Hania (Sienkiewicz)/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Hania
Pochodzenie Pisma Henryka Sienkiewicza tom I
Wydanie trzecie
Data wydania 1884
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz S. Niemiera
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Całe opowiadanie
Pobierz jako: Pobierz Całe opowiadanie jako ePub Pobierz Całe opowiadanie jako PDF Pobierz Całe opowiadanie jako MOBI
Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
VI.

Nazajutrz wstałem bardzo wcześnie i wybiegłem do ogrodu. Ranek był śliczny, pełen rosy i zapachu kwiatów. Biegłem szybko do grabowego szpaleru, bo serce mówiło mi że tam zastanę Hanię. Ale widocznie zbyt pochopne do przeczuć serce myliło się, gdyż Hani nie było tam wcale. Dopiero po śniadaniu znalazłem się z nią sam na sam i spytałem, czy nie zechce się przejść po ogrodzie. Zgodziła się chętnie i pobiegłszy do swego pokoiku, wróciła po chwili w dużym kapeluszu ryżowym na głowie, który ocieniał jéj czoło i oczy, i z parasolką w ręku. Z pod tego kapelusza uśmiechała się figlarnie do mnie, jakby chciała powiedzieć: „patrz, jak mi ładnie.“ Wyszliśmy razem do ogrodu. Skierowałem się do grabowego szpaleru, a przez drogę myślałem o tém, jakby zacząć rozmowę i o tém, że Hania, która z pewnością umiałaby to lepiéj odemnie, nie chce mi dopomódz, ale raczéj bawi się mojém zakłopotaniem. Szedłem tedy obok niéj w milczeniu, ścinając śpicrutą rosnące po rabatach kwiaty, aż nagle Hania rozśmiała się i chwytając za śpicrutę, rzekła:
— Panie Henryku, co panu winny te kwiaty?
— Eh! Haniu! co tam kwiaty, ale ot widzisz, nie umiem zacząć z tobą rozmowy; zmieniłaś się bardzo, Haniu. Ach! jak ty się zmieniłaś!
— Przypuśćmy, że tak jest. Czy to pana gniewa?
— Tego nie mówię — odrzekłem nawpół smutno — ale nie mogę się z tém oswoić, bo zdaje mi się, że tamta malutka Hania którą znałem dawniéj, i ty, to dwie inne istoty. Tamta zrosła się z memi wspomnieniami, z... mojem sercem, jak siostra, Haniu, jak siostra, a więc....
— A więc ta (tu wskazała paluszkiem na siebie) dla pana jest obca, nieprawdaż? — spytała cicho.
— Haniu! Haniu! jak ty możesz pomyśleć nawet coś podobnego.
— A przecież to bardzo naturalne, choć może smutne — odparła. — Szukasz pan w sercu dawnych braterskich uczuć dla mnie i nie znajdujesz ich: oto i wszystko.
— Nie, Haniu! ja nie w sercu szukam dawnéj Hani, bo ona tam jest zawsze; ale szukam jéj w tobie, a co do serca....
— Co do serca pana — przerwała mi wesoło — domyślam się, co się z niém stało. Zostało gdzieś w Warszawie przy jakiémś drugiém szczęśliwém serduszku. Łatwo to odgadnąć!
Spojrzałem jéj głęboko w oczy; sam nie wiedziałem, czy mnie trochę bada, czy licząc na wrażenie, jakie na mnie uczyniła wczoraj, a jakiego ukryć nie umiałem, igra sobie ze mną w sposób trochę okrutny. Ale nagle i we mnie obudziła się chęć oporu. Pomyślałem, że muszę mieć arcy-komiczną minę, poglądając na nią wzrokiem dobijanéj łani, więc zapanowałem nad uczuciami, jakie poruszyły mną w téj chwili i odrzekłem:
— A jeżeli tak jest istotnie?
Zaledwie dostrzegalny wyraz zdziwienia i jakby zniechęcenia przemknął po jasnéj twarzyczce Hani.
— Jeżeli tak jest istotnie — odparła — a więc to pan się zmienił, nie ja.
To rzekłszy, nachmurzyła się trochę i spoglądając na mnie z pod oka, szła przez jakiś czas w milczeniu, ja zaś starałem się ukryć radosne wzruszenie, jakiém przejęły mnie jéj słowa. Ona mówi, myślałem sobie, że jeśli inną kocham, to ja się zmieniłem, zatém nie ona się zmieniła, zatém ona mnie....
I nie śmiałem dokończyć z radości tego mądrego wniosku.
A z tém wszystkiém nie ja, nie ja, ale ona była zmieniona. Ta przed pół rokiem mała, o Bożym świecie nie wiedząca dziewczynka, któréj na myśl-by nie przyszło mówić o uczuciach i dla któréj podobna rozmowa byłaby chińskim językiem, dziś prowadziła ją tak swobodnie i wprawnie, jakby recytowała wyuczoną lekcyę. Jakże rozwinął się i stał się giętkim ten niedawno dziecinny umysł! Ale z panienkami dzieją się cuda podobne. Nie jedna wieczorem zasypia dzieckiem, rankiem budzi się dziewicą, z innym światem uczuć i myśli. Dla Hani, z natury bystréj, pojętnéj i wraźliwéj, pół roku czasu, przejście szesnastu lat wieku, inna sfera towarzyska, nauki, czytane może ukradkiem książki, wszystko to wystarczało aż nadto.
Ale tymczasem szliśmy obok siebie w milczeniu. Przerwała je teraz pierwsza Hania.
— Więc i oto pan zakochany, panie Henryku?
— Może — odpowiedziałem z uśmiechem.
— To pan będzie tęsknił za Warszawą?
— Nie, Haniu. Radbym nigdy ztąd nie wyjeżdżać.
Hania spojrzała na mnie szybko. Chciała widocznie coś powiedzieć i zamilkła, ale po chwili uderzyła zlekka parasolką po sukni i rzekła, jakby odpowiadając na własne myśli:
— Ach! jakże ja jestem dziecinna!
— Dlaczego to mówisz, Haniu? — spytałem.
