęba, zmierzyła mnie spokojném okiem, od stóp do głowy; bodaj czy nie uśmiechnęła się nawet nieznacznie, co narazie bardzo dodało mi otuchy, ale natychmiast potém zwróciła się do pani d’Yves i zaczęła z nią rozmawiać w ten sposób, że nie mogłem się wtrącać do rozmowy.
Przyjechaliśmy wreszcie do Ustrzycy, gdzie zastaliśmy Selima. Pani Ustrzyckiéj nie było w domu, był tylko pan, dwie guwernantki: francuzka i niemka, i dwie panienki: starsza Lola, rówieśnica Hani, ładna i dość z natury zalotna szatynka i młodsza Marynia, jeszcze dziecko. Panie po pierwszych powitaniach wybrały się zaraz do ogrodu na truskawki, mnie zaś i Selima zabrał ze sobą pan Ustrzycki, aby nam pokazać swoję nową broń i nowe psy na dziki, które sprowadził wielkim kosztem aż z Wrocławia. Wspomniałem już, że pan Ustrzycki byłto najzagorzalszy myśliwiec w całéj okolicy, a przytém człowiek bardzo zacny, dobroduszny i równie uczynny, jak bogaty. Miał tylko jedną wadę, która dla mnie czyniła go nudnym, to jest śmiał się ciągle, co kilka słów uderzał się rękoma po brzuchu, powtarzając: „farsa, mości dobrodzieju! jak się nazywa? co?“ Zwano go z tego powodu sąsiad-farsa, albo sąsiad jak-się nazywa.
Otóż sąsiad-farsa poprowadził nas do psiarni, nie zważając, że może wolelibyśmy ze sto razy być przy pannach w ogrodzie. Przez jakiś czas słuchaliśmy cierpliwie jego opowiadań, aż wreszcie ja przypomniałem sobie jakiś interes do pani d’Yves, a Selim poprostu rzekł:
— Wszystko to jest bardzo dobre panie dobrodzieju! psy są bardzo ładne, ale cóż my zrobimy, kiedy obaj mamy większą ochotę iść do panien?
Pan Ustrzycki uderzył się dłońmi po brzuchu.
— A, farsa, mości dobrodzieju! jak się nazywa? co? No, to idźcie, pójdę z wami!
I poszliśmy. Wkrótce jednak pokazało się, że nie miałem sobie czego tak dalece życzyć. Hania, która jakoś trzymała się na uboczu od swoich towarzyszek, nie przestała mnie zapoznawać, i może naumyślnie zajęła się Selimem: mnie, zresztą, wypadało bawić pannę Lolę. O czém rozmawiałem z panną Lolą, jakim sposobem nie mówiłem niedorzeczności i jak odpowiadałem na jéj uprzejme pytania? nie wiem, bo śledziłem ciągle Selima i Hanię, łowiąc uszami słowa ich rozmowy, chwytając spojrzenia i ruchy. Selim nie spostrzegł tego, ale spostrzegła Hania i naumyślnie przyciszała głos lub spoglądała z pewną kokieteryą na swego towarzysza, który pozwalał się téj powodzi łask unosić. „Poczekajże, Haniu, pomyślałem sobie, robisz ty mnie na złość, zrobię ja i tobie.“ I tak rozumując, zwróciłem się do mojéj towarzyszki. Zapomniałem powiedzieć, że panna Lola miała szczególniejszą słabość do mnie i okazywała mi to aż nadto wyraźnie. Począłem więc być dla niéj uprzejmy, dworowałem i śmiałem się, choć chciało mi się więcéj płakać, niż śmiać, a Lola spoglądała na mnie rozpromieniona swemi wilgotnemi, ciemno-niebieskiemi oczyma i poczęła wpadać w romantyczny nastrój.
