Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t. 1.djvu/078

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


VI.

Nazajutrz wstałem bardzo wcześnie i wybiegłem do ogrodu. Ranek był śliczny, pełen rosy i zapachu kwiatów. Biegłem szybko do grabowego szpaleru, bo serce mówiło mi że tam zastanę Hanię. Ale widocznie zbyt pochopne do przeczuć serce myliło się, gdyż Hani nie było tam wcale. Dopiero po śniadaniu znalazłem się z nią sam na sam i spytałem, czy nie zechce się przejść po ogrodzie. Zgodziła się chętnie i pobiegłszy do swego pokoiku, wróciła po chwili w dużym kapeluszu ryżowym na głowie, który ocieniał jéj czoło i oczy, i z parasolką w ręku. Z pod tego kapelusza uśmiechała się figlarnie do mnie, jakby chciała powiedzieć: „patrz, jak mi ładnie.“ Wyszliśmy razem do ogrodu. Skierowałem się do grabowego szpaleru, a przez drogę myślałem o tém, jakby zacząć rozmowę i o tém, że Hania, która z pewnością umiałaby to lepiéj odemnie, nie chce mi dopomódz, ale raczéj bawi się mojém zakłopotaniem. Szedłem tedy obok niéj w milczeniu, ścinając śpicrutą rosnące po rabatach kwiaty, aż nagle Hania rozśmiała się i chwytając za śpicrutę, rzekła:
— Panie Henryku, co panu winny te kwiaty?