— E! nic. Siądźmy na téj ławce i mówmy o czém inném. Prawda, jaki ztąd piękny widok? — spytała nagle ze znanym mi uśmiechem na ustach.
Siadła na ławce nieopodal szpaleru, pod ogromną lipą, zkąd istotnie widok był bardzo piękny na staw, groble i las za stawem. Hania ukazywała mi go parasolką, ale ja, jakkolwiek miłośnik pięknych widoków, nie miałem najmniejszéj ochoty nań patrzeć, bo raz, że znałem go doskonale, powtóre, miałem przed sobą Hanię, piękniejszą stokroć od wszystkiego co ją otaczało, a nakoniec myślałem zupełnie o czém inném.
— Jak tam ślicznie te drzewa odbijają się w wodzie — mówiła Hania.
— Widzę że jesteś artystką — odparłem, nie patrząc w stronę drzew, ani wody.
— Ksiądz Ludwik uczy mnie rysować. O! ja dużo się uczyłam przez ten czas, kiedy pana tu nie było; chciałam... ale co panu jest? czy się pan gniewa na mnie?
— Nie Haniu, ja się nie gniewam, bo nie umiałbym się gniewać na ciebie; ale widzę, że wymijasz moje pytanie i że ot! oboje gramy z sobą w ślepą babkę, zamiast rozmawiać szczerze i z ufnością, jak za dawnych czasów. Może ty tego nie czujesz, ale mnie to przykro, Haniu!...
Te proste słowa sprawiły tylko ten skutek, że wprowadziły nas oboje w ogromne zakłopotanie. Hania podała mi wprawdzie obie ręce; ja uścisnąłem te ręce może zbyt silnie i, o zgrozo? pochyliwszy się szybko, ucałowałem je wcale jakoś nie tak, jak na opiekuna przystało. Następnie zmieszaliśmy się oboje do najwyższego stopnia: ona zaczerwieniła się aż po szyjkę; ja również, i wreszcie zamilkliśmy, nie wiedząc ani be, ani me, jak zacząć tę rozmowę, która miała niby być szczerą i pełną ufności.
Potém ona spojrzała na mnie, ja na nią i znowu wywiesiliśmy na twarzach czerwone chorągwie. Siedzieliśmy obok siebie jak dwie lalki: zdawało mi się, że słyszę przyśpieszone bicie własnego serca. Położenie nasze było nieznośne. Chwilami czułem; że jakaś ręka bierze mnie za kołnierz i chce rzucić do jéj stóp, a druga trzyma za włosy i nie puszcza: nagle Hania zerwała się i rzekła szybkim pomieszanym głosem:
— Muszę już iść; mam lekcyą o téj godzinie z panią d’Yves: już blizko jedenasta.
Udaliśmy się tąż samą drogą ku domowi. Szliśmy tak jak i poprzednio, w milczeniu ja jak i poprzednio ścinałem śpicrutą główki kwiatów, ale ona już nie litowała się nad niemi.
Pięknie wróciły nasze dawne stosunki, niéma co mówić.
Jezus, Marya! co się ze mną dzieje — pomyślałem sobie, kiedy Hania pozostawiła mnie samego. Byłem zakochany tak, że aż włosy powstawały mi na głowie.
Tymczasem nadszedł ksiądz Ludwik i wziął mnie z sobą do gospodarstwa. Po drodze opowiadał mi mnóstwo rozmaitych rzeczy, tyczących się naszego majątku, które nie zajmowały mnie ani trochę, choć udawałem, że słucham uważnie.
Brat mój, Kazio, który korzystając z wakacyi, całe dnie przesiadywał za domem, w stajniach, w lesie, ze strzelbą, na koniu lub na łodzi; w téj chwili właśnie ujeżdżał pod wierzch na podwórzu folwarczném młode konie ze stadniny. Ujrzawszy mnie i księdza, przygalopował do nas na jakimś kasztanie, który rzucał się pod nim jak wściekły i kazał nam podziwiać jego kształty, ogień i chody, poczém zsiadł i poszedł z nami. Zwiedziliśmy razem stajnie, obory, stodoły i wybieraliśmy się właśnie w pole, gdy dano znać, że przyjechał mój ojciec, trzeba więc było wrócić do domu. Ojciec przywitał mnie tak gorąco jak nigdy. Dowiedziawszy się o egzaminach, wziął mnie w objęcia i oświadczył, że odtąd chce mnie uważać za dorosłego. Jakoż istotnie w obejściu się jego ze mną zaszły wielkie zmiany. Traktował mnie poufaléj i serdeczniéj. Zaraz począł ze mną mówić o interesach naszych majątkowych, zwierzył mi się z zamiarami dokupienia jednego z sąsiednich majątków i pytał mnie o zdanie. Domyśliłem się, że mówi o tém umyślnie, aby okazać mi, jak poważnie sam patrzy na znaczenie moje jako dorosłego i najstarszego syna w rodzinie. A przytém widziałem, jak istotnie cieszył się mną i postępami memi w nauce. Dumie jego rodzicielskiéj pochlebiały niezmiernie świadectwa nauczycieli, jakie z sobą przywiozłem. Zauważyłem przytém że bada mój charakter, sposób myślenia, pojęcia o honorze i że umyślnie zadaje mi rozmaite pytania, aby mnie z nich wymiarkować. I widać, egzamin ten rodzicielski wypadł pomyślnie, bo jakkolwiek zasady moje filozoficzne i społeczne były już arcy od ojcowskich odmienne, alem się z niemi nie wydawał, w innych zaś pojęciach nie mogliśmy się różnić. To téż surowa, lwia twarz mego ojca rozjaśniona była jak nigdy. Obsypał mnie tego jeszcze dnia darami, darował mi parę pistoletów, z których strzelał się niedawno z p. v. Zollem i na których zakarbowanych było kilka innych pojedynków, jakie odbywał za młodych swych lat, służąc wojskowo. Następnie otrzymałem pysznego konia wschodniéj krwi i starą szablę po ojcach, z rękojeścią sadzoną kamieniami, z klingą szeroką damasceńską, z obrazem Matki Boskiéj, cyzelowanym złotem na stali i z napisem: Jezus, Marya! Szabla ta stanowiła jednę z najcelniejszych naszych pamiątek rodzinnych, a przytém wieczny od dawnych lat przedmiot westchnień moich i Kazia, bo cięła żelazo jak wióry. Ojciec dając mi ją, wydobył ją z pochwy, machnął nią parę razy aż zawarczało powietrze i blask zrobił się w pokoju; potém nakreślił nią krzyż nad moją głową, ucałował obraz Matki Boskiéj i wręczając mi ją, rzekł: „W godne ręce! ja nie zrobiłem jéj wstydu, nie zrób i ty!“ Potém rzuciliśmy się sobie w objęcia, a szablę tymczasem porwał z zapałem Kazio i jakkolwiek piętnastoletni dopiéro chłopak, ale nadzwyczaj silny, począł wykonywać nią cięcia, których dokładności i szybkości nie powstydziłby się żaden doświadczony nauczyciel fechtunku. Ojciec spoglądał na niego z zadowoleniem i rzekł:
— To będzie gracz, ale i ty tak potrafisz? nieprawda?