Ach! gdyby wiedziała, jakem ją nienawidził w téj chwili! A jednak tak dalece byłem przejęty swoją rolą, że popełniłem nawet coś niegodziwego. Oto, gdy panna Lola zrobiła w ciągu rozmowy jakąś złośliwą uwagę o Selimie i Hani, wówczas jakkolwiek zatrząsłem się w duszy z gniewu, przecie nie odpowiedziałem jéj jak należało, ale uśmiechnąłem się tylko dość głupio i zbyłem ją milczeniem. Chodziliśmy w ten sposób z godzinę, następnie podano podwieczorek pod płaczącym kasztanem, którego gałęzie zniżając się końcami aż do ziemi, tworzyły jakby zieloną kopułę nad naszemi głowami. Teraz dopiéro zrozumiałem, że Hania nie tylko dla mnie nie chciała jechać do Ustrzycy, ale miała swoje bardziéj uzasadnione przyczyny.
Była to poprostu rzecz taka: pani d’Yves, jako pochodząca ze staréj szlachty francuzkiéj i wreszcie więcéj od innych nauczycielek wykształcona, uważała się za coś lepszego od francuzki, a zwłaszcza od niemki z Ustrzycy; te zaś obie uważały się z kolei za coś lepszego od Hani, ponieważ dziadek jéj był służącym. Ale dobrze wychowana pani d’Yves nie dawała im tego uczuć, one zaś wyraźnie, aż do niegrzeczności lekceważyły Hanię. Były to zwykłe babskie kwasy i ambicyjki, ale nie mogłem pozwolić, żeby moja droga Haniulka, sto razy zresztą więcéj warta od całéj Ustrzycy, miała być ich ofiarą. Hania lekceważenie owo znosiła z taktem i słodyczą, czyniącą zaszczyt jéj charakterowi: było to jéj jednak przykro. Gdy pani Ustrzycka była obecna, nic podobnego nie miało nigdy miejsca, ale w téj chwili obie guwernantki korzystały właśnie z dobréj sposobności. Jak tylko Selim usiadł koło Hani, zaraz zaczęły się szepty i przycinki, w których potrochu i panna Lola, zazdroszcząca Hani piękności brała udział. Odparłem owe docinki kilkakrotnie ostro, może zbyt nawet ostro, ale wkrótce zastąpił mnie, mimo méj woli, Selim. Widziałem że błyskawica gniewu, przemknęła po jego brwiach, ale wkrótce opamiętał się i uspokojony zwrócił szyderczy wzrok na guwernantki. Cięty, dowcipny i wygadany, jak mało kto w jego wieku, wkrótce tak dalece zbił je z tropu, że nie wiedziały gdzie się podziać. Pomagała mu w tém pani d’Yves swoją powagą i ja, który zresztą chętnie byłbym nawet wybił obie cudzoziemki. Panna Lola niechcąc mnie zrażać przeszła także na naszą stronę i lubo nieszczerze, poczęła okazywać Hani dwa razy więcéj niż zwykle uprzejmości. Słowem: tryumf nasz był zupełny, na nieszczęście jednak i ku wielkiemu memu umartwieniu, główna zasługa spadła i tym razem na Selima. Hania, która mimo całego taktu, z wysileniem wstrzymywała łzy cisnące się jéj do oczu, poczęła spoglądać na Selima, jak na swego wybawcę, z wdzięcznością i uwielbieniem. To téż kiedyśmy wstali od stołu i znowu poczęli chodzić parami po ogrodzie, usłyszałem jak Hania pochyliła się ku Selimowi i szepnęła wzruszonym głosem:
— Panie Selimie! ja panu bardzo...
I urwała nagle, bo bała się rozpłakać, a wzruszenie mimo jéj woli brało nad nią górę.
— Panno Hanno! nie mówmy o tém. Niech pani na to nie uważa i... niech się pani nie martwi.
— To téż widzi pan, jak mi trudno o tém mówić; ale chciałam panu podziękować.
— I za co? panno Hanno! i za co? Ja nie mogę znieść łez w pani oczach. Jabym dla pani chętnie...
