Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t. 1.djvu/094

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


O! ze mną to co innego! my poprostu śmielibyśmy się całe życie i koniec.
— Ach! co téż pan mówi — odpowiedziała Hania: swoją drogą oboje zaczęli się śmiać w najlepsze.
Co do mnie nie miałem do śmiechu najmniéjszéj ochoty. Selim ani wiedział jaką mi krzywdę robił wmawiając w Hanię ową różnicę między usposobieniem jéj i mojém. Byłem do najwyższego stopnia rozgniewany i dlatego ozwałem się do Selima z przekąsem:
— Dziwny masz pogląd, a dziwi mnie on témbardziéj, że zauważyłem, iż masz pewną słabość do osób melancholicznych.
— Ja? — rzekł z niekłamaném zdziwieniem.
— Tak. Przypomnę ci tylko pewne okienko, kilka fuksyi w okienku i twarzyczkę między fuksyami. Daję ci słowo, że nie znam tak melancholicznéj twarzy.
Hania poczęła klaskać w ręce.
— Oho! dowiaduję się czegoś nowego! — zawołała śmiejąc się. — A ślicznie, panie Selimie! ślicznie!
Myślałem, że Selim zmiesza się i straci fantazyą, ale on tylko rzekł:
— Henryku!
— Co?
— Wiész co robią z tymi co mają zadługi język?
I w śmiech.
Hania jednak poczęła mu się sprzeciwiać i napierać, by powiedział jéj choć imię swojéj wybranéj. Nie namyślając się długo, powiedział: „Józia!“ Ale gdyby sobie był co z tego robił, zapłaciłby drogo za swoję szczerość, bo Hania odtąd nie dała mu już spokoju aż do samego wieczora.
— Czy ładna? — pytała.