— Potrafię, ojcze. Kaziowibym jeszcze poradził. Ze wszystkich kolegów, z którymi uczyłem się razem fechtować, jeden przewyższał mnie tylko.
— Kto taki?
— Selim Mirza.
Ojciec skrzywił się.
— Ach! Mirza! Ale ty musisz być silniejszy.
— To téż to jedno, co pozwala mi się z nim trzymać. No, ale przecież z Selimem nie pobijemy się nigdy.
— Ej! różnie to bywa — odpowiedział mój ojciec.
Po obiedzie dnia tego, siedliśmy wszyscy w obszernym, winem obrośniętym ganku, z którego widok był na ogromny dziedziniec i w dali na cienistą drogę, sadzoną lipami. Pani d’Yves robiła szydełkiem obrus do kaplicy, ojciec i ksiądz Ludwik palili fajki, popijając czarną kawę, Kazio kręcił się przed gankiem, goniąc oczyma zwroty powietrzne jaskółek, do których miał ochotę strzelać kulami, a do których ojciec strzelać mu nie pozwolił, my zaś z Hanią oglądaliśmy przywiezione przezemnie rysunki i jak najmniéj myśleliśmy o rysunkach: przynajmniéj dla mnie służyły one tylko do ukrywania przed innemi spojrzeń, jakie rzucałem na Hanię.
— Cóż, a jakże tam znalazłeś Hanię? zbrzydła ci bardzo, panie opiekunie? — spytał mnie ojciec, spoglądając żartobliwie na dziewczynkę.
Zacząłem nader pilnie wpatrywać się w rysunek i odpowiedziałem z poza papiéru.
Nie powiem, ojcze, żeby zbrzydła, ale wyrosła i zmieniła się.
— Już mi pan Henryk robił o te zmiany wyrzuty — wtrąciła swobodnie Hania.
Podziwiałem jéj odwagę i przytomność: ja byłbym o tych wyrzutach tak swobodnie nie wspominał.
— Cotam, czy zbrzydła, czy wyładniała — rzekł ksiądz Ludwik — ale uczy się i szybko i dobrze. Niech madame powié, jak prędko nauczyła się po francuzku?
Trzeba wiedzieć, że ksiądz Ludwik, lubo człowiek bardzo wykształcony, nie umiał po francuzku i nie mógł się nauczyć, choć kilkanaście lat spędził pod naszym dachem z panią d’Yves. A biédak miał słabość do francuzczyzny i znajomość jéj uważał za niezbędną cechę wyższego wykształcenia.
— Nie mogę Hani zaprzeczyć, że uczy się łatwo i chętnie — odpowiedziała pani d’Yves, ale jednak muszę się na nią panu poskarżyć — dodała, zwracając się ku mnie.
— O! pani, cóżem znów przewiniła? — zawołała Hania, składając ręce.
— Coś przewiniła? zaraz się tu będziesz tłómaczyć — odparła pani d’Yves. — Niech sobie pan wyobrazi, że ta panienka jak tylko znajdzie chwilę czasu, zaraz chwyta za powieść, i mam pewne powody sądzić, że kiedy idzie spać, to zamiast zgasić świecę i spać, czyta jeszcze po całych godzinach.
— To robi bardzo niedobrze; ale zresztą wiem zkądinąd, że naśladuje swoję nauczycielkę — rzekł mój ojciec, który lubił się sprzeciwiać pani d’Yves, gdy był w dobrym humorze.
— O, bardzo przepraszam, ja mam czterdzieści pięć lat — odpowiedziała Francuzka.
— Patrzcie, nigdybym tego nie powiedział — odrzekł ojciec.
— Nie dobry pan jesteś.
— Nie wiem, ale wiem tylko, że Hania, jeżeli dostaje zkąd powieści, to nie z biblioteki, bo klucz od biblioteki ma ksiądz Ludwik. Wina zatém na nauczycielkę spada.
Rzeczywiście pani d’Yves całe życie czytywała romanse, a mając namiętność do opowiadania ich wszystkim, musiała zapewne opowiadać je i Hani, dlatego w słowach ojca nawpół żartobliwych, kryła się pewna prawda, którą umyślnie chciał wypowiedzieć.
— Patrzcie państwo, ktoś do nas jedzie — zawołał nagle Kazio.
Spojrzeliśmy wszyscy w ciemnię lipowéj alei i istotnie na początku jéj, może o wiorstę jeszcze drogi, ujrzeliśmy obłok kurzu, który przybliżał się ku nam z nadzwyczajną szybkością.
— Kto to może być? co za szybkość — zauważył powstając ojciec. — Kurz taki, że nic nie można rozeznać.