Teraz z kolei on nie dokończył, bo nie umiał znaleźć wyrazu a może w porę spostrzegł, że zbyt pozwala się unosić uczuciom, jakich miał pełne piersi; więc tylko zmieszany odwrócił głowę, by nie dać poznać wzruszenia i umilkł.
Hania patrzyła na niego rozświetlonemi od łez oczyma, a ja wtedy już nie pytałem co się stało.
Kochałem Hanię całą mocą młodéj duszy, ubóstwiałem ją: kochałem ją tak, jak w niebie tylko kochają; kochałem jéj postać, kochałem jéj oczy, każdy promień włosów, dźwięk mowy; kochałem każdą jéj sukienkę, powietrze którém oddychała, a miłość ta przenikała mnie nawskróś i była nietylko w sercu, ale w całéj mojéj istocie; żyłem tylko w niéj i przez nią, płynęła we mnie jak krew: biła odemnie jak ciepło. Dla innych może istnieje coś obok miłości, dla mnie cały świat istniał w niéj, nic poza nią. Dla świata byłem ślepy, głuchy i głupi, bo rozum i zmysły zająłem tém jedném tylko uczuciem. Czułem, że płonę, jakby rozpalona pochodnia i że trawi mnie ten płomień i że ginę, i że umieram. Czém była ta miłość? Wielkim głosem, wielkiém wołaniem duszy na drugą duszę: „moja ubóstwiona, moja święta, moja kochana, usłysz mnie!“ Otóż nie pytałem już co się stało, bom zrozumiał, że nie mnie, nie mnie-to odpowiadała Hania na tę serdeczną prośbę. Wśród obojętnych ludzi, człowiek spragniony kochania chodzi jak w lesie i huka i nawołuje jak w lesie, czekając czy nie odpowié mu głos sympatyczny, więc jeszcze i dlatego nie pytałem już co się stało, bom przez własną miłość i przez własne próżne wołanie przeczuł i usłyszał dwa sympatyczne głosy: Selima i Hani! Wołali się wzajemnie głosami serc, wołali się na nieszczęście moje, sami o tém nie wiedząc. Jedno drugiemu było niby echem leśném i jedno szło za drugiém, jak echo idzie za głosem. I cóżem ja mógł poradzić przeciw téj konieczności, którą oni mogli zwać szczęściem — ja: nieszczęściem? Cóżem mógł poradzić przeciw temu porządkowi natury, przeciw téj fatalnéj logice rzeczy? Jak zdobyć serce Hani, skoro jakaś siła nieprzeparta kłoni je w inną stronę?
Odłączyłem się od towarzystwa i siadłem na ławce ogrodowéj, a myśli podobne szumiały mi w głowie, jak zwichrzone stada ptastwa. Ogarnął mnie szał cierpienia i rozpaczy. Czułem, że pośród rodziny, pośród życzliwych serc byłem jednak tak samotny; świat cały wydał mi się tak pusty, sierocy, niebo nademną tak na krzywdę ludzką obojętne, że mimo woli jedna myśl zapanowała we mnie nad innemi i pochłonęła wszystkie i pokryła swym ponurym spokojem. Imię jéj było: śmierć. A potém: wyjście z tego błędnego koła i koniec cierpień, i rozwiązanie całéj téj smutnéj komedyi, i rozcięcie wszystkich bolesnych węzłów opasujących duszę, i wypoczynek po umęczeniu; ach! ten wypoczynek, którego tak byłem spragniony: wypoczynek ciemny, wypoczynek nicości, ale cichy, wiekuisty!
Byłem jak człowiek zmorzony łzami, cierpieniem i snem. Usnąć mi! usnąć! myślałem sobie, za jakąkolwiek cenę, choćby za cenę życia. Potém zaś ze spokojnych, ogromnych błękitów niebieskich, dokąd uciekła dawna moja wiara dziecinna, przyleciała jeszcze jedna myśl jak ptak i usiadła mi na mózgu. Myśl ta zawarta była w krótkich słowach:
A jeśli?