Rzeczywiście upał był ogromny; dészcz nie padał już przeszło dwa tygodnie, więc po drogach tumany białego pyłu wznosiły się za każdym ruchem. Patrzyliśmy jeszcze chwilę napróżno na zbliżający się obłok, który był już nie daléj, jak o kilkadziesiąt kroków od dziedzińca, gdy nagle z tumanu wychyliła się głowa końska z czerwonemi, rozdętemi chrapami, z ognistemi oczyma i z rozwianą grzywą. Biały koń pędził w największym galopie, nogami zaledwie tykając ziemi, a na nim, pochylony na szyję końską po tatarsku, nie kto inny, tylko mój przyjaciel Selim.
— Selim jedzie, Selim! — zawołał Kazio.
— Co ten waryat robi! brama zamknięta! — krzyknąłem zrywając się z miejsca.
Nie było czasu już bramy otworzyć, bo nikt nie zdołałby na czas nadbiedz; tymczasem Selim pędził jak szalony na oślep i prawie pewném było, że wpadnie na sztachety, przeszło dwa łokcie wysokie i pozaostrzane u góry.
— Boże! zmiłuj sie nad nim! — wykrzyknął ksiądz Ludwik.
— Brama! Selimie! brama! — krzyczałem jak opętany, machając chustką i biegnąc co siły w poprzek dziedzińca.
Nagle Selim, o jakie pięć kroków od bramy wyprostował się na siodle, zmierzył spojrzeniem jak błyskawicą sztachety. Potém doszedł mnie krzyk kobiét siedzących w ganku, gwałtowne tupotanie kopyt; koń wspiął się zawisnął przedniemi kopytami w powietrzu i w największym pędzie przesadził sztachety, nie zatrzymując się ani na chwilę.
Dopiero przed gankiem Selim osadził go tak, że aż kopyta zaryły mu się w ziemię i zerwawszy kapelusz z głowy, zaczął wywijać nim jak chorągiewką i krzyczeć:
— Jak się macie, moi drodzy, kochani państwo! jak się macie! Moje uszanowanie panu dobrodziejowi! — wołał, kłaniając się ojcu — moje uszanowanie kochanemu księdzu, pani d’Yves, pannie Hannie! Jesteśmy znów wszyscy razem. Wiwat! wiwat.
To mówiąc, zeskoczył z konia i rzuciwszy cugle Frankowi, który w téj chwili wybiegł z sieni począł ściskać ojca, księdza i całować po rękach kobiéty.
Pani d’Yves i Hania były jeszcze blade ze strachu, ale właśnie dla tego witały Selima jak ocalonego a ksiądz Ludwik rzekł:
— A waryacie, waryacie! coś ty nam strachu narobił. Myśleliśmy, że już po tobie.
— No, albo co?
— A z tą bramą. Jakto można tak pędzić na oślep!
— Na oślep? Przecie ja widziałem, że brama zamknięta. Oho! mam ja swoje doskonałe tatarskie oczy.
— I nie bałeś się skakać?
Selim rozśmiał się.
— Nie! ani trochę, księże Ludwiku. Ale wreszcie, to zasługa mego konia, nie moja.
Voila un brave garçon! — rzekła pani d’Yves.
— O, tak! nie każdyby się na to odważył — dodała Hania.
— Chcesz powiedzieć — odparłem — że nie każdyby koń przeskoczył, bo ludzi znalazłoby się takich więcéj.
Hania zatrzymała na mnie długie spojrzenie:
— Nie radziłabym panu próbować.
Poczém spojrzała na Selima, a wzrok jéj wyrażał podziw, bo istotnie, pominąwszy już zuchwały krok Tatara, który był jednym z tych hazardów, jakie zawsze podobają się kobietom, trzeba było widzieć go, jak wyglądał w téj chwili. Śliczne czarne włosy spadały mu na czoło, policzki miał zarumienione szybkim ruchem, oczy, błyszczące z których biła wesołość i radość. Gdy stał teraz koło Hani, patrząc jéj z ciekawością w oczy, piękniejszych dwojga ludzi żaden artysta nie umiałby wymarzyć.
Co do mnie, byłem do najwyższego stopnia dotknięty jéj słowami. Zdawało mi się, że owo: „nie radziłabym próbować,“ wyrzekła głosem, w którym drgał jakiś ton ironii. Spojrzałem pytającym wzrokiem na ojca, który przed chwilą oglądał Selimowego konia. Znałem jego ambicyą rodzicielską, wiedziałem, że był zazdrosny ilekroć kto w czémkolwiek mnie przewyższył, a w Selimie gniewało go to oddawna; dlatego liczyłem, że nie sprzeciwi mi się, jeżeli zechcę okazać, iż nie jestem gorszym od Selima jeźdzcem.
— Ten koń istotnie dzielnie skacze, ojcze — rzekłem.
— Ale i ten szatan dzielnie siedzi — odmruknął. — A ty, czybyś tak potrafił?
— Hania wątpi — odparłem z pewną goryczą. — Mogęż spróbować?
Ojciec zawahał się, rzucił oczyma na sztachety, na konia, na mnie i rzekł:
Daj pokój.
— Naturalnie! — zawołałem z żalem. — Lepiéj mi uchodzić za babę w porównaniu z Selimem.
— Henryku! co téż ty wygadujesz! — zawołał Selim, otoczywszy moją szyję ramieniem.
— Skacz! skacz, chłopcze! a spraw się dobrze! — rzekł ojciec, którego duma była dotkniętą.
— Konia mi tu! — zawołałem na Franka, który oprowadzał zwolna po dziedzińcu, zmęczonego wierzchowca.
Hania nagle zerwała się z miejsca.
— Panie Henryku! — zawołała — to ja jestem powodem téj próby. Ja nie chcę, nie chcę. Pan tego nie zrobi... dla mnie.
I to mówiąc, patrzyła mi w oczy, jakby chciała dopowiedzieć wzrokiem wszystko to, czego nie mogła wyrazić słowami.
Ach! za ten jéj wzrok oddałbym ostatnią kroplę krwi w téj chwili, ale nie mogłem i nie chciałem się cofnąć. Obrażona duma moja była w téj chwili silniejszą od wszystkiego, dlatego zapanowałem nad sobą i odpowiedziałem sucho:
— Mylisz się, Haniu, jeśli sądzisz, że ty jesteś powodem. Będę skakał dla własnéj przyjemności.
To mówiąc, mimo protestacyi wszystkich z wyjątkiem ojca, siadłem na koń i stępo ruszyłem w lipową aleę. Franek otworzył bramę i zamknął ją za mną natychmiast. Miałem gorycz w duszy i skakałbym przez te sztachety, choćby jeszcze dwa razy były wyższe. Ujechawszy ze trzysta kroków, zwróciłem konia i puściłem go kłusem, który natychmiast zmieniłem w galop.
Nagle spostrzegłem, że siodło chwieje się podemną.
Stało się jedno z dwojga: albo popręg nadpękł w czasie poprzedniego skoku, albo Franek rozluźnił go koniowi dla odetchnienia i przez głupotę, czy może przez zapomnienie, nie ostrzegł mnie o tém dość wcześnie.
Teraz już było zapóźno. Koń w największym pędzie zbliżał się do sztachet, ja zaś nie chciałem go już cofać. Zabiję się, to się zabiję! myślałem sobie. Ogarnęła mnie jakaś rozpacz. Ścisnąłem konwulsyjnie boki konia: wiatr świszczał mi w uszach. Nagle sztachety błysnęły mi tuż przed oczyma, machnąłem śpicrutą, uczułem się uniesiony w powietrze, o uszy obił mi się krzyk z ganku, w oczach mi pociemniało i... po chwili ocuciłem się z omdlenia na gazonie.
Zerwałem się na równe nogi.
— Co się stało? — zawołałem. — Zleciałem? Zemdlałem.
Koło mnie stał ojciec, ksiądz Ludwik, Selim, Kazio, pani d’Yves i Hania blada jak płótno, ze łzami w oczach.
— Co ci jest? co ci jest? wołano ze wszystkich stron.
— Nic zupełnie. Zleciałem, ale to nie z mojéj winy. Popręg był pęknięty.
Istotnie, po chwilowém omdleniu czułem się zdrów zupełnie, tylko trochę brakło mi oddechu. Ojciec począł dotykać moich rąk, nóg i pleców.
— Nie boli — pytał.
— Nie. Jestem zdrów zupełnie.
Wkrótce wrócił mi i oddech. Byłem tylko zły, bo mi się zdawało, że wydaję się śmiesznym. Bo téż musiałem wyglądać śmiesznie. Zlatując z konia przeleciałem z impetem przez całą szerokość drogi idącéj koło trawnika, i padłem na trawnik, skutkiem czego łokcie i kolana mego jasnego ubrania umalowane były na zielono, a ubranie i włosy w nieładzie. Ale z tém wszystkiém, niefortunny ów wypadek oddał mi na razie pewną przysługę. Oto przed chwilą przedmiotem ogólnego zajęcia naszego kółka był Selim, jako gość i jako gość świeżo przybyły; teraz ja wprawdzie kosztem moich łokci i kolan odebrałem mu tę palmę. Hania przypisując ciągle sobie, a mówiąc nawiasem, słusznie, powód téj hazardownéj próby, która tak mogła się źle dla mnie skończyć, starała się wynagrodzić mi dobrocią i słodyczą swoję nieostrożność. Pod takim wpływem odzyskałem téż wkrótce wesołość, która udzieliła się i całemu, przed chwilą przerażonemu towarzystwu. Bawiliśmy się doskonale; podano podwieczorek, przy którym Hania była gospodynią, a potém wyszliśmy do ogrodu. W ogrodzie Selim rozszalał się jak małe dziecko; śmiał się, dokazywał, a Hania pomagała mu z całéj duszy. Wreszcie Selim rzekł:
— Ach! jak my się teraz będziem bawić we troje.
— Ciekawam — rzekła Hania — które z nas najweselsze?
— To pewno ja — odpowiedział.
— A może ja? O ja także z natury jestem bardzo wesoła.
— A najmniej wesoły, to Henryk — dorzucił Selim. — On z natury jest poważny i trochę melancholiczny. Żeby żył w średnich wiekach, to zostałby błędnym rycerzem i trubadurem, tylko prawda; nie umié śpiewać! Ale my — dodał, zwracając się do Hani — tośmy się w korcu maku szukali i dobrali.
— Ja się na to nie zgadzam — rzekłem. — Za dobrane usposobienia uważam usposobienia przeciwne, bo w takim razie jedno ma te własności, których brak drugiemu.
— Dziękuję ci — odparł Selim. — Przypuszczam, że ty z natury lubisz płakać, a panna Hanna się śmiać. No dajmy na to: żenicie się...
— Selim!
Selim spojrzał na mnie i począł się śmiać...
— A to co, paniczku!? Ha! ha! A pamiętasz ty mowę Cycerona Pro Archia? commoveri videtur juvenis, co po polsku brzmi: zmieszanym wydaje się być młodzieniec. Ale to nie znaczy nic, bo ty sławnie nawet bez powodu raki pieczesz. Panno Hanno! on sławnie raki piecze, a teraz napiekł ich za siebie i za panią.
— Selim!
— Nic, nic. Wracam do założenia. Ty więc, panie płaczku, i pani, pani śmieszko, żenicie się. Otóż co się dzieje: on zaczyna beczéć, pani zaczyna się śmiać; nie rozumiecie się nigdy: nie schodzicie się nigdy, rozchodzicie się zawsze, i co mi to za dobrane natury. O! ze mną to co innego! my poprostu śmielibyśmy się całe życie i koniec.
— Ach! co téż pan mówi — odpowiedziała Hania: swoją drogą oboje zaczęli się śmiać w najlepsze.
Co do mnie nie miałem do śmiechu najmniéjszéj ochoty. Selim ani wiedział jaką mi krzywdę robił wmawiając w Hanię ową różnicę między usposobieniem jéj i mojém. Byłem do najwyższego stopnia rozgniewany i dlatego ozwałem się do Selima z przekąsem:
— Dziwny masz pogląd, a dziwi mnie on témbardziéj, że zauważyłem, iż masz pewną słabość do osób melancholicznych.