Było to nowe koło, w które wplatałem się na mocy nieubłaganéj konieczności. Oh! cierpiałem bardzo, a tam z sąsiedniéj alei dochodziły mnie wesołe słowa lub ciche półsłowa rozmawiających, koło mnie pachniały kwiaty, na drzewach świegotały ptaki udające się na spoczynek; nademną wisiało pogodne niebo zarumienione zorzą zachodnią: wszystko było spokojne, szczęśliwe, ja sam tylko zbolały i z zaciśniętemi zębami pragnąłem umrzeć wśród tego rozkwitu życia.
Nagle drgnąłem: przedemną zaszeleściała suknia kobieca.
Spojrzałem: była to panna Lola. Cicha była jakaś i łagodna, patrzyła na mnie ze współczuciem, a może i więcéj jak ze współczuciem. Wśród blasków wieczora i cieniów rzucanych przez drzewa, wydawała się blada: rozwiane, niby przypadkiem bujne warkocze spływały jéj na ramiona.
W téj chwili nie uczułem do niéj nienawiści. Duszo, jedyna litościwa! — pomyślałem — czy przychodzisz mnie pocieszyć?
— Panie Henryku! pan smutny jakiś, może cierpiący?
— O tak, pani! cierpiący jestem, — zawołałem z wybuchem i porwawszy jéj rękę, przyłożyłem ją sobie do rozpalonego czoła, potém pocałowałem ją gwałtownie i uciekłem.
— Panie Henryku? — zawołała na mnie zcicha?
A jednocześnie na skręcie ulicy ukazali się Selim i Hania. Oboje widzieli mój wybuch: widzieli, jak całowałem i przyciskałem do czoła rękę Loli: widzieli to oboje, więc uśmiechnięci zamienili z sobą wejrzenia, jakby mówiąc sobie wzajemnie:
— Rozumiemy co się to znaczy.
Ale tymczasem pora była odjechać do domu. Selimowi droga zaraz za kołowrotem wypadała w inną stronę, obawiałem się jednak, czy nie zechce nas odprowadzać. Z pośpiechem siadałem na koń i mówiłem głośno, że już późno, że na nas i na Selima czas. Żegnając się, otrzymałem od panny Loli dziwnie gorący uścisk ręki, na który nie odpowiedziałem i ruszyliśmy w drogę.
Selim zaraz za kołowrotem zawrócił, ale piérwszy raz pocałował na dobranoc Hanię w rękę i Hania mu tego nie broniła.
Przestała mnie już zapoznawać. Była w usposobieniu zbyt łagodném, żeby pamiętać ranne gniewy, ale ja tłómaczyłem sobie to usposobienie jak najgorzéj.
Pani d’Yves zaraz po kilku minutach usnęła i poczęła się kiwać na wszystkie strony. Spojrzałem na Hanię, nie spała; oczy jéj były otwarte szeroko i błyszczące jakby ze szczęścia.
Nie przerywała wcale milczenia, była widocznie zbyt zajęta własnemi myślami. Dopiéro blizko domu spojrzała na mnie, a widząc że jestem tak zamyślony, rzekła.
— O czém pan tak myśli, czy o Loli?
Nie odpowiedziałem ani słowa, tylko ścisnąłem zęby i pomyślałem: szarp, szarp mnie, kiedy ci to sprawia przyjemność, ale nie wyciśniesz ze mnie ani jęku.
Ale Hani rzeczywiście ani się śniło mnie szarpać. Zadała pytanie, bo miała prawo je zadać.
Zdziwiona mojém milczeniem, powtórzyła pytanie raz jeszcze. Znowu nie odpowiedziałem nic. Myślała więc że to są dąsy trwające jeszcze od rana i także umilkła.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.