— Ja? — rzekł z niekłamaném zdziwieniem.
— Tak. Przypomnę ci tylko pewne okienko, kilka fuksyi w okienku i twarzyczkę między fuksyami. Daję ci słowo, że nie znam tak melancholicznéj twarzy.
Hania poczęła klaskać w ręce.
— Oho! dowiaduję się czegoś nowego! — zawołała śmiejąc się. — A ślicznie, panie Selimie! ślicznie!
Myślałem, że Selim zmiesza się i straci fantazyą, ale on tylko rzekł:
— Henryku!
— Co?
— Wiész co robią z tymi co mają zadługi język?
I w śmiech.
Hania jednak poczęła mu się sprzeciwiać i napierać, by powiedział jéj choć imię swojéj wybranéj. Nie namyślając się długo, powiedział: „Józia!“ Ale gdyby sobie był co z tego robił, zapłaciłby drogo za swoję szczerość, bo Hania odtąd nie dała mu już spokoju aż do samego wieczora.
— Czy ładna? — pytała.
— Taka sobie.
— Jakie ma włosy, oczy?
— Ładne, ale nie takie, jakie mi się najwięcéj ze wszystkich podobają.
— A jakie się panu podobają?
— Włosy jasne, a oczy, jeżeli łaska, niebieskie, takie jak te, w które patrzę teraz.
— Oo! panie Selimie!
I Hania zachmurzyła się, Selim zaś złożył ręce, przymilił się i z tą swoją nieporównaną słodyczą w oczach począł mówić:
— Panno Hanno! niech pani się nie gniewa? co pani biédne Tatarzysko zawiniło? Niech pani się nie gniewa! niech pani się rozśmieje.
Hania patrzyła na niego i w miarę jak patrzyła, chmurka znikała z jéj czoła. Poprostu oczarował ją. Uśmieszek począł się błąkać w kącikach jéj ust; rozjaśniły się oczy, rozpromieniła twarzyczka i wreszcie odpowiedziała miękkim, łagodnym głosem:
— Dobrze, nie będę się gniewać, ale proszę być grzecznym.
— Będę, jak Mahometa kocham: będę!
— A bardzo pan kocha swojego Mahometa?
— Jak psy dziada.
I znowu zaczęli się śmiać oboje.
— No, a teraz niech mi pan powié — podjęła na nowo rozmowę Hania — w kim się kocha pan Henryk? Pytałam go, ale mi nie chciał powiedziéć.
— Henryk?... Wié pani co (tu Selim popatrzył na mnie z pod oka), on się chyba jeszcze w nikim nie kocha, ale się będzie kochał. Oho! wiem doskonale w kim! i co do mnie...
— Co do pana?... — spytała Hania, usiłując pokryć zmieszanie.
— Zrobiłbym toż samo. Ale zresztą... poczekajcie państwo: może on się już i kocha.
— Tylko proszę cię, daj pokój, Selimie!
— Mój-to poczciwy chłopczysko! — rzekł Selim, ściskając mnie za szyję. — Ach! żeby pani wiedziała jaki on poczciwy!
— O! wiem o tém! — odrzekła Hania. — Pamiętam jaki był dla mnie po śmierci dziadka.
Chmurka smutku przeleciała teraz pomiędzy nami.
— Powiadam pani — mówił Selim, chcąc zwrócić rozmowę na inny przedmiot — powiadam pani, że jak po egzaminie do szkoły głównéj popiliśmy się razem z naszym mistrzem...
— Popili?
— Tak! O! to jest zwyczaj taki, któremu nie można uchybiać. Więc, kiedyśmy się popili, wtedy, bo to ja, widzi pani, jestem roztrzepany, wniosłem pani zdrowie. Niemądrze zrobiłem, widzi pani; ale Henryk jak się zerwie: „Jak ty śmiesz wymawiać imię Hani w takiem miejscu?“ powiada do mnie. Bo to był sobie sklep pijacki. Małośmy się nie poczubili. Ale on pani nie da ubliżyć, co nie, to nie.
Hania podała mi rękę.
— Panie Henryku! jaki pan dobry.
— No, dobrze — odpowiedziałem, ujęty słowami Selima — ale powiedz sama, Haniu, czy Selim nie jest równie poczciwy, że opowiada takie rzeczy.
— O! to mi wielka poczciwość! — rzekł śmiejąc się Selim.
— Ale tak! odpowiedziała Hania — obaj panowie jesteście warci siebie i będzie nam razem bardzo dobrze.
— Pani będzie naszą królową! — wykrzyknął z zapałem Selim.
— Panowie! Haniu! prosimy na herbatę — ozwał się z werendy ogrodowéj głos pani d’Yves.
Wróciliśmy na herbatę wszystko troje w jak najlepszém usposobieniu. Stół zastawiony był pod werendą; świéce objęte szklanemi kielichami, paliły się migotliwém światłem, a ćmy rojem krążąc koło światła, tłukły się o szklane ściany kielichów; listki dzikiego winogradu szeleściały kołysane ciepłym powiewem nocnym, a za topolami wytoczył się wielki złoty miesiąc. Ostatnia rozmowa pomiędzy mną, Hanią i Selimem, nastroiła nas na ton dziwnie łagodny i przyjazny. Wieczór taki cichy i spokojny oddziałał i na starszych. Twarze ojca i księdza Ludwika były wypogodzone jak niebo.
Po herbacie, pani d’Yves zaczęła kłaść passyans, ojciec zaś wpadł w jak najlepszy humor, gdyż zaczął opowiadać o dawnych czasach, co u niego zawsze było znakiem dobrego humoru.
— Pamiętam raz — mówił — staliśmy niedaleko jakiejś wioski w Krasnostawskiém; noc, pamiętam, była ciemna choć oko wykol (tu pociągnął dymu z fajki i puścił go nad świecę), człowiek był zmęczony jak żydowska szkapa, stoimy tedy sobie cicho, a wtém....
I tu nastąpiło opowiadanie dziwnych i przedziwnych wypadków. Ksiądz Ludwik, który już był je nieraz słyszał, powoli jednak przestawał palić, słuchał coraz uważniéj, zakładał okulary na czoło i kiwając głową, powtarzał: „uhum! uhum!“ albo téż wykrzykiwał: „Jezus, Marya! — no i co!“ My z Selimem, oparłszy się o siebie ramionami, z utkwionemi oczyma w ojca, łowiliśmy z chciwością jego słowa; ale wrażenia na żadnéj twarzy nie malowały się tak wybitnie, jak na twarzy Selima. Oczy świeciły mu jak węgle, rumieńce biły na twarz, wschodnia gorąca natura wyszła jakby oliwa na wierzch. Trudno mu było dosiedziéć na miejscu. Pani d’Yves spojrzawszy nań, uśmiechnęła się i pokazała go oczyma Hani, a potém obie poczęły mu się przypatrywać, bo bawiła je ta twarz, jakby zwierciadło, albo jak szyba wodna, w któréj odbija się wszystko, co tylko zbliży się do przezroczy.
Dzisiaj, kiedy przypominam sobie podobne wieczory, nie umiem się oprzeć rozrzewnieniu. Wiele fal na wodzie, a obłoków na niebie upłynęło od tego czasu, a jednak pamięć skrzydlata ustawicznie przesuwa mi przed oczyma podobne obrazy dworu wiejskiego, cichéj nocy letniéj i takiéj rodziny zgodnéj kochającéj się, szczęśliwéj; stary, posiwiały weteran opowiada tam o dawnych życia kolejach; u młodych skrzą się oczy, daléj jedna twarzyczka jak kwiat polny... Hej! dużo fal na wodzie, a obłoków na niebie upłynęło od tego czasu.
Tymczasem wybiła godzina dziesiąta. Selim zerwał się, bo miał rozkaz wracać na noc do domu. Postanowiliśmy, że całe towarzystwo odprowadzi go jeszcze aż do krzyża stojącego na końcu alei lipowéj, blizko drugiego kołowrotu: ja zaś konno daléj jeszcze, bo aż za łąki. Wyruszyliśmy tedy wszyscy, oprócz Kazia, który rozespał się już w najlepsze.
Ja, Hania i Selim wysunęliśmy się naprzód: my obaj prowadząc konie za cugle, Hania między nami we środku. Starsi we troje szli za nami. W alei ciemno było; księżyc tylko przedzierając się przez gęste liście, pstrzył srebrnemi plamami ciemną drogę.
— Zaśpiewajmy co — rzekł Selim — jaką starą pieśń a ładną, naprzykład o Filonie.
— Tego już nigdzie nie śpiewają — odparła Hania — ja umiem inną: „Oj, jesienią, jesienią więdnie liść na drzewie!“
Ułożyli się wreszcie, że będą śpiewać naprzód o Filonie, co bardzo lubił i ksiądz i ojciec, bo im to przypominało dawne czasy, a potém: „Oj, jesienią, jesienią!“ Hania oparła białą rączkę o grzywę Selimowego konia i zaczęli śpiewać:

„Już miesiąc zaszedł, psy się uśpiły,
A tam ktoś klaszcze za borem;
Pewnie mnie czeka mój Filon miły
Pod ulubionym jaworem...“

Gdy skończyli, ozwały się z ciemności za nami głosy starszych: „brawo! brawo! zaśpiewajcie jeszcze co.“ Ja wtórowałem jak mogłem, alem nie umiał dobrze śpiewać, a Hania i Selim mieli śliczne głosy, szczególniéj zaś Selim. Czasami, gdym zbyt przekręcił nutę, śmieli się ze mnie oboje. Potém zanucili jeszcze kilka pieśni, podczas których myślałem sobie: dlaczego ta Hania trzyma rękę na grzywie konia Selima, a nie mego? Ten koń szczególniéj jéj się podobał. Chwilami przytulała się do jego szyi lub klepiąc ją ręką, powtarzała: „mój koniczek, mój!“ a łagodne zwierzę parskało i wyciągało rozwarte, chrapiące nozdrza w kierunku jéj ręki, jakby szukając cukru. Wszystko to sprawiło, że posmutniałem znowu i nie patrzyłem na nic, tylko na tę rękę ciągle spoczywającą na grzywie.
Tymczasem doszliśmy do krzyża, koło którego kończyły się lipy. Selim począł mówić wszystkim: „dobranoc,“ pocałował w rękę panią d’Yves, a chciał pocałować i Hanię, ale nie pozwoliła na to, przyczém spojrzała na mnie jakby z obawą. Zato kiedy już Selim siedział na koniu, zbliżyła się doń i poczęła z nim rozmawiać. Przy blasku księżyca, którego w tém miejscu nie przesłaniały lipy, widziałem jéj oczy wzniesione ku Selimowi i słodki wyraz twarzy.
— Niech pan nie zapomina o panu Henryku — rzekła mu. — Będziemy zawsze razem bawić się i razem śpiewać, a tymczasem dobranoc!
To rzekłszy, podała mu rękę, poczém starsi wraz z nią zwrócili się ku domowi, my zaś z Selimem ku łąkom.
Jechaliśmy czas jakiś w milczeniu otwartą drogą bez drzew. Naokół jasno było tak, że możnaby policzyć igiełki na nizkich krzakach jałowcu, rosnącego po drodze. Od czasu do czasu tylko prychnęły konie lub strzemię szczęknęło o strzemię. Spojrzałem na Selima: był zamyślony i oczyma wodził po głębiach nocnych. Miałem nieprzezwyciężoną chęć mówić o Hani: potrzebowałem wyspowiadać się komu z całodziennych wrażeń, obgadać każde jéj słówko, a ani rusz, nie umiałem zacząć téj rozmowy z Selimem. Ale Selim zaczął ją piérwszy, bo nagle ni ztąd ni zowąd przechylił się ku mnie i objąwszy mnie za szyję, ucałował w policzek i wykrzyknął:
— Ach! mój Henryku! jaka śliczna i miła ta twoja Hania! Niech tam Józię licho porwie!
Wykrzyknik ten zmroził mnie, jak nagłe tchnienie zimowego wiatru. Nie odpowiedziałem nic, tylko odjąłem rękę Selima ze swojéj szyi, i odsunąwszy go zimno, jechałem daléj w milczeniu. Widziałem, że się zmieszał bardzo i zamilkł także, a po chwili zwróciwszy się do mnie, rzekł:
— Czy ty się gniewasz o co?
— Dziecko jesteś.
— Możeś zazdrosny?
Zatrzymałem konia.
— Dobranoc ci, Selimie!
Widoczném było, że nie miał ochoty jeszcze się żegnać, ale wyciągnął machinalnie rękę do uścisku. Potém otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale ja szybko zwróciłem konia i pokłusowałem do domu.
— Dobranoc! — zawołał Selim.
Stał jeszcze chwilę na miejscu, potém zwolna odjechał w swoję stronę.
Zwolniwszy biegu, jechałem stępo. Noc była śliczna, cicha, ciepła; pokryte rosą łąki wydawały się jak rozległe jeziora; z łąk dochodziły mnie głosy derkaczy: bąk huczał w dalekich trzcinach. Podniosłem oczy na gwiaździsty bezmiar; chciało mi się modlić i płakać.
Nagle usłyszałem za sobą tętent konia. Obejrzałem się: był to Selim. Dognał mnie, zrównał się ze mną i zastąpiwszy mi drogę, rzekł wzruszonym głosem:
— Henryku! wróciłem się, bo tobie coś jest. Z początku pomyślałem: jeśli się gniewa, niech się gniewa! Ale potém zrobiło mi się ciebie żal. Nie mogłem wytrzymać. Powiédz mi co tobie jest? Może ja zadużo mówiłem z Hanią? Może ty ją kochasz? Henryku?
Łzy ścisnęły mi gardło i nie umiałem na razie nic odpowiedzieć. Ale gdybym był poszedł za pierwszém natchnieniem i rzucił się na poczciwą pierś tego chłopaka i wypłakał się na niéj i wyznał wszystko! Ach! wspomniałem już, że ile razy w życiu przyszło mi zetknąć się z wylaniem serdeczném i samemu serdecznie pierś odkryć, tyle razy jakaś niepohamowana duma przekorna, którą trzeba było łamać jak skałę oskardem, mroziła mi serce i więziła słowa w ustach. Ileżto szczęścia popsuło mi się w życiu przez tę dumę, ileż razy żałowałem jéj późniéj! a jednak w piérwszéj chwili nie umiałem się jéj oprzeć.
Selim powiedział: „żal mi się ciebie zrobiło!“ a zatém litował się nademną; to już wystarczało, ażeby mi zamknąć usta.
Milczałem więc, a on patrzył na mnie swemi anielskiemi oczyma i mówił z akcentem prośby i skruchy w głosie:
— Henryku! Może ty ją kochasz? Ona mi się widzisz, podobała, ale i na tém koniec. Chcesz, to nie powiem do niéj ani słowa więcéj. Powiedz: może ty ją już kochasz? Co ty masz do mnie?
— Nie kocham się i do ciebie nie mam nic. Jestem trochę słaby. Zleciałem z konia, rozbiłem się. Ja się wcale nie kocham, tylko zleciałem z konia! Dobranoc ci!
— Henryku! Henryku!
— Powtarzam ci, że zleciałem z konia.
Rozstaliśmy się znowu. Selim ucałował mnie na drogę i odjechał spokojniejszy, bo istotnie prawdopodobném było, że to upadek podziałał na mnie w ten sposób; ja zaś zostałem sam, z sercem ściśniętém z jakimś głębokim żalem, ze łzami, które ściskały mnie za gardło: wzruszony dobrocią Selima, zły na siebie i przeklinający się w duszy, żem go odepchnął. Puściłem konia galopem i za chwilę byłem przed domem.
Okna sali bawialnéj były oświecone, dochodził przez nie dźwięk fortepianu. Oddałem konia Frankowi i wszedłem do sali. To Hania grała jakąś piosenkę któréj nie znałem: grała sobie, fałszując z całém zaufaniem dyletantki melodyą, bo niedawno się zaczęła uczyć, ale aż nadto wystarczająco, aby zachwycić o wiele więcéj rozkochaną niż muzykalną moją duszę. Gdy wszedłem, uśmiechnęła się do mnie nie przestając grać, ja zaś rzuciłem się na fotel stojący naprzeciwko i począłem na nią patrzeć. Przez pulpit widać było jéj spokojne, pogodne czoło i regularnie narysowane brwi. Powieki miała spuszczone, bo patrzyła na palce. Grała jeszcze przez czas jakiś, potém ustała i podniósłszy oczy na mnie, rzekła pieściwym, miękkim głosem:
— Panie Henryku?
— Co, Haniu?
— Chciałam się pana o coś spytać... Aha! Zaprosił pan na jutro pana Selima?
— Nie. Ojciec życzy sobie, żebyśmy jutro pojechali do Ustrzycy, bo przyszedł od matki pakiet dla pani Ustrzyckiéj.
Hania umilkła i uderzyła kilka cichych akordów, ale widocznie czyniła to tylko machinalnie, myśląc o czém inném, bo po chwili znowu podniosła na mnie oczy:
— Panie Henryku?
— Co, Haniu?
— Chciałam się pana o coś spytać... Aha! Czy bardzo ładna ta Józia z Warszawy, co?
A! tego było już nadto! Gniew pomieszany z goryczą ścisnął mi serce. Zbliżyłem się szybko do fortepianu, a usta mi się trzęsły, gdym odpowiedział:
— Nie ładniejsza od ciebie. Bądź spokojna. Możesz śmiało próbować swych wdzięków na Selimie.
Hania aż wstała z taboretu, a gorący rumieniec obrazy oblał jéj policzki.
— Panie Henryku! co pan mówi?
— To, co ty zamierzasz.
To rzekłszy, chwyciłem za kapelusz, skłoniłem się jéj i wyszedłem z pokoju.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.